Reklama

Reklama

MŚ Rosja 2018

Sebastian Mila: Nigdy nie zapomnę płaczu mojej córki

- Trenerzy mówili, że jestem za mały, że powyżej pewnego pułapu nie wyskoczę, że są ode mnie dużo lepsi. Chodziłem do różnych szkółek piłkarskich, jednak nikt mnie nie chciał - mówi w rozmowie z Interią Sebastian Mila. Wczoraj minęła trzecia rocznica jego bramki dla reprezentacji Polski w historycznej wygranej 2-0 z Niemcami.

- Jak u trenera Globisza zobaczyłem, że chłopaki przyjeżdżają z reprezentacji z torbami z orzełkiem, to moim celem było zdobyć taką torbę. Takimi marzeniami piąłem się coraz wyżej - o trudnych początkach, niesamowitej ciszy w meczu życia, wzlotach i rozbijaniu się o ziemię, a także oszczędnościach oddawanych w najbardziej zaufane ręce opowiada Interii zawodnik Lechii Gdańsk, 38-krotny reprezentant Polski i bohater meczu z Niemcami.

Reklama

Piotr Jawor, Interia: Którego gola więcej razy oglądałeś: tego przeciwko Niemcom czy Manchesterowi City?

Sebastian Mila, 38-krotny reprezentant Polski: - Chyba tego pierwszego, choć bramkę z City też często puszczałem. Nigdy w życiu nie myślałem, że tak mi się poszczęści, że uda mi się zagrać w takim spotkaniu, przeciwko takim piłkarzom. Ale ta bramka nie może być ważniejsza od gola, którego strzelasz dla całej Polski. To nie była moja bramka, to była bramka całego kraju.

Przed meczem zastanawiałeś się, w jaki sposób będziesz celebrował to trafienie? Równie dobrze mogłeś stanąć jak wryty lub latać w amoku wokół boiska.

- Pamiętam wszystko sekunda po sekundzie, nawet teraz mam to przed oczami. Dostałem piłkę i dokładnie wiedziałem, gdzie uderzyć. Było tylko jedno pytanie: czy poleci tam, gdzie chcę. Zapadła cisza, a za moment niesamowity hałas. To tak, jakbyś słuchał piosenki i wiedział, że za chwilę wejdzie mocny, uderzający refren. Tak było z radością kibiców. Wtedy dotarło do mnie, że jest po wszystkim, że piłka wylądowała w siatce.

- Wiedziałem, że przede wszystkim muszę podziękować rodzinie, więc ułożyłem z dłoni serduszko. Po drugie - musiałem oddać szacunek osobie, która na mnie postawiła, i której nie było łatwo. Przecież trener Adam Nawałka z moich powołań tłumaczył się tygodniami. Wyjaśniał wszystkim, czemu na mnie stawia. A ja nie dość, że byłem powoływany, to jeszcze wszedłem na boisko w meczu przeciwko mistrzom świata!

Ciągle jesteś w kontakcie z trenerem Nawałką?

- Tak. Sądzę, że nasze relacje związały się na całe życie... Wysyłamy sobie SMS-y z okazji urodzin i to jest fantastyczne. Żałuję tylko, że wcześniej trenera nie spotkałem, bo sądzę, że w karierze mógłby mi bardzo pomóc.

Ten Mocny Full, pamiątka z występu w serialu "Świat według Kiepskich," jeszcze stoi u Ciebie na półce?

- Cały czas.

W przypływie złości nie masz czasem ochoty go otworzyć i wypić duszkiem? A może lepiej wtedy jednak powspominać mecz z Niemcami?

- W głowie kłębią się różne myśli. Czasem chciałbym pierdyknąć "Mocnego Fulla", ale potem myślę: czemu ja jeszcze nie mam grać na wysokim poziomie? Nie muszę nic nikomu udowadniać. Po prostu wiem, że Lechii ciągle mogę pomóc. Przecież na treningach nie plączę się po murawie, tylko ścieram się z młodymi chłopakami i cały czas walczę. Czuję, że mógłbym się jeszcze przydać.

Ten Mocny Full to od początku kariery byłby zagrożony, bo Twoja przygoda z piłką to historia wzlotów i upadków.

- Rzeczywiście, ciężko było utrzymać się na wysokim poziomie. Na ogół zjeżdżałem i rozbijałem się o ziemię. To nie są łatwe momenty, ale było ich kilka, więc wiem jak sobie z nimi radzić. Na to samo liczę w Lechii, bo nie przestaję walczyć. Gdybym przestał, to mogę skończyć z piłką.

Kto jest dla Ciebie największym wsparciem?

- Rodzina. Oni wiedzą kiedy i jak mają zareagować. Gdy wstaję z nimi rano, to czuję, że mogę zrobić coś, co potrafię. Chłopaki z drużyny też pomagają. Gdy nie ma mnie nawet w "18", to oni doskonale wiedzą, co czuję. Mam wtedy ich wsparcie. Np. po jednym z treningów podszedł do mnie Marco Paixao i mówił, że świetnie mi poszło. To są bodźce, których potrzebuję.

