Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Mundial 2018. Łukasz Surma: Kabaret? To nie Polacy wymyśli takie przepisy

Były piłkarz m.in. Wisły Kraków, Legii Warszawa i Ruchu Chorzów - Łukasz Surma uważa, że po meczu mistrzostw świata z Japonią nie można mieć do polskich piłkarzy pretensji.

W ostatnich minutach czwartkowego meczu obie drużyny nie przejawiały ochoty do gry. Polacy prowadzili 1-0, a Japonii taki wynik dawał awans do 1/8 finału.

Reklama

- Za ostatni wygrany 1-0 mecz należą się naszym piłkarzom słowa uznania, bo po fali krytyki, w jakiejś mierze zasłużonej, jaka na nich spadła, nie jest łatwo wyjść na boisku, wziąć na siebie ciężar gry i się podnieść. Tymczasem trener Nawałka dobrze dobrał skład, nasi zawodnicy przeprowadzili wiele składnych akcji i odnieśli zasłużone zwycięstwo - stwierdzi.

Surma nie zgadza się także z negatywnymi opiniami, które pojawiły się po tym spotkaniu.

- W każdej ocenie powinno być trochę empatii. Nie rozumiem też, jak można kogoś ganić za to, że zrobił swoje, czyli wygrał. Słyszałem, że końcówka meczu była hipokryzją futbolu i kabaretem, ale to przecież nie Polacy wymyśli takie przepisy, przez które Japończycy nie wykazywali ochoty do gry. Krytyka po zwycięstwie nie ma charakteru merytorycznego, jest natomiast nacechowana złośliwością oraz emocjami - skomentował.

Rekordzista pod względem liczby występów w Ekstraklasie (rozegrał 559 meczów) nie zgadza się z opinią, że podczas mistrzostw "Biało-Czerwonym" zabrakło jakości.

- To jest taki wygodny slogan. Pokonaliśmy Japonię, która uporała się z Kolumbią oraz zremisowała z Senegalem, zatem pewną jakość i potencjał mamy. Moim zdaniem na niepowodzeniach w dwóch pierwszych meczach zaważyło to, że w grze naszego zespołu nie było odpowiedniej intensywności. Brakowało także wygranych pojedynków jeden na jeden, a właśnie z nich rodzą się bramkowe sytuacje - podkreślił.

Mistrz Polski w barwach Legii Warszawa za chybiony uznaje również argument, że na kiepską postawę "Biało-Czerwonym" wpłynęło to, że sporo zawodników nie gra regularnie w klubach.

- Sprawdziłem statystyki. Środkowy obrońca Kolumbii Yerri Mina, który strzelił pierwszego gola Polsce, prawie w ogóle nie występował w poprzednim sezonie w Barcelonie, a kilku jego kolegów również miało problemy z regularną grą - przyznał.

41-letni szkoleniowiec przekonuje, że kluczowe znaczenie na takiej imprezie ma pierwsze grupowe spotkanie. I na losach "Biało-Czerwonym" zaważyła przegrana 1-2 potyczka z Senegalem.

- Pierwszy mecz, zarówno mentalnie jak i statystycznie, jest najważniejszy. Straconych punktów później brakuje, a jedyną drużyną, która po porażce w inauguracyjnej konfrontacji awansowała do fazy pucharowej jest Kolumbia. Dlatego w następnym turnieju musimy zrobić wszystko, żeby w takim spotkaniu wywalczyć co najmniej punkt - zauważył.

Według byłego zawodnika Wisły Kraków, Ruchu Chorzów i Lechii Gdańsk poziom najważniejszych piłkarskich imprez wyrównuje się. Nie ma również takich gwiazd, jak we wcześniejszych turniejach.

- Nie brakuje zawodników wyróżniających się, ale nie ma takich graczy, którzy potrafią zdominować mistrzostwa, jak zwłaszcza Maradona w 1986, czy Romario w 1994, Zidane w 1998 oraz Ronaldo w 2002 roku. Na pewno tęsknimy za takimi postaciami, ale taki trend powinien się utrzymać. Czołowi zawodnicy świata są bowiem eksploatowani do granic możliwości i trudno im wykrzesać po sezonie dodatkowe siły. Poza tym teoretycznie słabsze zespoły są już w stanie zniwelować braki w umiejętnościach intensywnością, walecznością i organizacją gry - dodał.

W dotychczasowych meczach największe wrażenie zrobiła na Surmie Chorwacja. - Chorwaci prezentują na razie najlepszą piłkę, a ich balans pomiędzy atakiem i obroną jest na najwyższym poziomie. Tam całą robotę wykonują w środku pola Modrić i Rakitić. To koła zamachowe tej drużyny i przy takich zawodnikach wszystkim łatwiej się gra. Z drugiej strony nie każdy zespół, który świetnie rozpoczął turniej, tak samo udanie go kończy. Trudno bowiem utrzymać wysoką formę przez prawie miesiąc - ocenił.

Były trener Watry Białka Tatrzańska uważa, że pełni swoich możliwości nie pokazały jeszcze Francja, Brazylia i Argentyna. - Widać, że ten ostatni zespół przetrwał bardzo poważny wewnętrzny kryzys. Argentyna ma niebanalnych piłkarzy, a ja, jako fan Messiego liczę, że częściej będzie prezentował swój geniusz. Francja wygrywa, ale stać ich na lepszą grę. Z kolei Brazylia musi postawić na to, co od lat cechuje ten zespół, czyli na ofensywę. Serbia pokazała, że kiedy się przyciśnie, to Canarinhos gubią się obronie. I czekamy też na prawdziwego Neymara, bo na razie większość pojedynków inicjuje na siłę i je przegrywa - podsumował Surma.

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Surma | reprezentacja Polski