Reklama

Reklama

Jej postać budzi kontrowersje. W Pekinie może przejść do historii

Kaillie Humphries w szkole była ofiarą nękania z powodu swojego wyglądu. Karierę w narciarstwie alpejskim zakończyła z powodu złamania obu nóg, natomiast w bobslejach zaczęła od fatalnej kontuzji barku. Mimo to należy do jednej z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii sportów zimowy i już w Pekinie może zapisać się w historii. Choć w ostatnich latach musiała toczyć wojnę o to, by w ogóle móc startować.

Jest jedną z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii sportów zimowych. Ma na swoim koncie dwanaście medali mistrzostw świata i trzy igrzysk olimpijskich, cztery zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i niemal trzydzieści wygranych zawodów w tym cyklu. Kaillie Humphries to również jedna z najbarwniejszych postaci w całym środowisku i to nie tylko ze względu na niezliczone tatuaże, które zdobią niemal całe jej ciało.

Twardzielka

Jej kariera bobslejowej pilotki zaczęła się tak, jak skończyła się jej przygoda z narciarstwem alpejskim. Od wypadku. Narty musiała zostawić, bo krótko przed 16 urodzinami złamała podczas jazdy najpierw jedną, a potem drugą nogę. Niewiele brakowało, a z bobslejami byłoby podobnie.

Reklama

Podczas ostatniego dnia szkółki w Calgary, gdzie na torze tamtejsza federacja szkoliła nowych adeptów i adeptki tej dyscypliny, Humphries zjeżdżała w "dwójce", mając za plecami doświadczonego rozpychającego, którego rolą jest również odpowiednie wyhamowanie boba.

Jednak podczas jednego z zakrętów bobslej pilotowany przez Humphries się przewrócił, a siedzący za nią rozpychający uderzył głową o lód i stracił przytomność. Ona sama, nie będąc tego świadoma, zaczęła krzyczeć, żeby pomógł jej hamować, ale kiedy uświadomiła sobie, że jest zdana na siebie, sama zaczęła hamować i jakoś udało jej się zatrzymać sanie.

Po takich doświadczeniach pewnie niejedna zawodniczka dałaby sobie spokój. Ale nie ona. Co prawda w kraksie nabawiła się kontuzji obojczyka i na kilka miesięcy wypadła z gry, ale wróciła i jako rozpychająca wystartowała nawet w Pucharze Świata.

Zresztą, początkowo Humphries, wtedy znana jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Simundson, była rozpychającą. Znajdowała się w kadrze Kanady na igrzyska olimpijskie w Turynie w 2006 roku, ale ostatecznie została tylko rezerwową, co było dla niej wielkim rozczarowaniem. To właśnie wtedy, choć przez chwilę rozważała zmianę barw i reprezentowanie Wielkiej Brytanii, kraju swojego ówczesnego narzeczonego, a później męża, Dana Humphriesa, postanowiła, że spróbuje swoich sił jako pilotka i w tej roli zacznie realizować swoje marzenia o olimpijskim starcie.

Spełniona obietnica siedmiolatki

Kanada to prawdziwa sportowa potęga, zarówno jeśli chodzi o sporty letnie, jak i, a może przede wszystkim, zimowe. Czasem żartuje się nawet, że każda tamtejsza wioska może pochwalić się olimpijczykiem, a każde większe miasteczko medalistą igrzysk. I choć zapewne jest w tym nieco przesady, to jednak trzeba przyznać Kanadyjczykom, że są bardzo usportowionym narodem.

I również Humphries od dziecka miała kontakt z wielkimi sportowcami. Jak sama przyznaje, największy wpływ na jej sportowe ambicje miał przyjaciel jej ojca Roya pływak Mark Tewksbury. Mała Kaillie wraz z siostrami oglądała jego zmagania podczas igrzysk w Barcelonie w 1992 roku, kiedy to sięgnął po złoty medal w rywalizacji na 100 metrów stylem grzbietowym.

Matka Humphries Cheryl, już po igrzyskach Tewksbury przyszedł do nich do domu na kolację i pokazał dziewczynkom złoty medal. To właśnie wtedy mała Kaillie, mająca siedem lat, zadeklarowała, że kiedyś sama zdobędzie olimpijski krążek z najcenniejszego kruszcu. Musiała czekać na to 18 lat, ale swojego słowa dotrzymała.

Dominatorka

Kiedy okazało się, że najlepiej czuje się jako pilotka, zaczęła dostawać swoją szansę w barwach Kanady. I szybko udowodniła, że w pełni na nią zasłużyła. Od 2008 roku zaczęła zdobywać medal na największych światowych imprezach. Zaczęło się od srebra z mistrzostw świata z rywalizacji drużynowej, a potem zaczęło się prawdziwe pasmo sukcesów.

