Reklama

Reklama

Mistrzostwa świata 2014

To nie przypadek, że mundial wygrali Niemcy

Mówią, że kobiety rządzą światem. I mają rację. Mówią też, że kobiety, a nie poważni panowie w garniturach czy piłkarze na boisku, rządzą piłką. I znowu mają rację. Nie wierzysz? To znaczy, że nie masz pojęcia o życiu. I piłce.

Niedziela, Maracana w Rio de Janeiro. Trwa dogrywka finału mundialu. Reprezentanci Niemiec i Argentyny walczą do upadłego. Presja jest ogromna - zwycięzca zgarnie najcenniejsze trofeum w futbolu.

Stawka plącze nogi kilku piłkarzom (taki Gonzalo Higuain kopie się w czoło, zamiast trafić do bramki), dlatego wciąż jest bezbramkowy remis. Powoli oswajamy się z myślą, że mistrza świata wyłonią karne.

Tak jak kobiety rządzą światem, tak Niemcy grają do końca. Zawsze. Obojętnie z kim, obojętnie o co. Niemiec odpuszcza możliwość wygrania meczu, jak sędzia gwizdnie koniec, wcześniej - jak automat - będzie próbował, próbował i próbował. W 113. minucie spróbował, z powodzeniem, duet rezerwowych Andre Schuerrle - Mario Goetze.

Reklama

Pierwszy z nich z zadziwiającą łatwością przedarł się lewym skrzydłem i dośrodkował w pole karne. Tam zupełnie niepilnowany czekał na podanie Goetze i sprytnym, trudnym do wykonania, wolejem przymierzył z ostrego kąta obok spieszącego z interwencją golkipera Argentyny. Sergio Romero zrobił co mógł, ale mógł niewiele wobec nienagannego uderzenia młodej gwiazdy Bayernu Monachium.

Leo Messi, wybrany z nikomu nieznanych powodów najlepszym piłkarzem mundialu, kiwał bezradnie głową kilkadziesiąt metrów od szalejących ze szczęścia Niemców. Lider Argentyny wiedział, że jest po wszystkim i marzenia o podboju świata musi odłożyć przynajmniej o cztery lata, o ile kiedykolwiek będzie mu jeszcze dane zagrać w finale mundialu.

Siedem minut później Goetze i jego koledzy rozpoczęli świętowanie tytułu. Najbardziej cieszył się wypoczęty Lukas Podolski - od fazy grupowej nie opuścił ławki rezerwowych, a tłum kamerzystów i fotoreporterów z całego świata miał poważny dylemat. Pokazywać i fotografować fetę niemieckich piłkarzy czy...ich piękne partnerki, wśród których prym wiodła Ann-Kathrin Broemmel, dziewczyna Goetzego.

Z niedzielnego finału zapamiętam trzy obrazki. Zmarnowaną okazję Higuaina, bramkę Goetzego i kręcącego głową Messiego oraz Joachima Loewa ściskającego się serdecznie z dziewczynami i żonami swoich piłkarzy. Co jedna, to ładniejsza, ale nie o to chodzi. Widać było, przede wszystkim, że w Rio nie robiły za modelki, ozdobę trybun w stylu Natalii Siwiec, ale były wsparciem dla grających jak z nut piłkarzy.

I wracamy do punktu wyjścia. Piękne dziewczyny rządzą światem. Powodują że nam, facetom, się chce. Statystycznemu Kowalskiemu chce się wstać i ruszyć za chlebem do roboty, a gwiazdom futbolu chce się kopać piłkę lepiej od rywali. Od zarania dziejów robimy co w naszej mocy, żeby przypodobać się laskom. Wszyscy, bez wyjątku. Ja, ty, Goetze. Wszyscy. Tak ten świat jest skonstruowany. Kropka.

Patrząc na Ann-Kathrin Broemmel ("pani Goetze"), Montanę Yorke ("pani Schuerrle"), Cathy Fischer ("pani Hummels") czy Lenę Gerckę ("pani Khedira") i ich koleżanki, i to, jak cieszyły się z mistrzostwa ze swoimi facetami, zupełnie mnie nie dziwi, że ten mundial wygrali Niemcy. 

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje