Reklama

Reklama

Euro 2020. Leszek Lipka: Przeciwko Hiszpanii nie możemy wyjść na boisko przestraszeni

12 listopada 1980 roku reprezentacja Polski jedyny raz pokonała Hiszpanię, a do tego na jej boisku. W tym spotkaniu zagrał Leszek Lipka, były piłkarz Wisły Kraków. – Nie możemy wyjść na boisko z myślą, by się tylko bronić, bo to się skończy źle. Trzeba od początku postawić się rywalom – mówi 21–krotny reprezentant Polski.

Andrzej Klemba, Interia.pl: Tylko razu udało się reprezentacji Polski pokonać Hiszpanię i to na jej boisku. Pan zagrał w tym spotkaniu.

Leszek Lipka: - Hiszpanie też wtedy byli czołową reprezentacją w Europie. To była niespodzianka i nasz duży sukces, że udało nam się wygrać, a do tego na wyjeździe. Dwie bramki strzelił wtedy Andrzej Iwan. Prowadziliśmy 1:0, ale tuż przed końcem chyba ja sfaulowałem w polu karnym i Hiszpanie wyrównali. Na szczęście Iwan zdążył jeszcze zapewnić nam zwycięstwo.

Reklama

Mistrzostwa Europy nasza reprezentacja rozpoczęła fatalnie. Co trzeba zrobić w sobotę przeciwko Hiszpanii?

- Nasi rywale w pierwszym meczu też nie błyszczeli. Po prostu trzeba wyjść na boisko i walczyć. W spotkaniu ze Słowacją nie było widać pełnego zaangażowania. A przecież to był mecz właściwie o awans. Wygrana zapewniała nam go w 80 procentach. Hiszpanie się potknęli i też będą szukać punktów. Ta reprezentacja nie jest już tak mocna, jak jeszcze kilka lat temu, ale i tak będzie faworytem. Nasi piłkarze muszą wyjść na boisko i się nie bać. Jeśli zagramy asekuracyjnie, nic z tego nie będzie. Musimy dać z siebie 120 procent. Oczywiście może być też tak, że rozegramy najlepszy mecz, a i tak nie wygramy. Na pewno nie możemy wyjść na boisko z myślą, by się tylko bronić, bo to się skończy źle. Trzeba od początku postawić się rywalom.

Widział pan powody do optymizmu w spotkaniu ze Słowacją?

- Nie będę oryginalny, ale na wyniku zaważyła czerwona kartka. Nie sądzie, że w pełnych składach byśmy przegrali. A stracona bramka na 1:2, to już było mistrzostwo świata. Zawodnik rywali stoi sam na 14. metrze, a naszych czterech zawodnik pilnuje siebie nawzajem, a na dodatek zasłaniają wszystko bramkarzowi. Czasem mam wrażenie, że im więcej oglądam piłkę, tym mniej ją rozumiem. Optymistyczny był początek drugiej połowy. Wyrównaliśmy, stworzyliśmy kolejne okazje i bach czerwona kartka. Grzegorz Krychowiak już pierwszy faul popełnił bezmyślnie, bo to było jeszcze na połowie Słowaków i nie było większego zagrożenia. Oczywiście łatwo jest mówić, gdy się patrzy z boku. Na boisku są ułamki sekund na podjęcie decyzji i czasem są one złe.

Pojawiły się głosy, że trener Paulo Sousa powinien wcześniej zdjąć Krychowiaka.

- Nie zgadzam się z tym. A co jak zawodnik dostaje żółta kartkę w piątej minucie i potem normalnie gra całe spotkanie. A może za każdym razem, kiedy piłkarz dostanie upomnienie, trenerzy powinni go od razu zmieniać? Przy drugim faulu Krychowiak był przekonany, że będzie pierwszy przy piłce, ale się pomylił. To jest ryzyko. Podobnie było w meczu Austria - Holandia, w którym David Alaba bez sensu sfaulował w narożniku pola karnego rywala. On też się spóźnił o ułamki sekund.

Jesteśmy w trudnej sytuacji przed meczem z Hiszpanią.

- To prawda. Nie jestem optymistą, ale nie przekreślam naszych szans i chciałbym się mylić. Finowie też nie byli nic w stanie zrobić z Danią, ale wystarczyła właściwie jednak akcja i zdobyli zwycięską bramkę. Węgrzy z Portugalią też toczyli wyrównany bój. Wynik 0:3 nie odzwierciedla tego, że to oni pierwsi byli bliżej strzelenia gola. Czytałem, że duża krytyka spadła na Roberta Lewandowskiego, ale to nie jest piłkarz, który weźmie piłkę i sam sobie stworzy sytuację. Za to jak już dostanie dobre podanie, to zwykle kończy się to bramką. Poza tym skoro jego czasem pilnuje dwóch przeciwników, to inni powinni to wykorzystać.

Rozmawiał AK

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje