Reklama

Reklama

Tabela gr. E "Polskiej" :
  • 1. Słowacja (3 pkt.)
  • 2. Hiszpania (1 pkt.)
  • 3. Szwecja (1 pkt.)
  • 4. Polska (0 pkt.)

Trudna decyzja Sousy. Poprzednicy nie mieli łatwiej

Reprezentacja Polski do tej pory trzykrotnie uczestniczyła w mistrzostwach Europy w piłce nożne. Dwukrotnie, w 2008 i 2016 udało nam się przejść przez eliminacje, natomiast w 2012 roku organizowaliśmy turniej u siebie wraz z Ukrainą. Za każdym razem sporo emocji wywołało powołanie kadry na Euro, a równie dużo miejsca co powołanym, poświęcano tym, którzy zostali skreśleni.

W przeszłości zdarzało się, że skreśleni przez selekcjonerów piłkarze byli częściej obecni w mediach niż ci, dla których ostatecznie znalazło się miejsce w kadrze. Powiedzenie "ale że Dudka na mundial nie wzięli?" przeszło nawet do kanonu popkultury. Przed kolejnymi edycjami mistrzostw Europy powołania budziły spore kontrowersje i przez długi czas wywoływały emocje u kibiców i dziennikarzy.

Piszczek prosto z plaży

Pierwszym w historii trenerem, któremu udało się awansować na mistrzostwa Europy z reprezentacją Polski był Leo Beenhakker. Holender, uchodzący w naszym kraju przez pewien czas za prawdziwego magika, stworzył nieoczywistą drużynę, która potrafiła stawić czoła takim nacjom jak Belgia czy Portugalia i rozgrywać naprawdę znakomite spotkania. Wymyślił też dla reprezentacji Rogera Guerreiro, który na Euro 2008 był jedną z gwiazd naszej drużyny.

Holenderski selekcjoner początkowo w szerokiej kadrze znalazł miejsce dla 31 zawodników, choć zostawił jeszcze furtkę dla Brazylijczyka, który czekał na nadanie mu obywatelstwa, co się ostatecznie udało, dlatego o miejsce w 23-osobowej kadrze walczyło finalnie 32 piłkarzy. Dość szybko Beenhakker skreślił sześciu z nich. Wojciech Kowalewski, Arkadiusz Radomski, Dawid Janczyk, Artur Wichniarek, Michał Goliński i Łukasz Piszczek nie zmieścili się w gronie 26 zawodników, których Holender zabrał na ostatnie zgrupowanie.

Tam z kolei skreślił kolejną trójkę, Radosława Majewskiego i dwójkę swoich ulubieńców Grzegorza Bronowickiego i Radosława Matusiaka, co mimo wszystko stanowiło pewną niespodziankę. Jednak, jak się okazało, to nie był koniec roszad. Kontuzjowanego Tomasza Kuszczaka zastąpił bowiem skreślony wcześniej Wojciech Kowalewski, a po tym, jak odnowiła się kontuzja Jakubowi Błaszczykowskiemu, powołanie niemal prosto z plaży dostał Łukasz Piszczek, występujący wtedy w Herthcie Berlin. I wystąpił nawet w przegranym 0:2 meczu z Niemcami. 

Jego przykład pokazuje, że nawet ci początkowo skreśleni, nie powinni całkowicie tracić nadziei na powołanie. W futbolu wiele rzeczy może się wydarzyć.

Reklama

"Koko Euro spoko"

W 2012 roku nie musieliśmy przebijać się przez eliminacje, dzięki czemu Franciszek Smuda miał spory komfort i mógł dość długo testować piłkarzy przed turniejem. Podczas wielkiej fety w Warszawie, przy dźwiękach hitu "Koko Euro Spoko", ówczesny selekcjoner podał nazwiska 26 piłkarzy, spośród których miał wybrać ostateczny skład na turniej w Polsce i na Ukrainie.

W gronie trzech skreślonych zawodników znaleźli się Kamil Glik, Tomasz Jodłowiec i Michał Kucharczyk. Szczególnie dwaj pierwsi mogli czuć spory niedosyt, bo Smuda dość często dawał im szasnę gry i wydawało się, że podobnie będzie również podczas Euro 2012. Ostatecznie jednak selekcjoner postawił na naturalizowanych graczy, Damiena Perquisa, Ludovica Obraniaka, Sebastiana Boenischa i Eugena Polanskiego, czym wzbudził spore kontrowersje w całej piłkarskiej Polsce.

Jak pokazała rzeczywistość, żaden z nich nie zbawił naszej reprezentacji, a po zakończeniu pracy przez Smudę, ich rola w kadrze została zmarginalizowana. W przeciwieństwie do Glika, który od lat stanowi podporę naszej drużyny i jest pewniakiem w drużynie Paulo Sousy. I jeżeli nic się nie wydarzy, niebawem będzie szykował się do występu w kolejnym Euro w swojej karierze.

Skreślony bohater

Adam Nawałka, którzy przejął kadrę po Waldemarze Fornaliku, w bardzo dobrym stylu awansował na Euro 2016 i rozbudził spore nadzieje wśród kibiców. Jednak już kiedy powoływał szeroką kadrę, zabrakło w niej dwóch ważnych ogniw z eliminacji. Podstawowy stoper Łukasz Szukała i bohater meczu z Niemcami Sebastian Mila nie znaleźli się nawet w gronie 28 powołanych piłkarzy.

Zadanie Nawałce utrudniły również kontuzje dwóch graczy, którzy wypadli z walki o Euro 2016. Paweł Wszołek i Maciej Rybus przez urazy stracili szansę wyjazdu na turniej i ostatecznie selekcjonerowi Polaków zostało 26 graczy walczących i bilety do Francji. Finalnie selekcjoner zrezygnował z Przemysława Tytonia, Pawła Dawidowicza oraz Artura Sobiecha.

I to akurat nie wywołały zbyt dużego rozgłosu. O ile brak Szukały czy Mili wielu zaskoczył, o tyle już ostatecznie powołania Nawałki nie wzbudziły większych kontrowersji. Zresztą, jako jedyny z selekcjonerów, którzy awansowali z Polską na mistrzostwa Europy, po turnieju mógł czuć się zadowolony, bowiem zaszedł z Biało-Czerwonymi aż do ćwierćfinału, a później awansował też na mistrzostwa świata w Rosji. 

Jak będzie tym razem? Paulo Sousa zaskoczył, nie powołując chociażby Kamila Grosickiego. Jak pokazuje przeszłość, nie oznacza to, że "Grosik" stracił szansę na występ w turnieju, choć na ten moment to zdecydowanie najgłośniejsze nazwisko spośród pominiętych przez Portugalczyka piłkarzy.

Dowiedz się więcej na temat: piłka nożna | Euro 2020 | reprezentacja Polski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje