Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym w Bernie Niemcy przechytrzyli Węgrów

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 45 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Dla Węgrów, na początku lat 50. najlepszej bezsprzecznie drużyny na świecie, to był fatalny dzień. A w zasadzie - dni, bo trauma tak szybko się nie skończyła. Dla trenera Gusztava Sebesa szczególnie. Wieczorem w jego domu w Budapeszcie zostały wybite wszystkie szyby, nazajutrz jego syn został pobity i nabawił się trwałego urazu, a po powrocie w Sashalom niedaleko Budapesztu na selekcjonera musiał czekać wóz milicyjny. Lepiej było skryć się na dalekiej prowincji i przeczekać złość rodaków. Przez miesiąc.

Reklama

Takie były bezpośrednie skutki jednej z największych niespodzianek w historii mundialu, znanej jak "cud w Bernie".

4 lipca 1954, finał piątych mistrzostw świata rozgrywanych w Szwajcarii. Naprzeciwko siebie stanęli Węgrzy, którzy szli przez cały turniej jak burza, opromienieni zwycięstwem rok wcześniej 6-3 z Anglikami na Wembley, i Niemcy, dla których jest to pierwszy mundial po wojnie. Zaczęło się zgodnie z planem, bo faworyci prowadzili 2-0 już po ośmiu minutach, ale wtedy doszło do rzeczy nieprawdopodobnej. Niemcy wyrównali jeszcze do przerwy, a na sześć minut przed końcem Rahn strzelił decydującego gola. Jeszcze jedno trafienie Puskasa, w samej końcówce, nic nie zmieniło, bo sędzia uznał, że był spalony. Sensacja! Druga z rzędu w decydującym meczu na mistrzostwach świata!

Jak to się stało, że znakomici Madziarzy, którzy grali futbol totalny już dwadzieścia lat wcześniej, zanim został on oficjalnie wymyślony przez Holendrów, ponieśli klęskę w jedynym, ale za to najważniejszym spotkaniu w swojej karierze?

"Herberger mnie przechytrzył", przyznawał Gusztav Sebes Tadeuszowi Olszańskiemu w książce "Gol", odsłaniającej wiele kulisów tamtego spotkania.

Obydwie drużyny spotkały się już w fazie grupowej. Węgrzy dosłownie zmiażdżyli rywali, wygrywając 8-3, ale prawda o tamtym meczu - mającym ogromny wpływ na późniejszy finał - jest trochę bardziej zawiła. Trener Niemców Sepp Herberger wystawił aż... sześciu rezerwowych. Zagrywka była wybitnie psychologiczna. Aby ją zrozumieć, konieczny jest kontekst, a przede wszystkim zupełnie nietypowy system eliminacji. W czterozespołowej grupie drużyny grały nie "każdy z każdym", ale z tylko z dwiema ekipami. Do awansu potrzebne były dwa zwycięstwa. Gdy Węgrzy pokonali Koreę Płd., a Niemcy Turcję, w głowie Herbergera narodził się sprytny plan. "W przypadku naszej przegranej z Węgrami i zwycięstwa Turcji nad Koreą, czekał nas powtórny mecz z Turcją. Od jego wyniku zależał nasz awans. To niezbędne wyjaśnienie, aby zrozumieć moje założenia taktyczne. Uznałem, że pokonanie po raz drugi Turcji leży w naszym zasięgu i bardziej się opłaca niż zacięta walka z Madziarami. Oddałem więc z góry mecz Węgrom" - przyznawał niemiecki trener bez pardonu w tej samej książce Tadeusza Olszewskiego. "Wystawiłem aż sześciu zawodników rezerwowych. Ryzykowałem szalenie. Na mecz do Bazylei przyjechało kilka tysięcy kibiców z RFN. Gdy zobaczyli w składzie aż sześciu rezerwowych, wygwizdali mnie", mówił Herberger. Ale cel osiągnął. Niemcy przekonali się, że można Węgrom strzelić aż trzy gole, dokładnie tyle, ile wystarczyło na zwycięstwo w finale.

