Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym Polacy wbili Brazylii pięć goli, a Francuzi chcieli ich podkupić

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 37 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Takiej dramaturgii nikt się nie spodziewał, a jednak! W swoim inauguracyjnym występie na mistrzostwach świata Polacy byli bliscy sprawienia dużej niespodzianki, przegrywając na stadionie la Meinau w Strasburgu z Brazylią dopiero po dogrywce 5-6. Do 2014 roku i pamiętnego spotkania z udziałem Niemców, nikt nie strzelił Brazylijczykom tyle goli na mundialu, a Ernest Wilimowski do dzisiaj pozostaje jedynym napastnikiem, który czterokrotnie pokonywał bramkarza "Canarinhos". Nasi rywale - też po raz pierwszy w historii - zostali wtedy... zmuszeni do gry w niebieskich, rezerwowych koszulkach.

Reklama

Na początek warto wyjaśnić, kto doprowadził do tego, że już w pierwszym meczu trafiliśmy na artystów z Ameryki Płd. Odpowiedzialny za to jest... wnuczek ówczesnego prezydenta FIFA Julesa Rimeta, Yves. Gdy wyciągał kulki w czasie marcowego losowania w Paryżu miał tylko sześć lat. Nasi rywale byli rozstawieni.

Zanim Polacy wyjechali do Francji, trenowali jeszcze przez kilka dni na zgrupowaniu w Wągrowcu, a selekcjoner Józef Kałuża powołał w zasadzie tych samych piłkarzy, którzy wywalczyli awans z Jugosławią. Kontuzjowanego Jerzego Wostala zastąpił jedynie Fryderyk Scherfke. Paradoksalnie, ta jedna zmiana okaże się z historycznego punktu widzenia kluczowa, bo to napastnik Warty Poznań zapisze się w kronikach jako pierwszy strzelec gola dla Polski na mistrzostwach świata.

Co ciekawe, mecz z Brazylią miał zostać rozegrany w zupełnie innym mieście, w Tuluzie na południu Francji. Kilka dni przed spotkaniem polscy działacze wystosowali pismo do FIFA z prośbą o zmianę miejsca. Argument? Południowy klimat miał faworyzować rywali przyzwyczajonych do gry w takich warunkach. PZPN nie doczekał się jednak żadnej odpowiedzi. Ostatecznie, po rezygnacji Austrii, która stała się ofiarą Anschlussu, Polacy zagrali w Strasburgu.

W czasie historycznego występu na francuskim mundialu Polakom towarzyszyło całe kierownictwo związku, na czele z płk. Kazimierzem Glabiszem, ówczesnym prezesem PZPN-u i jednocześnie szefem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Ponieważ były to czasy, że nie można było jeszcze dokonywać zmian, ze względów finansowych niektórzy z zawodników zostali w kraju.

Ostatecznie na mecz z Brazylią Polacy wybiegli w składzie: Madejski - Szczepaniak, Gałecki - Góra, Nyc, Dytko - R. Piec, Piątek, Scherfke, Wilimowski i Wodarz,  a wśród rezerwowych znalazło się miejsce dla czterech zawodników, po jednym z każdej formacji (Brom, Giemsa, W. Piec, Baran). Tylko dwa kluby miały w pierwszej jedenastce po dwóch swoich piłkarzy - w Ruchu Chorzów grali Wilimowski i Wodarz, zaś w Polonii Warszawa - Szczepaniak i Nyc.

Na trybunach, według oficjalnych danych znalazło się 13 452 widzów, ale w rzeczywistości znacznie więcej. Francuski dziennik "L'Auto" (poprzednik "L'Equipe") podawał, że ok. 20 tys., "Przegląd Sportowy" - nawet 25 tysięcy "mimo niepewnej pogody". Tak czy inaczej - dużo. Po latach legendarny francuski trener Guy Roux opowiadał nam, że jego przygoda z polskimi piłkarzami też zaczęła się w dość osobliwy sposób od tamtego meczu. Na widowni siedziała jego mama, która była wtedy w ciąży... W loży honorowej zasiedli natomiast ambasador RP w Paryżu Juliusz Łukasiewicz, ale też jego odpowiednicy z Brazylii, Argentyny i Chile. Co ciekawe, przed meczem zagrano nie tylko hymny polski i brazylijski, ale też francuski, gospodarza imprezy.

