Reklama

Karolina Nadolska: Okazało się, że urodzenie dziecka jest nielegalne

- Gdy zaszłam w ciążę, a jestem przecież kobietą, takie jest moje prawo, nie zrobiłam nic złego, klub zostawił mnie bez niczego, bez żadnych środków do życia. Z dnia na dzień pozbawiono mnie stypendium, bo uznano, że nie jestem już zawodniczką, która przyniesie klubowi chwałę. Potraktowano mnie tak, jak kogoś złapanego na stosowaniu dopingu - podkreśla najlepsza polska biegaczka półmaratonów Karolina Nadolska.

Michał Białoński, Interia: Łatwo dojść do formy po urodzeniu dziecka?

Reklama

Karolina Nadolska: - Nie tak szybko wraca. Z mężem i trenerem w jednej osobie - Zbigniewem liczyliśmy na to, że uda mi się wrócić na IO w Rio. Mieliśmy takie nadzieje. W treningu wszystko fajnie wyglądało. Ruszyliśmy w góry, do Colorado, na treningi, z małym dzieckiem, próbując wrócić do formy. Okazało się, że mamy wyjątkowo wymagające dziecko. Nasza córka nie spała tak jak powinna. Wybudzała się kilkanaście razy w ciągu nocy. I cóż z tego, że ładnie realizowałam treningi, odbudowywałam formę, skoro brak regularnego snu sprawił, że organizm się nie regenerował i nie zdążyłam się przygotować na igrzyska.

Rekordowy półmaraton w Poznaniu pokonała pani tempem 3:18 min na kilometr, więc szybkie treningi musiała pani pokonywać z jeszcze bardziej zawrotną szybkością.

- Niekoniecznie. Do imprez priorytetowych przygotowuję się w wysokich górach. Tutaj trening jest inny, nie biega się za szybko. Tu w ogóle się biega trudno, ciśnienie jest inne niż w nizinach. W Colorado nie uzyskuję prędkości, jakie później osiągam na zawodach. Na tym polega trenowanie w górach.

- Prędkości 3:18 min na kilometr w górach nie osiągałam nigdy, broń cię Panie Boże i nigdy ich nie osiągnę, one w naturalny sposób hamują. Bazuję na wytrzymałości, kilometrów pokonuję sporo w tygodniu. Nie każdy umie trenować w górach. Nie każdemu zawodnikowi służą. Dla mnie jednak są skuteczne, w Alamosie na 2300 m n. p. m. Super mi to leży, to jest mój drugi dom. Do Poznania zjechałam również z Alamosy i osiągnęłam wynik poniżej 1:10.

Trening prawie jak na Rysach!

- Z tą różnicą, że na Rysach nie ma gdzie biegać, a w Alamosie jest płaskowyż i piękne trasy do biegania.

Na jak długo pani jedzie w góry? Dwa-trzy tygodnie?

- Na tak krótki okres nie opłacałoby się, bo po aklimatyzacji człowiek musiałby zjeżdżać. My trenujemy około 7-8 tygodni. To jest optymalny okres.

Co jest imprezą numer "jeden" w nadchodzących miesiącach?

- Ciężko cokolwiek planować. Dopiero wracam. Licząc z okresem ciąży na trasach biegowych, na wysokim poziomie, nie było mnie przez dwa lata. Nie biegam maratonu na wiosnę. To świadoma decyzja. Uważamy, że potrzebuję jeszcze trochę czasu na trening wytrzymałościowy. Na razie dobrze nam wyszła "połówka". Pobiegam krótsze dystanse i w zależności od tego, jak będą wyglądały moje starty, decyzję podejmie trener, być może na jesień pobiegniemy duży, szybki maraton. Na razie chcemy ustabilizować formę. Godzina dziewięć minut i 54 sekundy w półmaratonie to fajnie i ładnie, ale moja dyspozycja nie jest jeszcze ugruntowana. Chcemy obiegać się na zawodach, bo dwa lata przerwy zrobiło swoje. Człowiek musi sobie przypomnieć stres, umiejętność walki z samym sobą. Czekają mnie starty na 5 i 10 km, nie boimy się ich.

Córka podróżuje z Wami?

- Oczywiście że tak, od samego początku. Z pełną świadomością długo Tosię karmiłam. Pojechała z nami w góry po raz pierwszy, gdy miała cztery miesiące. I ciągle podróżuje z nami, nie wyobrażamy sobie, żeby jej nie było. To są długie wyjazdy. Osiem tygodni to zbyt długi czas dla mojej głowy, dla moich emocji, żebym zostawiła córkę.

Ma pani żal do organizatorów półmaratonu z Poznania, że nie zgłosili imprezy do kalendarza PZLA, żeby rekord został uznany?

