Reklama

Reklama

Hiszpania – Polska. Paulo Sousa w końcu podjął dobre decyzje. I wskrzesił ducha naszej drużyny

Mecz z Hiszpanią nie był dla reprezentacji Polski żadną wielką próbą. Wymówek w razie czego było bez liku: słaba murawa, rywal z którym nie lubimy grać, występ na wyjeździe. Paulo Sousa podjął więc ryzyko i postanowił zagrać na dwóch napastników. I opłaciło się! Polacy zremisowali z Hiszpanami 1-1, ale co istotniejsze: trener wskrzesił ducha drużyny.

Jeżeli prawdziwe są pogłoski, że Paulo Sousa zaprogramował przygotowania do mistrzostw Europy w taki sposób, aby szczyt formy reprezentacji Polski przypadł na mecz ze Szwecją, to wciąż istnieje szansa, że Portugalczyk nie zapisze się w historii jako nasz najgorszy turniejowy selekcjoner w XXI wieku (ex aequo z Leo Beenhakkerem). W Sewilli Sousa wysłał sygnał, że pod jego wodzą zaczęła rodzić się drużyna. Polacy przeciwko Hiszpanii pokazali serce, czyli coś, czego zabrakło w meczu ze Słowacją. Wielką cząstkę do sukcesu dołożył selekcjoner, którego decyzje w końcu zaowocowały.

Reklama

Ambitnie w defensywie, nerwowo w ataku

Nasz ostatni pojedynek z Hiszpanią (w 2010 roku) zakończył się kompromitacją i porażką 0-6. Na szczęście była to tylko gra sparingowa. Wspomnienie sprzed dekady przed meczem w Sewilli nie dawało jednak powodów do optymizmu, tak samo jak znacznie odleglejsza historia. I tak jak przegrany mecz ze Słowacją, który - według tej samej plotki - zamierzaliśmy wygrać z marszu.

Nowy program o Euro - codziennie na żywo o 12:00 - Sprawdź!

Nie możesz oglądać meczu? - Posłuchaj na żywo naszej relacji!  

Początek był jednak obiecujący - przynajmniej w defensywie. Polacy wyszli na murawę naładowani energią, biegali jak wściekli, w pierwszych minutach próbowali odbierać piłkę na połowie rywali. Znacznie gorzej było w ofensywie. Mateusz Klich oddał co prawda niebezpieczny strzał z dystansu, a Karol Świderski trafił w słupek, ale polscy piłkarze nie potrafili utrzymać się przy piłce dłużej niż przez kilka sekund. Nawet w sytuacjach, gdy rywal nie atakował, decydowali się na niecelne dośrodkowania czy przerzuty. Praktycznie nie korzystaliśmy z możliwości przyspieszenia gry z pierwszej piłki, co Hiszpanie robi regularnie. Po dwudziestu minutach przeszliśmy do niskiej obrony, okopując się w okolicach linii 16. metra. I właśnie wtedy błąd popełnił Bartosz Bereszyński, pozwalając Alvaro Moracie na zdobycie gola. Co istotne: Polacy po tym ciosie nie spuścili głów.

Świderski na plus. Szkoda, że bez bramki

Na przedmeczowej konferencji prasowej Sousa był skoncentrowany. Może nie biła od niego pewność siebie, ale wydawało się, że tym razem ma w głowie jakiś plan. "Zmian będzie nie tak wiele, jeśli mam być szczery. Zmienimy za to strategię, bo mamy całkiem innego rywala niż Słowacja. To rywal, który będzie miał wyższe posiadanie piłki. Musimy więc wiedzieć jak się bronić nie tylko w niskiej defensywie, ale i w wysokiej. Jak "skrzywdzić" ich w przejściu z obrony do ataku.  Musimy wiedzieć co zrobić, aby zabierać im piłkę. To jest coś, do czego oni nie są przyzwyczajeni, coś, co pozwoli nam stworzyć sobie sytuacje..." - cierpliwie tłumaczył dziennikarzom selekcjoner.

W rzeczywistości zmiany nie były jednak kosmetyczne. Po pierwsze: Grzegorza Krychowiaka "zastąpił" Jakub Moder. Po drugie: Macieja Rybusa zmienił Tymoteusz Puchacz. Po trzecie: wróciliśmy do gry dwoma napastnikami - obok Roberta Lewandowskiego wystąpił Karol Świderski.

I trudno skrytykować te decyzje, bo każdy ze wspomnianych na boisku zostawił serce. Co prawda niebiosom może dziękować Moder, który sprokurował rzut karny i kilkukrotnie nie nadążał za grą czy Świderski, który po dośrodkowaniu Lewandowskiego zamiast uderzyć głową, próbował strzelać nogą, ale w takim meczu błędy młodym zawodnikom się zdarzają. I można je wybaczyć.

W Sewilli urodziła się drużyna?

Do gry, o której mówił na konferencji Sousa, momentami brakowało nam dwóch faktorów: sił i umiejętności. Bo intensywność, jaką na początku zaprezentowali Polacy, była imponująca. Co prawda później tempo "siadło", ale kiedy włączaliśmy drugi bieg, Hiszpanie byli w tarapatach. Wysoki pressing w końcówce pierwszej połowy o mało nie przyniósł nam zresztą bramki - do piłki doskoczył Kamil Jóźwiak, w słupek strzelił Świderski, a świetną okazję zmarnował Lewandowski.

Kluczowe jednak jest nie to, czego zabrakło, a co się pojawiło - duch drużyny. Kapitan reprezentacji zamiast strofować partnerów, był dla nich wsparciem. To on skrzyknął zespół po ostatnim gwizdku i na środku murawy przez kilka minut tłumaczył coś kolegom. Lewandowski, strzelec bramki, najlepszy polski piłkarz na boisku, to jeden z architektów sewilskiego remisu. Drugim jest Sousa.

Z Sewilli Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje