Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Mundial 2018. Kamil Glik: Jestem na mistrzostwach dzięki żonie

- Mogę powiedzieć, że w 80 procentach jestem na mundialu dzięki Marcie – mówi Kamil Glik. Polski obrońca, który w ekspresowym tempie dochodzi do zdrowia po kontuzji barku, po raz pierwszy ujawnił, jakie były kluczowe momenty po fatalnym upadku na treningu i jak trudna jest rehabilitacja.

Reklama

Glik był gościem w programie "Projekt mundial" na kanale "Łączy nas piłka". Ze szczegółami opowiadał, jak wyglądały u niego ostatnie dni i w jaki sposób uwierzył, że przyjazd do Rosji jest jednak możliwy. Wbrew wszystkiemu.

Reklama

Niewątpliwie jednym z kluczowych momentów była konsultacja w Nicei u prof. Pascala Boileau, ortopedy, poleconego przez klub AS Monaco, w którym Glik występuje na co dzień. 

- Profesor widział wiele takich przypadków i powiedział, że mam jeszcze szansę, aby jechać na mundial. To wlało we mnie nową energię! Dlatego kolejne dni poświęciłem na to, aby walczyć i zdążyć na samolot do Rosji - mówił lider polskiej obrony.

Jednak spotkanie z francuskim specjalistą to zaledwie część prawdy o błyskawicznym dochodzeniu do pełnej sprawności. Na sugestię prowadzącego program Łukasza Wiśniowskiego, że jest jedna osoba, której zależało na wyjeździe Kamila na mistrzostwa nawet bardziej niż jemu samemu, stoper polskiej kadry odpowiedział twierdząco. 

- Mogę powiedzieć, że w 80 procentach jestem tutaj dzięki Marcie - przyznał nieoczekiwanie filar defensywy Orłów. - Była jedyną osobą w Polsce, która wierzyła, że pojadę na mundial. Będę jej za to wdzięczny do końca życia.

Jak się okazało, żona Glika przekonywała nawet dra Jacka Jaroszewskiego, że Kamil na pewno da radę.

- Wiem, że rozmawiała z doktorem kadry, kontaktowała się z moim lekarzem klubowym, a także z trenerem Nawałką bezpośrednio po tym zdarzeniu - przyznał obrońca. Widać było, że jest takim zachowaniem najbliższej sobie osoby wyraźnie poruszony.

Z żoną wypoczywającą w tym czasie na Mazurach, gdzie Glikowie mają dom, spotkał się w Warszawie. I tu kolejne zaskakujące słowa Kamila. - Wstydziłem się, że ja szedłem, a kobieta "tachała" na mną walizki, z którymi przyjechałem - mówił z lekkim zakłopotaniem.

Pochodzący z Jastrzębia-Zdroju piłkarz ujawnił też jak ciężko pracuje, aby być gotowym na występ na mundialu - na pierwszy, drugi albo trzeci mecz w grupie.

- Mój dzień zaczyna się o godz. 7, a kończy około pierwszej w nocy - zdradził Glik, dodając, że po programie kręconym na żywo późnym wieczorem czeka go jeszcze praca z fizjoterapeutą. Jak co dzień.

- Nie jest łatwo, ale na początek sezonu w Monaco będę na pewno gotowy - zażartował.

Po raz pierwszy filar biało-czerwonej defensywy odniósł się też do komentarzy wskazujących, czy nie ryzykował za bardzo, uderzając piłkę przewrotką podczas gry w siatkonogę zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem imprezy życia. 

- Zawsze czułem się dobrze, robiąc przewrotki, mimo że jestem środkowym obrońcą i mam inne walory, niż gra techniczna. Przytrafił mi się po prostu duży pech - tłumaczył.

Co ciekawe, podobną ekwilibrystyką popisywał się już przed dwoma laty na otwartym treningu na zgrupowaniu w Arłamowie, tuż przed wyjazdem na Euro do Francji. Zostało to utrwalone na cyklicznym filmiku z życia reprezentacji.

Cztery przewrotki wyglądały wtedy bardzo efektownie. Ale przede wszystkim - zakończyły się bez bólu.

Kilka godzin przed udziałem obrońcy w programie "Prawda futbolu" asystent Adama Nawałki - Bogdan Zając studził hurraoptymizm co do możliwości gry Glika z Senegalem.

- Kamil robi postępy z każdym dniem, z każdą godziną, ale bądźmy realistami. Z chłodną głową trzeba do tego podchodzić: wykonywać pracę i analizować - tłumaczył Zając. 

Glik dokonał już niemożliwego, błyskawicznie wylizując rany, co dało mu miejsce w kadrze na MŚ. Przy tym, co zrobił przez ostatni tydzień, załapanie się do składu na mecz z Senegalem, a przynajmniej wejście do gry z ławki będzie dla niego niczym pestka.

Michał Białoński i Remigiusz Półtorak z Soczi