Ta rozmowa dryfuje w stronę wywiadu z piłkarzem upadłym, a w sumie nie powinna, bo pewnie jakieś 20 lat temu to wszystko wziąłbyś w ciemno.

- Jasne! Przecież ja się nie dostałem do jednej, a później do kolejnej szkółki piłkarskiej! W juniorach Bałtyku Koszalin siedziałem na ławce rezerwowych, więc nie mogłem mieć pewności, że w ogóle kiedyś zagram w Ekstraklasie! Wtedy moim celem było dostanie się do Lechii, która wtedy była w II lidze. A jak u trenera Globisza zobaczyłem, że chłopaki przyjeżdżają z kadry z torbami z orzełkiem, to moim celem było zdobyć taką torbę, bo to oznaczało, że jestem w reprezentacji. Takimi marzeniami piąłem się coraz wyżej.

- Wiedziałem, że jeśli chcę położyć na półce jakiś puchar czy medal, to muszę walczyć do upadłego. Że na wyrzeczenia muszę być gotowy ja i moja rodzina. Przecież oni cały czas się ze mną przeprowadzali. Wielu mówi, że dostawałem za to konkretne pieniądze. To prawda, ale nie zapomnę też płaczu mojej córki przy kolejnej przeprowadzce. I właśnie dlatego wiem, że teraz za nic w świecie się nie poddam.

Robert Lewandowski w Legii Warszawa usłyszał, że nie nadaje się do piłki i z tego powodu był bliski zerwania z futbolem. Usłyszałeś kiedyś coś podobnego?

- Zdarzało się. Trenerzy mówili mi, że jestem za mały, że powyżej pewnego pułapu nie wyskoczę, że są ode mnie dużo lepsi. Chodziłem do różnych szkółek piłkarskich, ale nikt mnie po prostu nie chciał. I to było w szkole średniej, czyli w wieku, gdy już zawodnik się kształtuje. Tylko dzięki trenerowi Globiszowi i Lechii wszystko nabrało jakiegokolwiek sensu.

Jaki masz pomysł na życie po karierze?

- W głowie mam parę planów, z Lechią mam też kontrakt ważny po karierze, ale dziś nie wiem, co będę robił. Wiele osób już planuje moją przyszłość, ale jeszcze nie podjąłem decyzji. Nie wykluczam, że pogram jeszcze w przyszłym sezonie. A może przyjdę w czerwcu i zgaszę światło? Muszę dojrzeć do pewnych decyzji. Nie chcę, by były zbyt pochopne.

"Najgorsza sytuacja jest wówczas, gdy jesteś krytykowany, ale nie możesz się przed tym bronić, odpowiedzieć na boisku, bo zwyczajnie nie grasz" - kojarzysz kto to powiedział?

- To moje słowa i wciąż się pod nimi podpisuję. Bo w takiej sytuacji trzeba opowiadać jakieś historie, które jedni zrozumieją, a inni nie. Ale jak grasz, to możesz jakoś odpowiedzieć, a jak nie, to jesteś bezbronny. Siedzisz, czekasz, słuchasz i albo przytakujesz, albo się nie zgadzasz. Ja na razie czekam.

Ale ślepy i głuchy nie jesteś. Wiesz, że kibice wypominają Ci zarobki i to, że nie grasz.

- Najgorsze, że ktoś podał kwotę, która absolutnie nie odpowiada moim zarobkom i teraz wszyscy  się do niej odnoszą... Ciężko pracowałem na to wszystko i nie zastanawiam się, kto i co o mnie mówi. Piłka to moja pasja i praca. Dla mnie najważniejsza jest moja rodzina, o którą muszę zadbać. Ja nikomu nie będę zabraniał zarabiania pieniędzy dla jego najbliższych. Niektórzy mówią, że dostaję pieniądze i nie gram. W takim razie jest rozwiązanie dla nas obu - niech Mila zarabia i gra. I ja właśnie o to cały czas walczę.

Gdy lata temu rozmawialiśmy, to wspomniałeś, że Twoje oszczędności trzyma mama. Tak jest dalej?

- Tak, to taki nasz rytuał. Kiedyś się śmiali, że oddaję mamie pieniądze. Dla mnie to jednak forma zaufania. Jedni dają je doradcy finansowemu, inni przyjacielowi, a ja zaufałem mamie. Dzięki temu nie wydawałem pieniędzy na siódmy telefon czy drugi samochód w ciągu roku. Racjonalnie rozkładałem to tak, żeby wiedzieć, że gdy skończę grać, to moje życie nie rozsypie się, tylko będę żył jak człowiek. Nigdy nie funkcjonowałem ponad stan, ani zbyt wystawnie. Dzięki temu nie potrzebuję po karierze żyć nie wiadomo jak, tylko będę egzystował jak normalny kibic. Oczywiście, że jedni zarabiają więcej, a drudzy mniej, ja jednak w życiu np. byłem dwa razy na urlopie zagranicznym, a znam ludzi, którzy jeżdżą dwa razy, ale w roku...

Rozmawiał w Gdańsku Piotr Jawor