Reklama

Reklama

Od Jamajki po Wietnam. Olimpijskie marzenie w lodowej rynnie

Podczas świątecznego lenistwa przed telewizorem, zmieniając kanały w poszukiwaniu przygód Kevina, który wszędzie jest sam, choć przecież jest do towarzystwa czy to Joe Pesci, czy też sam Donald Trump, niektórzy z nas zapewne natrafili również na powtarzany niegdyś dość często film "Reggae na lodzie", opowiadający o niezwykle romantycznej historii bobsleistów z Jamajki, którzy zdecydowali się zrealizować marzenie o starcie na zimowych igrzyskach olimpijskich. Nie rozwodząc się zbytnio nad artystycznymi walorami tej produkcji, warto zwrócić uwagę, że mimo upływu lat, właśnie w tej dyscyplinie swój olimpijski sen realizują reprezentanci krajów, absolutnie niekojarzonych ze sportami zimowymi. Nie inaczej będzie w Pekinie.

Przykład bobsleistów z Jamajki, którzy w 1988 roku wystartowali na zimowych igrzyskach olimpijskich w Calgary, a ich historia trafiła na ekrany kin, już od wielu lat działa na wyobraźnię. I to w krajach, gdzie sporty zimowe są czymś zupełnie nieznanym, a w najlepszym razie kompletnie niszowym. 

Bobsleje i skeleton, bo są to dwie dyscypliny dość mocno ze sobą połączone, to sporty, w których tzw. bariera wejścia jest bardzo wysoka. Sprzęt jest drogi, a i torów, na których można zjeżdżać, jest na świecie bardzo mało. I to tylko w krajach organizujących u siebie zimowe igrzyska olimpijskie. Mimo to cały czas nie brakuje zawodników z krajów niekojarzonych ze sportami zimowymi, którzy właśnie mknąć ponad 100 km/h w lodowej rynnie chcą dognić swój olimpijski sen.

Zimowa Formuła 1

Reklama

Bobsleje nazywane są, nie bez racji, zimową Formułą 1. Na najszybszych torach osiąga się prędkości przekraczające 140 km/h, a przeciążenia sięgają 7G. Najlepsze reprezentacje prowadzą między sobą prawdziwy wyścig zbrojeń z udziałem największych motoryzacyjnych gigantów. Dla Niemców i kilku innych topowych nacji, bobsleje projektuje BMW. Z kolegi za produkcję boba dla Korei Południowej przez igrzyskami w Pjongczangu wziął się Hyundai. 

Jest to też dyscyplina niezwykle kosztowna. Nowy bobslej to nawet kilkaset tysięcy euro, do tego dochodzi też szereg innych wydatków. Skeletony są tańsze, ale też ich cena zdecydowanie przekracza zakup nart czy nowej pary łyżew. Stąd większość zawodników z państw, gdzie bobsleje i skeleton nie cieszą się zbyt dużą popularnością, korzysta z używanego sprzętu, odkupywanego od bogatych nacji.

Kto zostanie najlepszym sportowcem 2021 roku? - GŁOSUJ TUTAJ!


Również jeśli chodzi o dostępność torów, sprawa jest skomplikowana. Nie dość, że jest ich niewiele, to jeszcze najczęściej używane są w celach komercyjnych. Dobrym przykładem jest chociażby obiekt w La Plagne, który nie zawsze chce gościć u siebie nawet rywalizację Pucharu Świata, bowiem cały czas są chętni na komercyjne zjazdy, na których można zarobić więcej.

Co zatem powoduje, że akurat w bobslejach i skeletonie jest tak wiele egzotycznych nacji?

Bilety dla maluczkich

Nie da się ukryć, że choć jest to niezwykle droga dyscyplina, to podobnie jest Formuła 1 jest bardzo prestiżowa, a przede wszystkim pociągająca ze względu na rozwijane prędkości. No i mimo wszystkich barier związanych z wejściem, cały czas stosunkowo łatwiej niż w innych dyscyplinach jest uzyskać olimpijską kwalifikację. 

Dlatego, jeśli spojrzymy na ranking IBSF, czyli Międzynarodowej Federacji Bobslei i Skeletonu, zobaczymy, jaka wiele małych nacji walczy o bilet do Pekinu. Już od dawna na zimowych igrzyskach olimpijskich możemy oglądać bobsleistów z Monako, którzy i w tym roku starają się o wyjazd na igrzyska. Następcą księcia Alberta II, wielkiego fana tej dyscypliny i całkiem niezłego pilota, jest Rudy Rinaldi, uznawany swego czasu za duży talent. Jego miejsce na igrzyskach wydaje się niemal pewne dzięki kilku bardzo dobrym startom w Pucharze Świata.

Walczyć nadal muszą z kolei tacy piloci i pilotki z takich państw jak Trynidad i Tobago, Brazylia, Jamajka, Wietnam, Nigeria, Izrael czy Liechtenstein, a z kolei w skeletonie rywalizują zawodnicy i zawodniczki reprezentujące Amerykańskie Samoa, Portoryko, Luksemburg, Malezję czy Ghanę. I kilkoro z nich na pewno zobaczymy w Pekinie.

Dla takiego kraju, jak chociażby Ghana start na zimowych igrzyskach kogoś takiego jak Akwasi Frimpong jest dużym wydarzeniem. W końcu niewielu zawodników z Afryki zobaczymy w Pekinie, dlatego każdy taki start przyciąga uwagę. I wpływa na popularyzację tej dyscypliny, która w większości państw świata stanowi niszę.

Być jak James Bond

W takich krajach jak Niemcy, Austria czy na Łotwie bobsleje gromadzą przed telewizorami miliony widzów. W USA czy Kanadzie też cieszą się sporą popularnością, przynajmniej w ośrodkach, gdzie uprawia się sporty zimowe. I to głównie tam bije serce tej dyscypliny. W tych państwach znajdują się również tory, na których można zjeżdżać bobslejami i skeletonem.

Dzięki temu, że przed kilku laty powstał tor w Pjongczangu, również i w Korei Południowej coraz więcej zawodników próbuje swoich sił w lodowej rynnie. Korzystają zresztą na tym reprezentanci takich krajów jak Wietnam czy Malezja, którzy mogą spróbować swoich sił w bobslejach i skeletonie. I, jak chociażby Tran Thi Doan Trang, wywalczyć bilet do Pekinu. Co prawda Wietnamka nie jest jeszcze pewna kwalifikacji w monobobach, ale ma spore szanse, choć walczy między innymi z zawodniczkami z naszego kraju.

Na torach w USA i w Kanadzie możemy oglądać Jamajczyków czy zawodników z Trynindadu, tam też zaczynali Nathan Crumpton reprezentujący Amerykańskie Samo i Kellie Delka z Portoryko. Ta dwójka skeletonistów jest niemal pewna udziału w igrzyskach, co dla tych niewielkich państewek już jest sukcesem. W skokach narciarskich czy łyżwiarstwie szybkim nie mieliby na to szans, a skeleton czy bobsleje dają im taką szansę.

W filmie "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" James Bond uczestniczy w pościgu po torze bobslejowym. I choć szkolenie pilota trwa dość długo, agent 007 bez kłopotu opanował tę trudną umiejętność. Choć z rzeczywistością nie ma to za wiele wspólnego, to podobnie jak "Reggae na lodzie" działa na wyobraźnię pod każdą szerokością geograficzną. W końcu każda szansa, by być jak Bond, jest warta wykorzystania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje