Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym mistrzowie poddali się bez walki

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 27 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Czy można dobrowolnie zrezygnować z udziału w mistrzostwach świata, szczególnie w sytuacji, gdy ma się duże szanse na odegranie w turnieju poważnej roli? Dzisiaj takie zachowanie zostałoby uznane za samobójstwo, kiedyś było jednak... całkiem naturalne. Kto wie, czy Włosi tak bezboleśnie przeszliby przez dwie przedwojenne imprezy, gdyby Urugwaj również wystartował, albo gdyby Argentyna zdecydowała się na przysłanie do Europy najlepszej drużyny.

Reklama

To tylko gdybanie, które już nie zmieni biegu historii, ale też potwierdzenie, że od początku mundial był rozgrywany nie tylko na boisku. Kontekst pierwszego turnieju, w Montevideo, był szczególny. Wiadomo, daleka podróż, niepewny wynik, problemy ze zwolnieniem zawodników z klubu albo z... pracy. Jedynie dyplomatyczne zabiegi spowodowały, że cztery ekipy ze Starego Kontynentu zdecydowały się na przepłynięcie Atlantyku. Według gospodarzy - bardzo mało, więc Urugwajczycy też nie pojawili się cztery lata później we Włoszech. W ramach retorsji.

Bojkot, czyli odwet

To pierwszy tak ostentacyjny bojkot w historii wielkiej imprezy, choć może lepiej byłoby użyć tu słowa "odwet". Jeszcze na długo, zanim dwa wrogie bloki postanowiły zlekceważyć się na igrzyskach olimpijskich w latach 80. albo zanim europejscy politycy zaczęli nawoływać do omijania szerokim łukiem Rosji Putina podczas najbliższego mundialu.

W przypadku Urugwajczyków pojawiały się rozmaite uzasadnienia. Najczęściej używano argumentu "oko za oko" - skoro Włosi nami wzgardzili, my też się do nich nie wybierzemy. Taki sposób myślenia wzmacniały jeszcze rozbieżności z rządem Benito Mussoliniego. Choć inni przekonywali, że powody były również finansowe. Piłkarze drużyny "Celeste" rzekomo woleli zostać w kraju i wziąć udział w meczach przynoszących im coraz więcej zysków niż grać "o honor" dla ojczyzny. Niezależnie od tego, jakie argumenty ostatecznie przeważyły, do historii przeszedł jeden fakt: Urugwaj pozostanie już pewnie na zawsze jedynym mistrzem, który nie bronił tytułu w kolejnej edycji mundialu.

Pomijając absencje innych mocnych drużyn, wynikające z jeszcze odmiennych przyczyn (znakomita Austria po Anschlussie przestała istnieć, więc w 1938 roku kilku jej piłkarzy, poza najsłynniejszym Matthiasem Sindelarem wystąpiło w barwach niemieckich; Brytyjczycy długo uznawali siebie za zbyt mocnych, aby zniżać się do poziomu mundialu), przypadki Argentyny i Francji są warte wzmianki.

"Albicelestes" przysłali w 1934 roku do Włoch słabiutką drużynę amatorów, choć wynikało to bardziej z wojny, którą prowadziła lokalna federacja z zawodową ligą, która niedługo wcześniej powstała. W efekcie nikt z najlepszych graczy nie znalazł się w drużynie narodowej złożonej z amatorów.

Cztery lata później - ale też w 1950 roku - to już był bojkot na całego. Argentyńczycy bardzo liczyli na organizację mistrzostw w 1938 roku według niepisanej zasady naprzemienności - raz mundial w Europie, raz w Ameryce. Gdy okazało się, że Francja zdobyła więcej głosów, nie tylko ostentacyjnie sami zrezygnowali, ale zachęcali do tego również innych. Z niezłym skutkiem, bo Urugwaj, USA, Meksyk, Salwador, Kostaryka, Kolumbia i Surinam wycofały swoje zgłoszenia. W taki sposób na mistrzostwa pojechała... Kuba. Jedyny raz.

Walka na noże Argentyny z Brazylią

Dwanaście lat później Argentyna wycofała się jeszcze przed eliminacjami. Nieoficjalnie - prezydent Juan Peron zabronił wysyłania ekipy ze względu na różnice polityczne z rządem brazylijskim. Napięcie między sąsiadami było bardzo duże. Zresztą, "Albicelestes" nie pojechali też do Rio na Campeonato sudamericano rok przed mundialem.

Okoliczności, które pchnęły Francuzów do rezygnacji z podróży do Brazylii w 1950 roku były jeszcze bardziej osobliwe. Mimo porażki w dodatkowym meczu z Jugosławią we Florencji, organizatorzy poprzednich mistrzostw zapewnili sobie awans... przy zielonym stoliku. Jak?

Jeszcze przed tym spotkaniem obydwie federacje zamieściły wspólny komunikat, że przegrany będzie starał się o kwalifikację na wypadek, gdyby potwierdziły się pogłoski, iż nie wszyscy będą chcieli jechać do Rio. Rzeczywiście, Indie i Szkocja zrezygnowały, więc ostatniego dnia kwietnia 1950 Francja oficjalnie została uczestnikiem turnieju. Nikt postronny nie zdawał sobie sprawy, że działacze przygotowują za kulisami kolejny coup de theatre. Skarżąc się na ogromne odległości w terminarzu grupowym (Porto Alegre, Recife), napisali list do organizatorów utrzymany w ostrym, dość osobliwym tonie. "Jeżeli nasz wniosek nie zostanie uwzględniony, godność francuskiej federacji FFF sama podyktuje odpowiedź, która się narzuca".

W tle była jasna obawa o wynik, ale nie tylko. Kiedy okazało się, że koszt podróży całej delegacji przez Atlantyk zostanie zwrócony pod warunkiem wyboru brazylijskich linii Panair, podczas gdy Francuzi już zarezerwowali bilety w Air France, decyzja - w mniemaniu działaczy - mogła być tylko jedna. 5 czerwca, jeszcze zanim nadeszła odpowiedź od organizatorów na wysłaną wcześniej skargę, federacja zrezygnowała z wysyłania ekipy za ocean.

Dziś - nie do pomyślenia.

Remigiusz Półtorak

Tajemnice mundialu - zobacz wszystkie opowieści o pasjonującej historii mistrzostw świata

Dowiedz się więcej na temat: MŚ Rosja 2018