Czy mimo niemałej kolonii polskiej (kroniki podają, że około dwutysięcznej), Brazylijczycy mieli od początku fawory publiczności, chcącej zobaczyć drużynę grającą inny futbol niż w Europie? Wiele na to wskazuje. Specjalny telegram zachęcający naszych rywali do walki wysłała im nawet znana francuska artystka występująca pod pseudonimem Mistinguett (na jej seksapil nikt nie pozostawał obojętny ani w Folies Bergere, ani w Moulin Rouge...), mimo że niedługo wcześniej przyjechała na występy do Warszawy, co wzbudziło niemałą sensację.

"Ręka najsprawniejszego reżysera"

Dramaturgię tego spotkania oddawała najlepiej relacja zamieszczona w "Przeglądzie Sportowym", napisana bardzo obrazowym językiem. Zdaniem korespondenta, widzowie "ulegli fluidowi, jaki ciągnął z pola walki". "Przebieg meczu ułożył się, jakby kierowała nim za kulisami ręka najsprawniejszego reżysera, obeznanego z psychiką tłumu, dyrygującego kontrastowymi efektami. W chwili, gdy wydawało się, że nic już nie przerwie normalnego biegu, że akcje potoczą się spokojnym, równym łożyskiem, następował jakiś nieoczekiwany zakręt, a wraz z nim spadały kaskady przeżyć, które, zależnie od nastawienia obserwującego, odbijały się echem wielkiej radości lub bolesnym rozczarowaniem".

Brazylijczycy rozpoczęli z dużym animuszem. Ich pierwszy gol, autorstwa Leonidasa (strzałem lewą nogą w okienko) był "dojrzałym owocem zdecydowanej supremacji". Polacy wyrównali pięć minut później, gdy najpierw obrońca niczym zapaśnik powstrzymał Wilimowskiego w polu karnym, a potem Scherfke łatwo wykorzystał karnego, uderzając piłkę po ziemi w prawy róg bramki. Batatais nawet się nie rzucił.

Grająca na niebiesko Brazylia (pamiętajmy, że było to na długo przed tym, zanim Aldyr Garcia Schlee wygrał konkurs na projekt żółtej koszulki, z której "Canarinhos" są znani od lat 50.) miała przewagę, będąc przeciwnikiem znacznie trudniejszym niż Irlandia, z którą graliśmy tuż przed mundialem w Warszawie. Szczególnie bolesna była utrata trzeciej bramki, "niemal w momencie gwizdu zwiastującego zakończenie połowy".

I nagle niemal wszystko się zmieniło. Począwszy od warunków atmosferycznych, które bardziej sprzyjały Polakom niż Brazylijczykom.

Druga połowa była toczona w strugach deszczu. Pierwsze krople zaczęły spadać jeszcze zanim zawodnicy zeszli do szatni, ale dopiero po przerwie rozpętała się ulewa. "Już pierwsze odsłony drugiego aktu zwiastowały jakąś zmianę. Nagle ciągi polskie zaczęły się zazębiać, zaczęto wygrywać pojedynki i atak, kombinując krótko przedostawał się dobrze do przodu", pisał "PS" w relacji pomeczowej. Rozpoczął się też koncert Wilimowskiego. Przy drugiej bramce dla Polaków "Ezi" dostał podanie od Scherfkego ze skrzydła, minął obrońcę i trafił do siatki.

Widownia, jako się rzekło, miała więcej sympatii do egzotycznych gości z Ameryki Południowej, choć po golu Wilimowskiego trochę się to zmieniło. Tym bardziej, że po kolejnych kilku minutach Polak wygrał pojedynek z Domingosem, uważanym z jednego z najlepszych obrońców na świecie i wyrównał na 3-3! Trybuny zaczęły "drżeć z emocji i oklasków". Wtedy nastąpił kolejny cios. Peracio uderzył z daleka, piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki, od karku bramkarza Madejskiego i wpadła do siatki.

Zanim Wilimowski znowu wyrównał w samej końcówce, po drodze był jeszcze jeden słupek (też po strzale "Eziego") i znakomita sytuacja Pieca, który z kilku metrów nie trafił do pustej bramki.

