Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie legendy Orłów. Andrzej Juskowiak - sylwetka

W ostatniej dekadzie XX wieku był dla polskich kibiców tym, kim dzisiaj jest Robert Lewandowski. Oczywiście nie w skali 1:1. I niemal na każdym gruncie - w zupełnie innych proporcjach. Budził jednak równie gorące nadzieje na wielkie i niezapomniane dni drużyny narodowej. Tyle że nigdy niespełnione.

Krótkiej anegdotki o tym, jak zaczęła się jego przygoda z piłką, słucha się z niewymuszonym uśmiechem. On sam z rozrzewnieniem wspomina, że w podwórkowych gierkach był najmłodszy, więc zawsze stawał na bramce. Dopiero kiedy w szkole podstawowej wygrał konkurs jazdy na wrotkach i w nagrodę dostał piłkę, wszystko się zmieniło. Od teraz to on ustalał godziny spotkań, wybierał składy, wyznaczał pozycje. 

Siebie ustawił w ataku i tak już zostało. Strzelał gole przez całe lata - wszędzie, gdzie się pojawił...

Berło dla młokosa

Gostyń od Poznania dzieli 75 km. Miał 17 lat, kiedy z torbą na ramieniu przemierzył ten dystans, by wiosną 1988 roku zamieszkać w kolejowym hoteliku. Mimo że z klubiku o nazwie Kania został kupiony za kilka piłek, półtora roku później miał już miejsce w wyjściowej jedenastce Lecha.

Reklama

W Polsce nigdy nie rozegrał ligowego meczu numer 100. Z prostej przyczyny - nie zdążył. Ale w ekipie "Kolejorza" i tak zapisał piękną kartę. Już na dzień dobry, jako 19-latek, został mistrzem kraju i sięgnął po koronę króla strzelców. Młodsi od niego byli tylko Ernest Wilimowski i Włodzimierz Lubański.

Na snajperskie berło zapracował 18 trafieniami. Byłoby ich pewnie więcej, gdyby nie fakt, że przez pierwsze trzy kolejki musiał się godzić z rolą rezerwowego.

Pan egzekutor

Trzeba też przyznać, że miał sporo szczęścia. W połowie sezonu polską ligę opuścił wówczas Krzysztof Warzycha, który na półmetku rywalizacji otwierał klasyfikację strzelców z 12 golami w dorobku. 

O Juskowiaku natomiast na dobre zaczęło być głośno po meczu ze Stalą Mielec (6-1), w którym zdobył pięć bramek. To wtedy zaczął być rozpoznawalny w każdym rejonie kraju. I stało się jasne, że pisana mu jest futbolowa przygoda.

Przez trzy sezony rozegrał w rodzimej Ekstraklasie 95 spotkań i zdobył 43 bramki. W tym czasie sięgnął z Lechem po drugie mistrzostwo Polski i krajowy Superpuchar. Zdążył też strzelić gola w starciu z Olympique Marsylia w Pucharze Mistrzów. Potem ruszył na podbój Europy. 

Pod niebem Katalonii

Nie każdy pamięta, że ze Sportingiem Lizbona podpisał kontrakt jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie. Droga do Portugalii wiodła jednak przez... Holandię. Najpierw pojawił się na testach w PSV Eindhoven, gdzie trenował ze słynnym Romario. Szkoleniowcem był tam wówczas sir Bobby Robson. 

Kiedy Anglik przeniósł się do Sportingu, zażyczył sobie Juskowiaka u siebie. Wiosną 1992 roku Polak zagrał w towarzyskim meczu z Aston Villą, zdobył dwie bramki i wrota do Lizbony stanęły dla niego otworem.

Snajperską klasę miał potwierdzić w turnieju olimpijskim. Uczynił to w sposób spektakularny. Z siedmioma golami na koncie sięgnął po tytuł króla strzelców i przywiózł z katalońskiej imprezy srebrny medal. Choć minęło niemal 30 lat, do tej pory to ostatnie polskie podium w grach zespołowych.  

W Poznaniu otrzymano za niego 1,8 mln dolarów. Kwota niebagatelna. Za podobną sumę wcześniej z polskiej ligi odchodził tylko Zbigniew Boniek do Juventusu Turyn. 

Bolesny interes

Dla Lecha nie był to jednak interes stulecia. Po turnieju w Barcelonie wartość zawodnika wzrosła bowiem niepomiernie. O renegocjacji warunków transakcji nie było oczywiście mowy.   

- Nie żałuję, że wtedy Lech nie poczekał - wyznał po latach Juskowiak w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". - W igrzyskach podchodziłem do każdego meczu ze spokojną głową, wiedząc, że kontrakt mam w kieszeni. W fazie grupowej zdobyłem cztery bramki i pewnie zrobiłaby się wielka wrzawa wokół mnie. A ja wtedy nie byłem przygotowany, żeby oprócz grania na wysokim poziomie również rozmawiać i negocjować z klubami.

Figo już czekał

Początki w Lizbonie nie były łatwe. Pierwszy raz znalazł się na emigracji, zetknął się z zupełnie nową kulturą piłkarską, nie znał języka. Pomógł mu Polak, który uczył portugalskiego w szkole podstawowej. Nazywał się Ricardo Kurylski. Po którymś treningu podszedł do Juskowiaka i zaproponował regularne lekcje.

- Czasem pociłem się na tych lekcjach bardziej niż na boisku, ale pół roku później udzielałem już wywiadów w obcym języku - wspominał później "Jusko".

W Sportingu grał m.in. u boku Luisa Figo. Dzięki wyczynom na olimpijskich arenach był traktowany jak gwiazda, choć - jak sam przyznaje - z początku tego nie dostrzegał. W 1995 roku sięgnął po Puchar Portugalii. To jego jedyne trofeum klubowe wywalczone na obczyźnie.

