Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Mundial 2018. Wojciech Szczęsny nie ma do siebie większych pretensji

Styl porażki reprezentacji Polski z Senegalem 1-2 na inaugurację MŚ nadal boli polskich kibiców, przede wszystkim brak zaangażowania i kuriozalnie stracone bramki. Za to naszym Orłom oberwało się między innymi od byłego bramkarza Macieja Szczęsnego. Teraz na krytykę, pośrednio także swojemu ojcu, odpowiedział jego syn Wojciech Szczęsny, który strzegł bramki "Biało-Czerwonych".

Reklama

Senegalczycy wcale nie zagrali na niebotycznym poziomie. Więcej, zespół z Afryki zaprezentował się równie średnio w starciu z naszą kadrą, ale to piłkarze Adama Nawałki w kluczowych momentach meczu przypominali nowicjuszów, a nie zawodników na co dzień grających w renomowanych klubach w Europie.

Reklama

O ile pierwsza stracona bramka, po rykoszecie od Thiago Cionka, jeszcze do pewnego stopnia była dziełem przypadku, to przy drugiej seria błędów i wielka niefrasobliwość kilku piłkarzy wołała o pomstę do nieba. Zaczął Grzegorz Krychowiak, który po podaniu głową od Michała Pazdana, posłał "świecę" do tyłu, gdzie fatalne zachowanie rozkojarzonego Jana Bednarka i nieudane wyjście z bramki Wojciecha Szczęsnego wykorzystał M'Baye Niang.

Za tę interwencję poza "16" suchej nitki na swoim synu nie pozostawił były znakomity bramkarz Maciej Szczęsny, obecnie ekspert TVP, gdy podczas analizy chronologii zdarzeń doszedł do golkipera Juventusu Turyn. - Dopełnieniem wszystkiego była przebieżka naszego bramkarza przy drugim golu. Chyba do kiosku z napojami wyskokowymi. Senegalczyk strzelił bramkę, nie mając z tym żadnego kłopotu, do pustej. No, wstyd i hańba - gorzko stwierdził Szczęsny senior na antenie TVP Sport.

Wielu przyklasnęło ocenie eksperta, jednocześnie słusznie opiniując, że to na pewno nie ociepli chłodnych stosunków na linii ojciec - syn. Zastanawiano się, czy z odpowiedzią pospieszy słynący z równie ciętego języka Wojciech i bramkarz kadry, pośrednio, właśnie odpowiedział na krytykę swojego rodzica.

- Ani Grzesiek Krychowiak, ani Janek Bednarek nie widzieli, że zawodnik rywali wchodzi na boisko. Byłem jedynym, który zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Widziałem, że "śmierdzi" i chciałem to ratować. Nie zdążyłem, ale nie mam do siebie większych pretensji o tę interwencję. Tylko ja mogłem cokolwiek zrobić, a w takich sytuacjach nie kalkuluję, grając na alibi. Fatalny zbieg okoliczności. Nie wyszło - powiedział Wojciech Szczęsny w rozmowie z "Przeglądem Sportowym".

AG