Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym samobójczy gol zamienił się w koszmar zakończony morderstwem

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 18 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Mundial w 1994 roku miał być dla Kolumbii jak spełnienie amerykańskiego snu, takiego prawdziwego - po latach oczekiwań drużyna budowana przez Francisco Maturanę i prowadzona na boisku przez Carlosa Valderramę była wreszcie przygotowana na podbój świata. Tak się wydawało.

Reklama

Skończyło się jednak tragicznie. Po samobójczym golu, strzelonym niefortunnie w drugim spotkaniu przeciwko gospodarzom, Andres Escobar został zastrzelony przed jedną z dyskotek w Medellin. Pogrzeb odbył się jeszcze przed końcem mundialu. Wzięło w nim udział ponad 100 tysięcy ludzi.

Aby zrozumieć nadzieje związane z wyjazdem Kolumbijczyków do Stanów Zjednoczonych, konieczny jest trochę szerszy kontekst. Zapowiedzią dobrej gry był już występ w turnieju Copa America w 1987 roku. Maturana dopiero co objął reprezentację, ale doprowadził ją nieoczekiwanie do medalu na argentyńskich boiskach, wygrywając po drodze mecz o trzecie miejsce z gospodarzami na słynnym El Monumental w Buenos Aires. Po latach okaże się jak duże miało to znaczenie.

W pamięci "Los Cafeteros" niezapomniane pozostały też mistrzostwa świata we Włoszech, na których zrobili dobre wrażenie, remisując z RFN 1-1 po golu Rincona w ostatniej minucie. Kto wie jak zakończyłby się dla nich tamten mundial, gdyby ekscentryczny bramkarz Rene Higuita nie dał się podejść Rogerowi Milli i gdyby Kamerun nie był w dogrywce 1/8 finału tak piekielnie skuteczny.

Największe wrażenie zrobiło jednak zwycięstwo Kolumbii nad Argentyną w eliminacjach do kolejnego mundialu. 5-0 na El Monumental w Buenos! Największa wygrana w historii nad wielkim rywalem i fantastyczny koniec kwalifikacji, w których "Los Cafeteros" ani razu nie przegrali, a stosunek bramek musiał budzić szacunek - trzynaście do dwóch.

To dlatego podopieczni "Pacho" Maturany, który znowu został selekcjonerem, zaczęli być zaliczani do faworytów amerykańskiej imprezy. Mając w składzie doświadczonego Valderramę, przebojowego Rincona i młodego Asprillę, wschodzącą gwiazdę z Parmy, można było sobie pozwolić na daleko idące marzenia. Kibice tak właśnie myśleli - że wreszcie jest możliwe historyczne osiągnięcie na mundialu, dużo lepsze niż cztery lata wcześniej.

Sześć strzałów. Tragicznych

Już początek był fatalny, choć jeszcze nie beznadziejny. Porażka z Rumunią Hagiego (1-3) mocno komplikowała sprawę, ale jeszcze nie zamykała definitywnie drzwi. Tym bardziej, że oprócz dwóch najlepszych zespołów w grupie, do dalszej rundy awansowali jeszcze najlepsi z trzecich miejsc. W takich okolicznościach Kolumbijczycy przystępowali do kolejnego spotkania, przeciwko USA. Jak się okazało, tragicznego w skutkach. Ale był jeszcze jeden niepokojący sygnał. Niedługo przed spotkaniem "Pacho" Maturana wszedł do szatni niemal ze łzami w oczach i zakomunikował, że został zmuszony do dokonania zmiany. Ze składu miał wypaść Jaime Gabriel "Barrabas" Gomez, bo jeśli tak się nie stanie, zostanie zabity. Co ciekawe, jego brat był asystentem selekcjonera. Kto stał za tymi pogróżkami i czy były one prawdziwe, nigdy nie zostało dokładnie wyjaśnione.

Faktem jest, że Kolumbia zaczynała mecz z gospodarzami w warunkach, które były dalekie od komfortowych. Do tego ten feralny gol samobójczy, jeszcze w pierwszej połowie.

Była dokładnie 35. minuta, gdy John Harkes zdecydował się na ni to strzał zza pola karnego, ni dośrodkowanie. Mocno uderzoną piłkę chciał skontrować Andres Escobar ustawiony sam na środku pola karnego, ale zrobił to tak niefortunnie, że kompletnie zmylił własnego bramkarza. 0-1. Ostatecznie mecz zakończył się porażką 1-2 i nawet zwycięstwo nad Szwajcarią nic nie dało. Kolumbia musiał pożegnać się z turniejem.

Dziesięć dni po pechowym meczu Escobar wyszedł ze znajomymi do lokalu Padova na przedmieściach Medellin. Na parkingu znajdującym się nieco dalej (bliżej nie było miejsca, więc zostawił samochód nie przy odwiedzanym lokalu) wywiązała się sprzeczka, która doprowadziła do tragicznych sześciu strzałów. Piłkarz zmarł w drodze do szpitala.

Zabójcą okazał się niejaki Humberto Munoz Castro, szofer i ochroniarz braci Gallon Henao mających powiązania z narkobiznesem i inną przestępczością. Stąd podejrzenia, że Escobar padł ofiarą mafii kontrolującej zakłady piłkarskie, która rzekomo miała sporo stracić na mundialu. Wersji było wiele. Jedna z nich mówiła, że zawodnikowi zarzucono strzelenie gola samobójczego, po czym doszło do kłótni i strzałów. Escobar miał przy tym usłyszeć mało pochlebne epitety, na które odpowiadał, że "jest człowiekiem i też popełnia błędy", a samobója nie strzelił specjalnie.

Według innej wersji, w ogóle nie było mowy o futbolu, a jedynie o źle zaparkowanym samochodzie. Ciekawe jest zeznanie samego Castro, który twierdził, że spał w aucie, czekając na szefa Santiago Gallona, gdy nagle usłyszał kłótnię. Myślał, że jego boss znajduje się w niebezpieczeństwie, więc użył rewolweru, nie wiedząc, kogo zabija.

Wcześniej starszy Gallon miał zwracać uwagę Escobarowi, że "nie wie, z kim się zadaje".

Oficjalne śledztwo wykazało, że powód zabójstwa był prozaiczny. Nie nastąpiło na zlecenie, ale w wyniku fatalnej sprzeczki, która się dramatycznie zakończyła. Rodzina obrońcy nigdy w to nie uwierzyła, ani nie przyjęła takiej wersji zdarzeń.

Castro usłyszał wyrok 43 lat więzienia, ale wyszedł już po jedenastu, w 2005 roku.

Nigdy, ani wcześniej, ani później, Kolumbia nie była po mundialu tak zdruzgotana.

Remigiusz Półtorak

Tajemnice mundialu - zobacz inne opowieści o pasjonującej historii mistrzostw świata