Już w 2010 roku podczas igrzysk w Vancouver zdobyła złoty medal w rywalizacji kobiecy dwójek, spełniając swoje marzenie z dzieciństwa. Cztery lata później powtórzyła swój sukces w Soczi, w międzyczasie dwukrotnie zostając mistrzynią świata, dwa razy też zwyciężając w klasyfikacji generalnej bobslejowego Pucharu Świata.


W 2014 roku jako pierwsza kobieta dostała szansę pilotowania mieszanej czwórki w najbardziej prestiżowej bobslejowej konkurencji. Dwa lata później poprowadziła zresztą pierwszą żeńską czwórkę, która wystartowała w rywalizacji z mężczyznami. 

Na swoje trzecie igrzyska do Pjongczangu jechała jako jedna z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii i jedna z głównych faworytek do złota, ale tym razem musiała uznać wyższość Niemki Mariamy Jamanki i Amerykanki Elany Meyers-Taylor. Przez lata była dominatorką na torach, seryjnie wygrywając zawody w Pucharze Świata, ale podczas koreańskich igrzysk musiała zadowolić się brązowym medalem. Jak się okazało, był to koniec pewnej ery. Choć zdecydowanie nie ery Kailli Humphries.

Wojna z trenerem i federacją

Start w Pjongczangu na długi czas był jednym z ostatnich dla Humphries. Zawodniczka złożyła pozew o nękanie przez trenera Todda Haysa oraz dwóch innych działaczy. Poszła na wojnę z federacją, od której domagała się wielomilionowego odszkodowania.

W jej pozwie mogliśmy przeczytać, że przez rok po igrzyskach nie była zapraszana na zgrupowania kanadyjskiej kadry, Hays miał ostrzegać ją, że jeśli tylko się pojawi, dostanie gorszego bobsleja, w którym nie będzie miała szans wystartować, a ludzie, którzy chcieliby z nią współpracować, zostaliby odsunięci od reprezentacji.

Ostatecznie sąd w Calgary uznał, że w tej sprawie nie doszło do nękania i oddalił pozew bobsleistki. Udało jej się jednak porozumieć z federacją i została zwolniona z kanadyjskiego programu szkoleniowego, dzięki czemu mogła rozpocząć starty w barwach Stanów Zjednoczonych.

W lipcu 2021 roku sąd uwzględnił odwołanie prawników zawodniczki i postanowił raz jeszcze rozpatrzyć tę sprawę. Poza nękaniem słownym i psychicznym pojawiły się bowiem również zarzuty o przemoc fizyczną. - To naprawdę okropne, że musiałem opuścić swój kraj z obawy przed nadużyciami lub zemstą ze strony mojego trenera. To było naprawdę przerażające, kiedy jako kobieta nie wiedziałam, czy zostanę uderzona w twarz czy nie - powiedziała Humphries dodając, że odczuwa ulgę z powodu tego, że jej sprawą ponownie zajmą się sędziowie.

A dlaczego USA? Przed igrzyskami w Vancouver rozstała się ze swoim mężem Danem Humphriesem, a w 2019 roku wzięła ślub z byłym amerykańskim bobsleistą Travise Armbrusterem i przeprowadziła się do USA. W Kanadzie była skonfliktowana nie tylko z trenerami, ale i z częścią zawodniczek, a w Stanach zaczynała z czystą kartą, na dodatek w kadrze, w której wiązano z nią duże nadzieje.

Listy do senatorów

I te nadzieje zaczęła szybko spełniać. Już podczas pierwszych mistrzostw świata w nowych barwach, w 2020 roku, wraz z rozpychającą Lauren Gibbs, sięgnęła po złoty medal w dwójkach. Rok później, ponownie na torze w Altenbergu, obroniła tytuł, tym razem w parze z legendarną LoLo Jones, dokładając do tego złoty medal w nowej konkurencji - monobobach, która w Pekinie zadebiutuje jako dyscyplina olimpijska.

Swój olimpijski debiut w barwach USA miała zaliczyć także Humphries, która została przy nazwisku swojego pierwszego męża. Jednak dość niespodziewanie pojawiły się problemy proceduralne. O ile bowiem w Pucharze Świata i MŚ mogła startować, nawet nie mając obywatelstwa, bo wynika to z przepisów międzynarodowej federacji IBSF, o tyle już na igrzyskach coś takiego nie wchodzi w grę. Rozpoczęły się zatem starania i uzyskanie przez Humphries obywatelstwa, ale okazało się, że proces jego przyznawania ma potrwać co najmniej do 2023 roku. Czyli zostałby zakończony już po igrzyskach...