- Na wartości zawodniczej wiele nie tracę, gdyż mój wynik został uznany przez europejską i światową federację. Został przypisany do nazwiska, mało tego, dostałam gratulacje drogą mailową od kilku organizatorów dużych biegów, w których miałam zaszczyt brać udział. Gratulacje takie napłynęły z Czech, z Nowego Orleanu, gdzie nabiegałam rekord Polski na 10 km i z Waszyngtonu, gdzie jest bieg na 10 mil. To są duże biegi w Stanach, znają w nich moje nazwisko, gratulowali mi tego półmaratonu. Jeśli mój rekord Polski nie zostanie uznany przez PZLA, bo zdaję sobie sprawę, że organizator nie dopełnił pewnych obowiązków, to świat się nie zawali. Reguły są regułami, zasady zasadami, jak najbardziej w sporcie trzeba je respektować na każdym poziomie, bo tylko wtedy jest walka fair play, która jest priorytetem w moim sportowym życiu. Dlatego nie będę miała żalu do PZLA, jeśli już, to do organizatorów poznańskiego półmaratonu. To przecież duża impreza, świetnie zorganizowana, zgłoszona do kalendarza AIMS (Międzynarodowe Stowarzyszenie Maratonów i Biegów Ulicznych), spełniająca wszelkie wymogi jeśli chodzi o certyfikaty atestu trasy i pomiaru czasu. Certyfikat AIMS mówi o tym, że organizator musiał spełnić dość rygorystyczne warunki, aby znaleźć się w takim kalendarzu.

- Mogę dodać tyle, że obecność delegata PZLA nie wpłynęłaby na mój wynik na pewno. Jestem święcie przekonana, że przebiegłam półmaraton na atestowanej trasie, z profesjonalnymi pomiarami czasu. Byłoby mi żal, gdyby tego nie uznano za rekord Polski. Po drodze biłam rekord Polski na 15 km i 20 km, ale podkreślam - zasady fair-play są po to, aby je respektować. Liczę na przychylność PZLA w tej sprawie, ale jeżeli związek uzna, że nie możemy ratyfikować tego rekordu, przyjmę to z pokorą i jak najbardziej zrozumiem.

Stała się pani Henrykiem Szostem w spódnicy. Tak jak on dzielnie rywalizował z Afrykańczykami podczas IO w Londynie, czy na maratonie w Fukuoce, tak pani w Poznaniu dołożyła trzy minuty Kenijkom.

- Zdaję sobie sprawę z tego, że wynik poniżej godziny i 10 minut to złamanie pewnej bariery - chciałam, żeby osiągnąć 69 minut, a nie 70, to ładniej wygląda. Natomiast ja już jakiś czas temu z trenerem Zbyszkiem, mężem, wiedziałam, że jestem na tyle przygotowana, a osiągnięcie takiego wyniku to kwestia czasu. W niektórych biegach brakowało troszeczkę szczęścia, bo przy takim bieganiu zgrać się musi wiele rzeczy. Natomiast ten wynik w skali świata nie jest powalający. Świat biega półmaratony już poniżej godziny i pięciu minut - taki właśnie rekord świata padł w minioną niedzielę w Pradze. Nie wpadam w euforię po tym biegu. Pracujemy dalej, cieszymy się, że jako pierwsi w Polsce złamaliśmy barierę, ale na świecie to wynik jeden z wielu. Ja zdaję sobie sprawę z tego, gdzie jestem, ile pracy jeszcze przede mną. Minęłam po prostu kolejny etap w moim trenowaniu. Jeżeli związek nie uzna tego wyniku, to mam nadzieję, że jeszcze coś z niego urwę na kolejnym starcie w biegu, na którym będą sędziowie i delegaci PZLA.

Jakie macie plany z mężem na przekucie tego 1:09 na duży maraton?

- Mój rekord życiowy w maratonie to 2:26:31 i koło rekordu Polski dwa razy blisko się kręciłam (rekord Polski w maratonie od października 2001 r. należy do Małgorzaty Sobańskiej - 2:26:08 - przyp. red.). Odnośnie celów ciężko coś powiedzieć. Kiedyś wydawało mi się, że jak osiągnę 2:26, to będę bardzo szczęśliwa. Teraz mierzę wyżej, natomiast wiem, że w kwietniu miną trzy lata, gdy maratonu nie posmakowałam. To też działa troszeczkę na moją niekorzyść, a być może głód biegania spowoduje, że maraton dostarczy mi więcej radości niż zwykle.

- Nie jestem urodzoną maratonką. Ten dystans nie leży mi mentalnie. Trwa dla mnie za długo i troszeczkę się tym stresuję, cały czas boję się bardzo maratonu. Dlatego nie będę deklarować, że jesienią celuję w taki, a nie inny wynik. To wszystko wyjdzie z treningu. Oczywiście, że fajnie by było po tej "połówce" z Poznania, poprawić rekord życiowy. Zawsze mi się marzy, aby urywać cenne sekundy, jeśli idzie o rekord życiowy.

