Reklama

Reklama

Mistrzostwa świata 2014

Triumf pracy u podstaw, Sabella nie miał na ławce swego Goetzego

To miłe, że mistrzem świata został kraj, który wydaje najwięcej pieniędzy rocznie na szkolenie młodzieży (100 mln euro), podczas gdy większość polskich klubów zawodowych robi wszystko, aby licencje na Ekstraklasę jakimś chytrym sposobem dostać, a na młodzież wydać jak najmniej. Nadal sprowadzajmy tabuny obcokrajowców, a później wieszajmy kolejnych selekcjonerów, bo kadrze coś poszło nie tak.

Finał wygrał faworyt, ale przebieg tej bitwy był dosyć zaskakujący. Niemcy mieli mieli przecież znieść z boiska Argentynę, niemal tak łatwo jak Brazylię. Pół godziny wystarczyło, by maszynka Joachima Loewa wpakowała "piątkę" Brazylii. To samo pół godziny finału pokazało Niemcom, że Argentyna jest zorganizowana w obronie, jak europejska czołówka, a zbliżenie się pod jej bramkę jest nie tylko trudne, ale wywołuje silny ból fizyczny (po bezpardonowych wejściach obrony). Defensywnie usposobiona ekipa Sabelli miała lepsze sytuacje strzeleckie, ale w piłce nikt zwycięstw za wrażenia nie daje. Tym bardziej w wielkim finale mundialu.

Reklama

Bardzo komfortowo oglądało się ten mecz. Zazwyczaj kogoś bardzo lubimy i tracimy nerwy, trzymając kciuki za jego powodzenie. Kibicowałem Argentynie z jednego prostego powodu - Lionel Messi. To była ostatnia szansa, by najlepszy piłkarz od czasów Maradony sięgnął po Puchar Świata. Za cztery lata będzie 31-latkiem i ciężej mu będzie o takie rajdy, jakimi zadziwia teraz.

Z drugiej jednak strony, Niemcom życzyłem też dobrze. I nie tylko dlatego, że są wśród nich Klose z Podolskim, ale przede wszystkim, razem z Holandią, to był najładniej grający zespół na brazylijskim turnieju. - Jak to, ktoś, kto osiągnął historyczne 7-1 z Brazylią w półfinale miałby nie zdobyć mistrzostwa świata? - mówiłem sobie. I zdobył. Całkiem zasłużenie.

Wykorzystywanie sytuacji to ważna umiejętność. W finale zawiodła ona Gonzala Higuaina i Rodriga Palacia, którzy nie wykorzystali znacznie lepszych sytuacji od tej, jaką miał Mario Goetze. - Ty wejdziesz i wygrasz nam ten mecz - zdawał się do Goetzego mówić "Jogi" Loew, pieszczotliwie głaskając go po podbródku, przed drugą częścią dogrywki.

Goetze zrobił swoje - z dosyć ostrego kąta strzelił perfekcyjnie, a wcześniej znakomicie przyjął piłkę na klatkę. Klasę pokazał także po meczu, gdy paradował z koszulką Marco Reusa, dedykując tę bramkę, ten tytuł, koledze, którego z mundialu wykluczyła kontuzja. Koledze, który w ligowej rywalizacji jest już po drugiej stronie barykady.

Problemem Argentyny byli zmiennicy. Po kontuzji Angela Di Marii, po niepowołaniu Carlosa Teveza, Sabella nie miał na ławce swojego Goetzego.

Trochę mnie dziwiły głosy ekspertów, którzy o Sabelli mówili mniej więcej tak: "Sympatyczny, starszy pan, który jest marionetką, po prostu nie przeszkadza piłkarzom". Już widzę, jak Messi z Higuainem i Mascherano ustalili: "Niech sobie dziadziu Sabella mówi, co chce, a my i tak zagramy defensywnie, na kontrę".

Tak żelaznej konsekwencji taktycznej mógł nauczyć tak ofensywnych piłkarzy tylko charyzmatyczny trener, choćby nie wiem jak jego wygląd mylił.

Argentyna w obronie grała świetnie aż do 113. minuty. Była blisko rywala, przewidywała jego ruchy, grała twardo. Zbliżanie się pod jej bramkę bolało i to bardzo, o czym najbardziej przekonali się Christoph Kramer i Bastian Schweinsteiger, który pokazał nietuzinkowy charakter, wracając do gry, po szyciu rany na żywo.

Znakomicie funkcjonująca para stoperów Demichelis - Garay pogubiła się tylko raz - w 113. minucie. Pierwszy pobiegł kryć powietrze, a drugi je krył od dawna, nie bacząc na pozostawionego przed bramką Goetzego.

Niemcy byli najlepszym zespołem. Poza Manuelem Neuerem, który był bezapelacyjnie królem bramkarzem turnieju (Marcin Żewłakow w TVP słusznie nazwał go: "Bramkarz 2025), mieli znakomitych graczy na każdej pozycji, ale trudno ich nazwać gwizdami. Solidni piłkarze, idealnie nadający się do roli "umierających" za zespół. Widzieliście kiedyś w naszej reprezentacji tak "wyprutego" piłkarza jak Miro Klose, gdy wczoraj schodził z murawy?

U Loewa wszyscy bronią i wszyscy atakują, czego nie dało się powiedzieć przede wszystkim o Brazylii. Długo nie zapomnę akcji, jaką w spotkaniu z "Canarinhos" zainicjował Mats Hummels, a zakończyła się bramką Khediry. Stoper Borussii Dortmund na środku boiska przyjął sobie piłkę na klatkę, kopnął do przodu i pognał za nią. Na pewno nie było to prowadzenie piłki przy nodze, wbiegał środkiem, w strategiczną strefę, gdzie powinno być tak ostro, że z nóg lecą drzazgi. Mats nie musiał nawet odepchnąć Oscara i Fernandinha, którzy mieli znacznie bliżej do piłki niż on. Hummels wszedł łatwiej niż nóż w masło i to podtopione przez upały.

Morał taki z tego, że jeśli statystujesz na boisku, to kończysz później tragedią narodową - 1-7. Chyba że Oscarowi i jego kolegom zależało na obaleniu pani prezydent Dilmy Rousseff.

Dowiedz się więcej na temat: Alejandro Sabella | Lionel Messi | Mario Goetze