Spryt niemieckiego trenera to jedno, ale na sensacyjny "cud w Bernie" złożyło się więcej elementów. Znacznie więcej. Również psychologicznych.

W nocy przed finałem w Solothurn, gdzie mieszkali Madziarzy odbywał się koncert orkiestr ludowych. Przez długie godziny piłkarze nie mogli zasnąć. Z kolei tuż przed meczem napięcie było tak ogromne, a zabezpieczenie tak pozostawiające do życzenia, że przez pół godziny Sebes i jego zawodnicy musieli przeciskać się przez tłum, aby dotrzeć do szatni.

Co więcej, w niemieckiej drużynie występował Posipal, emigrant z Siedmiogrodu, który dobrze znał węgierski i rozumiał wszystko, co zawodnicy mówili w trakcie meczu.

To tego wszystkiego doszły elementy czysto taktyczne. Obrońcy Liebrichowi Herberger nakazał nieodstępowanie Puskasa ani na krok. Dosłownie. Niemiec - jak wspominał trener - miał go pilnować nawet wtedy, gdyby Węgier "chciał iść do toalety"! Poza tym, taktyka Niemców była prosta - na przemian krótkie i długie podania. Po latach łatwiej to oceniać, ale Sebes popełnił też błąd, wystawiając Czibora na nietypowej dla niego pozycji - na prawym skrzydle, a nie na lewym. I jeszcze jedno: sekretna broń piłkarzy z RFN, których Adidas wyposażył w korki znacznie lepiej spisujące się na mokrej od deszczu murawie.

Czy Puskas, bezpardonowo kontuzjowany w pierwszym meczu z Niemcami po starciu z Liebrichem, był zdolny do gry w finale? Sebes zapewniał, że tak ("Jakże go nie wystawić? Który trener nie ugiąłby się i nie wstawił do drużyny zawodnika tej klasy co Puskas, choćby i kontuzjowanego?"),  ale trzeba to umieścić w trochę szerszym kontekście. Obiektywnie, Madziarzy mieli trudniejszą przeprawę do finału, nawet jeśli trener Niemców to potem kontestował. Mieli za sobą wyczerpujące pojedynki z Brazylią i Urugwajem. To pierwsze starcie zaczęło się od kilku nokautów na murawie, a było kontynuowane w tunelu, gdzie doszło do ogólnej bijatyki. Węgrzy utrzymywali, że zostali zaatakowani przez Brazylijczyków nie mogących pogodzić się z porażką (2-4) i dopiero gdy Bozsik... stłukł lampę, mogli wziąć rewanż na rywalach. Po czymś takim ślady zmęczenia musiały być odczuwalne.

Ale "cud w Bernie" (po latach powstał film pod takim samym tytułem) pozostawił też inne ślady. Kilka dni po finale wielu Niemców zachorowało na żółtaczkę, co tylko wzmogło podejrzenia o doping. Badania naukowców z uniwersytetów w Berlinie i Lipsku jasno sugerowały, że w czasie turnieju wstrzykiwano im prawdopodobnie nie witaminy, ale pervitin, stymulant na bazie amfetaminy, podawany m.in. pilotom Luftwaffe oraz czołgistom w czasie wojny.

Jakby tego było mało, gdy w 2008 roku pojawiła się kandydatura Seppa Herbergera do niemieckiego Hall of Fame, towarzyszyła temu publiczna polemika, bo trener co najmniej od połowy lat trzydziestych nie ukrywał wsparcia dla nazistów.

Wtedy jednak, zaledwie kilka lat po wojnie, ważne było jeszcze coś innego. Nieoczekiwanie zwycięstwo Niemców - których drużyna była złożona z amatorów albo byłych więźniów, jak kapitan Fritz Walter, przetrzymywany przez sześć miesięcy w ZSRR - tchnęło w cały naród nowego ducha.

Były minister Edmund Stoiber nie wahał się później przyznać, że "to nie był tylko mecz piłkarski, ale akt założycielski dla nowych Niemiec".

W taki oto sposób futbol na mundialu po raz kolejny wyszedł daleko poza boisko.

Remigiusz Półtorak