Jednak całe środowisko kibiców w USA zjednoczyło wysiłki i rozpoczęło pisanie próśb do swoich senatorów o interwencję. I to chyba pomogło, bo Humphries 3 grudnia 2021 roku mogła pochwalić się, że oficjalnie została obywatelką Stanów Zjednoczonych.

- To był najbardziej stresujący poranek w moim życiu, ale to już załatwione - powiedziała Humphries w rozmowie z "Associated Press".

Inna od dziecka

Stresujących poranków w życiu mistrzyni olimpijskiej było jednak więcej. Już jako dorosła, utytułowana sportsmenka przyznała, że jako dziecko było ofiarą znęcania się w szkole. Od małego była zbudowana inaczej niż jej koleżanki, nieco bardziej ociężała i lepiej umięśniona. Przez to, że była inna od reszty, dzieciaki z jej otoczenia ją prześladowały.

Była osamotniona i zastraszona, na obozach narciarskich do jej śpiworów wkładano galaretki, na wyciągach zawsze siedziała sama, nikt nie chciał jej towarzyszyć. Po latach przyznaje, że to uczyniło ją bardziej odporną, skoncentrowaną na swoim celu. Twardszą.

Dziś jej historia jest inna. To mistrzyni, ucieleśnienie spełnionego marzenia, wzór wytrwałości. Humphries jednak wykorzystuje swoje doświadczenia, żeby inni mogli uniknąć jej doświadczeń. Stąd kampania "Byłam ofiarą znęcania", którą bardzo mocno promowała w mediach społecznościowych. Jej celem było nagłośnienie tego, jak ważna jest pomoc dla ofiar, ale i świadomość dzieci, że znęcanie się na słabszymi, czy po prostu innymi, jest czymś strasznym, co może rzutować na całe życie takich ludzi.

To zresztą niejedyna aktywność, której oddaje się bobsleistka. Jest zaangażowana w inicjatywę "Prawo do gry", program wspomagający rozwój sportowy, ale i edukacyjny, dzieci z ubogich środowisk. Humphries to także jedna z ambasadorek Olimpiad Specjalnych, często występowała w kanadyjskich szkołach, gdzie opowiadała, jak ważny jest sport dla dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi.

Pekin 2022: Walka o złoto?

Kaillie Humphries jest zawodniczką niezwykle barwną, z całą pewnością jedną z największych indywidualności całego bobslejowego środowiska. Niemal całe jej ciało zdobią tatuaże, które zresztą są jedną z jej znaków rozpoznawczych. Co ciekawe, mają je wszyscy w jej najbliższej rodzinie. To wynik obietnicy, jaką jej złożyli. Każdy z rodziny Simundsonów miał zrobić sobie tatuaż, kiedy Kaillie dostanie się do reprezentacji Kanady. Co prawda mowa była o kadrze narciarstwa alpejskiego, ale ostatecznie uznano, że ta bobslejowa też się liczy.

Humphries ma ich na swoim ciele mnóstwo. Jest bobslej, jest klonowy liść, jest wielki napis po islandzku, jako hołd dla jej dziadków pochodzących z tego kraju. Dla niektórych jej ciało wciąż jest czymś, co budzi kontrowersje, ale przez lata zdążyła się uodpornić na to, że pokazują ją palcami. W końcu częściej, robiąc to, mówią z podziwem, że to mistrzyni olimpijska.

Przed nią kolejne igrzyska, w których może ponownie przejść do historii, tym razem jako pierwsza kobieta, która zdobędzie trzy złote medale w bobslejach. W tej chwili po dwa ma ona i jej partnerka z reprezentacji Kanady, była rozpychająca Heather Moyse, która już jednak zakończyła karierę.

Czy tego dokona? Łatwo na pewno nie będzie, bo tegoroczna rywalizacja w Pucharze Świata pokazuje, że chętnych na złoto jest kilka. Czeka ją na pewno walka z koleżanką z reprezentacji Elaną Meyers-Taylor, z całą koalicją Kanadyjek, dla których wygrana z Humphries ma podwójne znaczenie, czy ze świetnymi Niemkami. Jednak warto pamiętać, że teraz bobsleistki mają dwie szanse na medal, bowiem w Pekinie pojawią się wspomniane już monoboby.

Cały czas nie wiadomo, kto będzie rozpychającą dla Humphries. Złoty medal przed rokiem zdobyła z LoLo Jones. I gdyby razem wystartowały i stanęły na olimpijskim podium, byłaby to jedna z najpiękniejszych historii w dziejach sportu. To jednak nie jest takie pewne, bowiem w amerykańskiej kadrze rywalizacja jest spora i na ten moment faworytką do jazdy za plecami pilotki jest Kaysha Love. Co by się jednak nie działo, Humphries z pewnością ma do napisania kolejny rozdział. Czy to będzie happy end? O tym przekonamy się dopiero za kilka tygodni.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje