Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Diego Maradona nie żyje. Dzień, w którym został oszustem i geniuszem. W niezwykłej koszulce

Diego Maradona na boisku był geniuszem. Jednak po mundialu w 1986 roku kibice zapamiętali nie jego świetne umiejętności, ale gola strzelonego ręką. Przypominamy historię niezwykłej bramki Maradony z ćwiercfinału MŚ 1986 przeciwko Anglii.

Reklama

Wtedy jeszcze nie było to takie oczywiste, ale te pięć minut, które upłynęły między najbardziej kontrowersyjnym golem meksykańskiego mundialu w 1986 roku, a najpiękniejszym rajdem przez ponad pół boiska, zakończonym epicką bramką Diego Maradony, skupiły jak w soczewce całą skomplikowaną osobowość argentyńskiego kapitana. Oszusta i geniusza jednocześnie. Wtedy też narodziła się legenda słynnej "ręki Boga", która jest... nie do końca prawdziwa. A nieznane kulisy tego pojedynku - są jeszcze bardziej ciekawe.

Reklama

To był 22 czerwca. Samo południe. Jak się później okazało, trochę symbolicznie, bo w niemożebnym skwarze meksykańskiego stadionu Azteca, podobnie jak na dzikim zachodzie, zasady gry znalazły się w cieniu. Nomen omen. Na oczach ponad 114 580 tysięcy widzów (!), stanęły naprzeciwko siebie dwie drużyny, których narody walczyły chwilę wcześniej w wojnie o Falklandy-Malwiny. Napięcie było ogromne, podtekst ewidentny, nawet jeśli trenerzy i piłkarze zarzekali się, że chodzi tylko o mecz, nic więcej.

Dwa gole Maradony - jeden zdobyty ręką, do czego nigdy publicznie się nie przyznał, drugi po najpiękniejszej indywidualnej akcji w historii mistrzostw świata - dopisały scenariusz, którego nikt się nie spodziewał. I mit, który przetrwał - rzekomej "ręki Boga" - z lubością wykorzystywany przez Argentyńczyka przy każdej nadarzającej się okazji. Mówiąc wprost, Maradona przypisał sobie prawa autorskie do tej zgrabnej figury retorycznej, choć historia jest nieco inna. Opisuje ją, tak samo jak wiele innych kulisów związanych z tamtym spotkaniem, Andres Burgo w książce "El Partido" ("Mecz", choć w wolnym przekładzie można przetłumaczyć tytuł jako "Mecz stulecia"), opartej na wielu rozmowach z członkami mistrzowskiej drużyny.

Jak więc było naprawdę? Skąd ta "ręka Boga" się wzięła? To nie piłkarz ją wymyślił, ale jeden z dziennikarzy argentyńskich, dociekając, trochę w sposób ironiczny, w jaki sposób mogła paść tak niecodzienna bramka. Jak niewielki Maradona wyskoczył wyżej niż bramkarz Shilton? "Czyżby to była ręka Boga?", miał zapytać dziennikarz. Diego tylko potwierdził, ale autorstwo przypisał sobie.

Przy drugim golu nie musiał już nic mówić. Tym razem obraz powiedział za niego. 52 metry biegu z prędkością 14,4 km/h w ciągu 10,6 sekundy, 44 kroki, pięciu okiwanych Anglików i dwóch innych, którzy nie potrafili go dogonić. Tak padła legendarna bramka. I pomyśleć, że do tego rajdu mogłoby w ogóle nie dojść, gdyby sekundę wcześniej tunezyjski sędzia Bennaceur odgwizdał jednak faul Batisty na Hoddle'u.

Przejście do historii odbywa się czasami po bardzo cienkiej linie.

Trzeba też przyznać, że rola arbitra w tym przechodzeniu do historii nie była taka mała. A w zasadzie arbitrów. Tunezyjczyk czekał bowiem na sygnał od liniowego Bułgara Doczewa, ten z kolei przekonywał później, że... widział rękę, ale nie mógł podjąć decyzji, skoro główny zdecydował inaczej. Typowe zrzucanie z siebie winy? Wiele na to wskazuje. Wcześniej Bennaceur sędziował mecz Polska - Portugalia. Tunezyjczyk utrzymywał, że był on trudniejszy od spotkania Anglia - Argentyna. Ale ciekawe jest jeszcze coś innego. W spotkaniu Belgia - Paragwaj to Bułgar był głównym arbitrem i w jednej rzekomo kontrowersyjnej sytuacji został uratowany przez Bennaceura. Tak przynajmniej rozpowiadał potem Tunezyjczyk (w miesięcznikach So Foot i w El Grafico), dając do zrozumienia, że spodziewałby się swoistego "rewanżu" od kolegi przy strzale Maradony.

