Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym Senegalczycy spali w tym samym hotelu, co żony Francuzów

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 43 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Reklama

Zdarzało się już nieraz, że w meczach inaugurujących mundial padały niespodziewane wyniki, ale jeszcze nigdy sensacja nie była tak wielka jak w Korei w 2002 roku. Debiutujący w mistrzostwach Senegalczycy nie mieli, zdawało się, wielkich szans w starciu z mistrzami świata i arcyfaworytami imprezy z Francji, a jednak wyszli z tej batalii zwycięsko. Co więcej, dotarli potem do ćwierćfinału. Ograniczanie ich przygody do tego, co działo się na boisku, byłoby jednak niewybaczalnym uproszczeniem. Bo równie wiele działo się za kulisami!

Reklama

Każdy Senegalczyk prawdopodobnie zna tę akcję na pamięć. Rajd El Hadjiego Dioufa po lewym skrzydle, wygrany pojedynek z Leboeufem i mocne dośrodkowanie po ziemi w pole karne. Tam Papa Bouba Diop, grający wówczas we francuskim Lens, na dwa razy, ale jednak pokonał Bartheza. Przy pomocy Petita, który mógł się jedynie przyglądać, jak piłka wpada do siatki.

Była 30. minuta spotkania inaugurującego pierwszy mundial organizowany przez dwa kraje, Koreę i Japonię. Więcej goli już w tym spotkaniu nie padło. Tak Senegalczycy przeszli do historii, a ponieważ trzeba było uczcić to w oryginalny sposób, Bouba Diop zdjął koszulkę, rozłożył ją przy chorągiewce i wspólnie z kolegami odtańczył tradycyjny obrzęd. Na taką metodę cieszenia się z bramki nikt wcześniej nie miał patentu, więc "Lwy Terangi" godnie uczciły swój pierwszy mecz w historii mistrzostw świata.

Ale to, co wydarzyło się na boisku okazało się jedynie logicznym ciągiem wcześniejszych zdarzeń.

Na dzień przed inauguracją Francuzi nieźle weszli rywalom na ambicję. Jako główni faworyci imprezy - ba, arcyfaworyci, wszak przez cztery lata wygrywali wszystko, co się dało, łącznie z poprzednim mundialem, Euro i Pucharem Konfederacji - zrezygnowali z tradycyjnego treningu na stadionie, w Seulu, gdzie miał odbyć się mecz. Rywale odebrali to jako wyraz wyższości i arogancji. - Czuliśmy brak respektu z ich strony - przyznał potem Khalilou Fadiga.

Paradoks polegał na tym, że Senegalczyków trenował Francuz - Bruno Metsu, który przykładał szczególną wagę do taktyki. Piłkarze wspominali, że potrafił się niesamowicie zirytować, gdy tylko któryś z obrońców ustawił się źle choćby o pół metra. Zresztą, właśnie w taki sposób podczas jednego z treningów tuż przed inauguracją mundialu Lamine Diatta został usunięty z drużyny, która broniła symulacyjnego ataku rywali. Trener kazał mu opuścić plac gry.

Ta drobiazgowość i determinacja zaprocentowały, choć była też - dobrze ukrywana, przynajmniej do początkowego gwizdka - pewność siebie. Sebastien Tarrago, reporter dziennika "L'Equipe" opowiada, jak przeprowadzał wtedy wywiad z kapitanem Aliou Cisse (dzisiaj jest selekcjonerem). Pomocnik Montpellier nie powiedział w zasadzie nic oryginalnego poza okrągłymi formułkami, ale gdy dyktafon został wyłączony, dał wreszcie upust temu, co czuł podświadomie. - Seb - byliśmy na ty, więc Cisse mówił do mnie po imieniu - zmieciemy ich na boisku! - przypomina Tarrago.

Fadiga dodaje: "Graliśmy tak, jakby nasze życie zależało od tego".

Ale na przewagę psychologiczną, którą Senegalczycy z czasem uzyskali, miał wpływ jeszcze jeden mało znany fakt. Biorąc pod uwagę dzisiejsze zwyczaje - dość kuriozalny. Otóż, w tym samym hotelu, co reprezentacja "Lwów Terangi" spały też... żony i partnerki piłkarzy francuskich. Co się wydarzyło w noc poprzedzającą mecz? Czy wszyscy grzecznie zostali w swoich łóżkach? Żadnych przecieków na ten temat nie było, ale dla graczy z Senegalu choćby tylko taka informacja wydawała się na wagę złota. El Hadji Diouf, który świętoszkiem na pewno nie był, drażnił w trakcie spotkania Francka Leboeufa, że "miał okazję dobrze poznać jego żonę". Fadiga komentował ze śmiechem, parę lat po tamtych zdarzeniach: "To taka część folkloru piłkarskiego".

Kilka dni przed meczem nie było mu jednak zupełnie do śmiechu. Zawodnik Auxerre został... oskarżony o kradzież złotej bransoletki za 280 euro u jednego z jubilerów w Daegu, a nagrania z kamery nie pozostawiały wątpliwości, że chodzi o niego. Skąd w ogóle taki pomysł? W tle był prawdopodobnie zakład z innymi piłkarzami i Fadiga dał się naiwnie podejść. A żeby było śmieszniej, jako reprezentant Unicefu był często pokazywany jako przykład dla dzieci.

Szef senegalskiej federacji chciał za wszelką cenę uniknąć wielkiej sensacji i natychmiast zadekretował, że... sprawa jest zamknięta, a zawodnik jak gdyby nigdy nic będzie normalnie grał przeciwko Francji, choć sam Fadiga - jak przyznał wiele lat później - chciał... opuścić turniej. Jednak wsparcie, które dostał, odwiodło go od tego pomysłu.

Tymczasem skradziona biżuteria została oddana i żadnych konsekwencji nie wyciągnięto. A nawet więcej - doszło do rzeczy surrealistycznej. Okradziony jubiler wysłał Fadidze prezent mający przynieść szczęście całej ekipie!

Najwyraźniej pomogło, bo Afrykańczycy doszli aż do ćwierćfinału, a po drodze - jeszcze w grupie - rozegrali niezapomniany mecz z Urugwajem, będący przedsmakiem tego, co stało się trzy lata później w finale Ligi Mistrzów. Do przerwy prowadzili 3-0, by w II połowie dać sobie strzelić trzy gole!

Na tym emocje się nie skończyły. Znakomity występ na mundialu został przedłużony o trzydniowy pobyt na Tajwanie w ramach współpracy między federacjami. Problem w tym, że świętowanie odbywało się tam już na całego i rząd Senegalu musiał wysyłać oficjalną notę z przeprosinami, że drużyna - pod wymyślonym pretekstem pozostawienia sprzętu na lotnisku - nie zagrała meczu towarzyskiego, rozczarowując cztery tysiące czekających kibiców. Nie obyło się też bez skandalu obyczajowego, bo lokalne media podały, że "Lwy Terangi" zamówiły sobie... usługi 37 luksusowych dam do towarzystwa.

Interweniował nawet ambasador Senegalu na Tajwanie, przyznając, że wyjaśniał z zawodnikami tę sprawę i wszyscy zaprzeczyli...

Sensacyjni uczestnicy mundialu wrócili więc do Dakaru z glorii bohaterów.

Ostatni akord tej burzliwej przygody życie dopisało 11 lat później. Gdy charyzmatyczny trener Bruno Metsu przegrał walkę z rakiem, trumnę z jego ciałem nieśli byli zawodnicy. Ci z mundialu 2002.

Remigiusz Półtorak