Jakkolwiek wydaje się to nieprawdopodobne, Brazylijczycy grali w meczu z Polską na czas. Gdy do końcowego gwizdka brakowały już tylko sekundy, "Piontek przypomniał sobie nareszcie jak to idzie się na przebój, choćby trzeba było wypruć z siebie kiszki". Jego strzał został odbity, Scherfke tylko musnął piłkę, ale dopadł do niej Wilimowski. 4-4! Trybuny oszalały, a korespondent "PS" pisał, że Polacy to "wcielone diabły", bo "potrzeba silnej woli i ambicji", by wyratować się z "tak beznadziejnego położenia".

Wilimowski "ruszał się jakoś dziwnie"

"Chłopcy, strzelamy bramkę, a potem wszystko do tyłu", miał mówić Szczepaniak przed wyjściem na dodatkowe 30 minut gry.

W dogrywce Leonidas, który z powodu śliskiej murawy przez chwilę rzeczywiście grał boso (według różnych przekazów przez sześć minut), strzelił dwa gole. Wilimowski zdołał odpowiedzieć tylko jednym, na minutę przed końcem, stając się jedynym graczem w historii mundialu, który pokonał Brazylię aż czterokrotnie.

Paradoksem jest, że mimo takiego wyczynu, mecz miał w wykonaniu Polaków zupełnie różne oblicza. Do przerwy spisywaliśmy się bardzo słabo. Scherfke był "powolny", Piontek "nie dochodził w porę", a Wilimowski "ruszał się jakoś dziwnie". Generalnie, linia ofensywna nie wspomagała obrony w wystarczający sposób (choć w przerwie to napastnicy mieli pretensje do pomocników). Po przerwie trochę się to zmieniło, ale Polska grała nierówno, "miała zrywy i spadki, tych drugich było więcej".

Selekcjoner Józef Kałuża ocenił, że gra Polaków była zbyt nerwowa, a poza Szczepaniakiem "załamywali się wszyscy" i pod wpływem zdenerwowania zagrali słabiej niż zwykle. W strzałach wyraźnie ustępowaliśmy rywalom (14 do 23), za to niespodziewanie w rzutach rożnych mieliśmy dużą przewagę - dziewięć do dwóch!

Inna historia, też zupełnie niezwykła, odnosi się do polskiego komentatora radiowego Michała Franka, który z dachu Stade de la Meinau relacjonował przebieg meczu - jako jeden z trzech, oprócz Brazylijczyka i Francuza. Jak wspominał później w rozmowie z gazetą "Antena", obok niego ulokował się "zapasowy gracz drużyny polskiej", Edmund Giemsa. "Żałuję, że nie widziałem samego siebie w tej ulewie, ociekającego wodą, z workiem zarzuconym na głowę i plecy, podczas gdy Giemsa piastujący parasol, pozostawiony mu uprzejmie przez pana Łagiewskiego, sekretarza naszego konsulatu, tańczył dokoła mnie po całym dachu, ograniczając się do siarczystych "pierrunów", co oznaczało równie dobrze podziw, żal, zachwyt i rozczarowanie" - wspominał Frank. Najciekawsze zdarzyło się jednak po 90 minutach gry. "Nie wiedziałem, czy Polskie Radio transmituje dogrywkę i przez 38 minut mówiłem do mikrofonu, moknąc coraz gruntowniej, nie wiedząc, czy "gadam do lampy", czy też jestem słyszany w dalszym ciągu. W gardle zasychało mi coraz bardziej - bądź co bądź, mówiłem bez przerwy i bez papierosa okrągłe półtorej godziny".

Obawy okazały się bezpodstawne. W Polsce wszystko było słychać.

Ostatni akord tej wyjątkowej niedzieli 5 czerwca 1938 roku - dnia polskiego debiutu na mundialu - odbył się w miejscowości Selestat pod Strasburgiem, gdzie mieszkała nasza ekipa. Menedżerowie francuskich klubów chcieli skaperować naszych zawodników, zresztą nie pierwszy raz, ale mimo wizyty trzech gości, gdy drużyna była na wspólnej kolacji z kierownictwem PZPN, płk. Glabisz pilnował zawodników i nie opuszczał ich na krok. Z francuskich podchodów nic więc nie wyszło.

W poniedziałek opuścili ekipę płk. Glabisz i selekcjoner Józef Kałuża, we wtorek, czyli dwa dni po meczu, wyjechali ze Strasburga pozostali członkowie drużyny. Tak zakończyła się nasza pierwsza przygoda z mundialem. Na długie 36 lat.

Remigiusz Półtorak