Jedno w tych opowieściach wydaje się pewne: ktoś mija się z prawdą i ta zagadka nie zostanie już najpewniej nigdy rozwiązana.

Jeśli jednak ćwierćfinał na stadionie Azteca zapisał się tak bardzo w dziejach mundialu, to jeszcze z kilku innych powodów. Trochę dziwnie brzmią dzisiaj i - przyznajmy - nie najlepiej świadczą o wielkim przecież trenerze, uwagi, które sir Bobby Robson udzielał przed meczem swoim zawodnikom, szczególnie Fenwickowi. "Nie przejmuj się, Maradona jest mały i ma tylko jedną dobrą nogę" - przypominał po latach angielski obrońca. Zasada była taka - żadnego krycia indywidualnego, kto bliżej Argentyńczyka, ten go przejmuje. Jak się skończyło, wiadomo.

Dla odmiany, trener Bilardo chwali się do dzisiaj, że jako pierwszy (a nie Ciro Blażević dwa lata wcześniej) wykorzystał w praktyce ustawienie 1-3-5-2, zachęcony po tym, jak lewy obrońca Garre został zawieszony za kartki. Bodaj najdziwniejsza i na pewno najmniej znana w całej tej opowieści o niezwykłym meczu jest jednak historia koszulek. Późniejsi mistrzowie świata dzień przed kluczowym meczem ćwierćfinałowym z Anglikami nie mieli strojów, które by im odpowiadały. Trener Bilardo wysłał więc dwuosobową ekipę na miasto, aby szukała sklepu sportowego z odpowiednim sprzętem. Powód? Sponsor techniczny, jak byśmy dziś powiedzieli, firma Le Coq Sportif przygotowała na mundial ładne, oddychające biało-błękitne stroje. Takie, w jakich Argentyna gra tradycyjnie w meczach, w których jest gospodarzem. Tymczasem w spotkaniu z Anglikami, tak samo jak wcześniej przeciwko Urugwajowi Maradona i spółka mieli wystąpić w koszulkach rezerwowych, niebieskich, które funkcji oddychających nie miały. Po zwycięstwie z "Urusami" zawodnicy skarżyli się na stroje, a efekt dyskomfortu wzmocnił jeszcze deszcz, który spowodował, że stały się one ciężkie. Trener zarządził, że ponowny występ w nich, w prażącym słońcu jest też obarczony zbyt dużym ryzykiem. Stąd poszukiwania - zakończone sukcesem w niewielkim sklepie - w których najpewniej pomógł grający w Meksyku Hector Zelada, trzeci bramkarz, mający... zero występów w drużynie narodowej.

Według życzeń trenera Bilardo koszulki miały charakterystyczne "V" przy szyi, ale dla wprawnego oka jednak różniły się od "oryginalnych". Szare (a nie białe) numery zostały naprędce przyklejone, więcej roboty było z przyszywaniem logo argentyńskiej federacji. Wykorzystano znaczki odprute z "niedobrych" koszulek po meczu z Urugwajem, a zajęły się tym kobiety pracujące na co dzień w bazie, gdzie Argentyńczycy byli zakwaterowani... Wszystko w ekspresowym tempie.

Paradoks tej historii jest taki, że po spotkaniu strój Maradony znalazł się w posiadaniu Steve'a Hodge'a, tego samego, który tak niefortunnie zagrywał piłkę do bramkarza przed golem strzelonym "ręką Boga". Anglik chciał wymienić się jeszcze na boisku, ale w tumulcie machnął ręką, gdy zobaczył, że Diego jest już otoczony kolegami. Nieoczekiwanie natknął się na niego w drodze do szatni i tam doszło do wymiany. Dzisiaj Hodge zapewnia, że gdyby wiedział, jak bramka została zdobyta (z czego zdał sobie sprawę dopiero później), nie wpadłby na taki pomysł.

Tymczasem koszulka została wypożyczona w 2002 roku do National Football Museum.

Paradoksalnie, o polityce i Falklandach-Malwinach nie było w trakcie meczu praktycznie ani słowa. Przynajmniej oficjalnie, choć w tunelu prowadzącym na murawę Maradona i koledzy mieli krzyczeć: "Wygramy z tymi skur...". Victor Hugo Morales, urugwajski (!) komentator spotkań Argentyńczyków, tylko raz pozwolił sobie na nawiązanie, że to zwycięstwo jest dla tych młodych chłopaków, którzy nie wrócili z wojny. Do historii przeszło tylko przekonanie, że Argentyńczycy - mając w pamięci konieczność pomszczenia 649 ofiar - cieszyli się w szatni bardziej niż tydzień później po wygranym finale z Niemcami.

Ale może to tylko mit, który kiedyś zostanie jeszcze obalony.

Remigiusz Półtorak