Promowała pani bieganie w dosyć zaawansowanej ciąży, później wróciła pani do tego sportu jeszcze w okresie karmienia piersią. Okazuje się, że macierzyństwo nie musi stać w sprzeczności ze sportem i to tak ciężkim jak bieganie maratonów.

- Pojawienie się Tosi odmieniło hierarchię w moim życiu. To ona stała się najważniejsza, rekordy zeszły na drugi plan. Oczywiście chciałam dalej trenować, jako szczęśliwa zawodniczka i szczęśliwa mama. Świetne było to, gdy Tosia miała już pół roku, a ja wychodziłam na intensywne, wymagające treningi, to one mnie w ogóle nie przerażały. Robiłam swoje i jak najszybciej wracałam do domu, gdzie było dziecko. Wcześniej, gdy nie miałam dziecka, przed podobnymi zajęciami myślałam: "O jejku! Tyle kilometrów trzeba przebiec!". Teraz głowę zapełniała mi córka, treningi przychodzą łatwiej, lepiej je znoszę mentalnie. Nabrałam dystansu do tego, co robię. Mam do kogo wrócić, ma ważny punkt zaczepienia w swoim życiu - rodzinę. Ona jest dla mnie najważniejsza. Mąż i córka są numerem "jeden", bez względu na to, jak się potoczy moje dalsze życie sportowe.

- Życie sportowca-kobiety jest uciążliwe przy takim dziecku, które nie śpi nawet teraz, ale to drobnostka, bo mamy z nim tyle radości!

- Niektórzy mówią, że mordują się w treningach i na trasach dla dziecka, bo wtedy uruchamiają się im dodatkowe pokłady sił. Ja bym tego tak nie nazwała. Po prostu, robię to, co kocham, a przy tym wszystkim mam jeszcze teraz kochającą rodzinę, która mnie wspiera i cieszę się, że tak jest.

Z facetami czasem ciężko wytrzymać, gdy są tylko mężami, partnerami, a co dopiero, gdy jeszcze pełnią rolę trenerów, jak w wypadku pani męża. Jak pani to znosi?

- Nasz staż małżeński nie jest duży. Muszę pochwalić męża i robię to z pełną świadomością. Nie ukrywajmy, gdy wychodzę na trening, a robię to dwa razy dziennie, on przejmuje wszystkie obowiązki z Tosią. Każdy trening zajmuje kilka godzin, po nim jest odpoczynek.

Czyli mąż nie stoi ze stoperem i nie mierzy tętna?

- Najczęściej nie, ale gdy zachodzi potrzeba przeprowadzenia wymagających treningów na stadionie, to mam wtedy i męża, i córkę. Moje dziecko jest obyte ze stadionem już od najwcześniejszego etapu życia.

To dopiero wychowacie biegaczkę!

- Śmiejemy się, że jest skazana na sport. Mąż jest przecież też byłym zawodnikiem i to z wynikami na całkiem fajnym poziomie, z życiówką w maratonie poniżej 2:12 i poniżej 1:03 w półmaratonie. Tosia pewnie odziedziczyła jakieś geny, ale nic na siłę.

- Wracając do męża, mam w nim wspaniałe wsparcie, które pomogło szczególnie w ostatnim roku, kiedy przeżywałam ciężkie chwile. Nie pojechałam na igrzyska do Rio de Janeiro, brakowało mi już wiary i nadziei w to, co robię. Tak naprawdę tylko obecność męża przy mnie sprawiła, że możemy rozmawiać o wyniku poniżej 1:10.

Jak państwo radzicie sobie finansowo? Z bieganiem i lekkoatletyką w Polsce nie idą w parze kokosy.

- Sprawa jest bardzo trudna. Mój klub z Torunia (MKL) - mogłabym powiedzieć wiele niefajnych rzeczy na ten temat - w momencie, gdy zaszłam w ciążę, a jestem przecież kobietą, takie jest moje prawo, nie zrobiłam nic złego, zostawił mnie bez niczego, bez żadnych środków do życia. Z dnia na dzień pozbawiono mnie stypendium, bo uznano, że nie jestem już zawodniczką, która przyniesie klubowi chwałę. Potraktowano mnie tak, jak kogoś złapanego na stosowaniu dopingu!

Czyli jak w powiedzeniu "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść"?

- Dokładnie, to było bardzo niefajne. Na dodatek nie zostałam o tym nawet poinformowana, że skreśla się mnie z grona stypendystów. Trudno, żebym nie czuła żalu do klubu.

Nie myślała pani o zmianie klubu?

- Po tamtej sytuacji wysłaliśmy pismo z prośbą o zwolnienie z klubu, poczuliśmy się skrzywdzeni, nie tak powinno to wyglądać, ale nikt do dziś nie odpowiedział. Minęły już dwa lata. Zmiana klubu? Czemu nie! Formalnie jestem nadal w Toruniu, natomiast tego klubu na pewno nie będę reprezentować.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Karolina Nadolska