Przewlekły finisz

Po rocznym wypożyczeniu do Olympiakosu Pireus przeniósł się do Bundesligi. Nie licząc półrocznego epizodu w USA, grał w niej do końca kariery. Przez dekadę jego nazwisko stało się tam cenioną marką. Jako zawodnik VfL Wolfsburg, po rundzie jesiennej sezonu 1998/99, otwierał nawet klasyfikację strzelców. Po kolejną koronę ostatecznie nie sięgnął, ale niemieccy kibice z uznaniem wspominają go do dzisiaj.   Profesjonalną przygodę z piłką zakończył w 2007 roku na zapleczu Bundesligi, reprezentując barwy Erzgebirge Aue. W tym zespole rozegrał pożegnalny mecz z Lechem Poznań (2-4). Rozstanie z boiskiem nie było jednak łatwe. Przez cztery lata występował jeszcze w ekipie oldbojów "Kolejorza".

Nie tylko srebro

- Oczywiście, że czuję się piłkarzem spełnionym - mówił w 2014 roku w wywiadzie dla "Dziennika Bałtyckiego". - Byłem w różnych ligach i wszędzie grałem. Jak padają pytania o największy sukces, to wszyscy zawsze mówią, że pewnie srebro na igrzyskach. A ja uważam, że moim największym sukcesem było właśnie to, że grałem, strzelałem gole, choć zmieniałem kraje. Były różne warunki, wymagania, styl gry, a ja dawałem sobie radę. Zawsze szybko się aklimatyzowałem.

W ligach zagranicznych zdobył w sumie 127 bramek. Do dzisiaj pozostaje najsłynniejszym sportowcem pochodzącym z 20-tysiecznego Gostynia.

Życie po życiu? Parał się różnych zajęć. Z mniejszym lub większym powodzeniem wcielał się w rolę telewizyjnego eksperta, współkomentatora meczów drużyny narodowej, trenera napastników i skauta Lecha, asystenta Marcina Dorny w kadrze U-21, członka zarządu Lechii Gdańsk, wiceprezesa Wielkopolskiego ZPN oraz prezesa małego klubu TSP Winogrady. Jest też właścicielem restauracji w Portugalii. Co ciekawe - z kuchnią włoską.   

Pytany o najbardziej pamiętną bramkę w biało-czerwonych barwach, wskazuje Zabrze i trafienie w meczu z Danią (1-1). Tamten remis zapewnił Polakom awans na igrzyska olimpijskie w Barcelonie.

Euforia w Parku Książąt

Dla wielu kibiców poza wszelkimi rankingami pozostaje jednak niezapomniany spektakl z 16 sierpnia 1995 roku. Niebywałą dramaturgią z paryskiego Parc des Princes można by obdzielić kilka filmowych etiud. Bohaterem potyczki z Francją (1-1) okazał się fenomenalny w bramce Andrzej Woźniak. Ale wynik spotkania otworzył przed przerwą fantastycznym strzałem Juskowiak, wprawiając polskich fanów w stan nagłej euforii.

Dla Trójkolorowych był to premierowy gol stracony w kwalifikacjach Euro ’96. W siódmym występie! Bramka stojącego między słupkami Bernarda Lamy została odczarowana po magicznych 575 minutach.

Przerwany sen o mundialu

Pierwsza reprezentacja Polski to odrębny rozdział. Długi, bo trwający bez mała dekadę. Przesiąknięty jednak palącym niedosytem.

Kiedy "Jusko" cieszył się z olimpijskiego medalu, nie mógł wiedzieć, że w wielkim turnieju nigdy już nie zagra. Z jego usług korzystało w sumie siedmiu selekcjonerów, od Andrzeja Strejlaua po Jerzego Engela. Awans do imprezy rangi mistrzowskiej - World Cup 2002 - wywalczył tylko ten ostatni.   

Juskowiak nie znalazł się jednak w mundialowej kadrze. W sezonie poprzedzającym globalny czempionat długo leczył niedokładnie zdiagnozowaną kontuzję. Gdyby był zdrowy, być może miejsce w samolocie do Azji znalazłoby się i dla niego.

Epilog bez wystrzału

U Engela zagrał pięć razy, za każdym razem stawką były punkty eliminacji MŚ. Nie wpisał się na listę strzelców. Już w pierwszym meczu, w Kijowie z Ukrainą, nie wykorzystał rzutu karnego. W dwóch ostatnich potyczkach biegał jednak po murawie z kapitańską opaską na ramieniu.

W drużynie narodowej zaliczył 39 gier i zdobył 13 bramek. Rozstał się z nią, mając niespełna 31 lat. Był zatem rok młodszy niż Robert Lewandowski obecnie. Można by rzec, że - jako jeden z wielu - nie trafił dobrze w pokolenie. Tylko że akurat on nigdy nie był jednym z wielu...  

Łukasz Żurek

Andrzej Juskowiak

(ur. 3 listopada 1970 r. w Gostyniu)

Kariera piłkarska

do 1987: Kania Gostyń

1988-92: Lech Poznań

1992-95: Sporting Lizbona

1995-96: Olympiakos Pireus

1996-98: Borussia Moenchengladbach

1998-2002: VfL Wolfsburg

2002-03: Energie Cottbus

2003: New York/New Jersey MetrpStars

2004-07: Erzgebirge Aue

Reprezentacja Polski

1992-2001 (39 meczów/13 goli)

Sukcesy

Mistrzostwo Polski (1990 i 1992)

Król strzelców Ekstraklasy (1990)

Superpuchar Polski (1991)

Wicemistrzostwo olimpijskie (1992)

Król strzelców turnieju olimpijskiego (1992)

Puchar Portugalii (1995)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje