Reklama

Reklama

Polska (nie)skuteczność

I tak zbiegły się w czasie trzy wielkie imprezy sportowe - siatkarska Liga Narodów, piłkarskie Euro i tenisowy Wimbledon. Z pozoru trudno je porównywać. Każda z inną historią, temperaturą emocji i co dla nas najważniejsze krańcowo różnym w krajowym odbiorze, polskim wątkiem - pisze specjalnie dla Interii dyrektor ds. sportu w Telewizji Polsat, Marian Kmita.

Polscy siatkarze zdążyli już nas przyzwyczaić, że medal wielkiej imprezy to norma, a jak nie ma złota, to już zaczynamy się zastanawiać, czy nie nadchodzi jakiś kryzys. Sprawa to wyjątkowa na tle naszego całego sportu, bo dwadzieścia pięć lat ciężkiej pracy wielu ludzi z Polskiego Związku Piłki Siatkowej przynosi efekty imponujące. I chociaż w Rimini zdobyliśmy "tylko" srebro, to nawet ci, którzy na co dzień nie kochają siatkówki musza przyznać, że od piętnastu lat należymy do bardzo wąskiego grona drużyn ze światowego topu. Ba, to my - Polacy - wyznaczamy światowe kierunki w szkoleniu młodzieży, organizacji imprez czy budowaniu właściwego zaplecza finansowo-medialnego dyscypliny.

Reklama

Inni nas podpatrują i szczerze zazdroszczą. Ten dobrobyt nie oznacza oczywiście, że automatycznie drużyna Vitala Heynena przywiezie z igrzysk olimpijskich w Tokio złoty medal. Tak dobrze to nie jest i nigdy nie będzie, bo turniej olimpijski rządzi się swoimi prawami i będzie tam co najmniej sześciu mocnych pretendentów do medali. Szansa polega na tym, że Polska jest wśród nich, ale historia naszych występów na IO w Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro uczy nas koniecznej pokory. Może być różnie, ale to nie psuje nam humorów.

Jakże inne emocje towarzyszą nam przy występach naszych piłkarzy. Kiedyś, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku było jak dzisiaj z siatkarzami. Liczono na medal prawie na każdej imprezie. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, zwłaszcza młodszym czytelnikom, ale za srebro igrzysk olimpijskich w Montrealu pożegnał się z pracą legendarny trener Kazimierz Górski, a za "ledwie" piąte miejsce na MŚ w Argentynie - Jacek Gmoch. Tak wysoko wisiała wtedy poprzeczka dla naszych trenerów i piłkarzy, ale i takie mieli wtedy realne możliwości. W latach 1972-1982 to rzeczywiście była jedna z najlepszych jedenastek na świecie. Ale ówczesny piłkarski świat był radośnie przewrotny, tak samo jak ten współczesny, który obserwujemy na trwającym Euro 2020.

Strefa Euro - zaprasza Paulina Czarnota-Bojarska i goście - Oglądaj!

Gdziekolwiek jesteś, słuchaj meczu na żywo! - Relacja live tylko u nas!

Na przykład Euro 1976 przypominało w swoim sensacyjnym przebiegu prawie to czego doświadczamy od trzech tygodni w emocjonujących zawodach od Baku do Glasgow. Wtedy drużyna Czechosłowacji pokonała mistrzów świata Niemców i wicemistrzów Holendrów. Były dogrywki, były karne, były wielkie emocje i na koniec turnieju - ogromna niespodzianka. Dawid pokonał Goliata. Nie po raz pierwszy i nie ostatni w futbolu. Szkoda, że dzisiaj polska reprezentacja, choć na papierze mogłaby by być, nie jest już ani takim Dawidem, jak współczesne Czechy, Ukraina, czy Szwajcaria, ani tym bardziej Goliatem. Kibice winią za to tylko PZPN, ale czy mają rzeczywiście rację?

No i na deser Wimbledon. Ekskluzywna, wymuskana impreza, która doskonale ilustruje przymiotnik "brytyjski". I chociaż wydawało się, że po rozstaniu się z kortem Agnieszki Radwańskiej czekają nas w tenisie dekady posuchy, to pierwsze rundy londyńskich gier na trawie przynoszą same dobre i bardzo dobre informacje. Świetna forma Igi Światek powoli staje się normą, do solidności Łukasza Kubota już przyzwyczajamy. Hubert Hurkacz skutecznie przypomina kto wygrał w tym roku w Miami, ale to co Magada Linette wyczyniała na korcie w meczu II rundy, z rozstawianą w turnieju z numerem "3" Jeliną Switoliną, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pani Magda po prostu rozniosła utytułowaną rywalkę i jak po meczu przyznała sama Ukrainka - Magda grała niewiarygodnie. Dobry to prognostyk, że w roku 100-lecia Polskiego Związku Tenisowego będziemy mieli trochę radości na kortach, chociaż wielkiej zasługi samego związku w tym nie ma. Sukcesy polskich tenisistek i tenisistów to wciąż bardziej efekt determinacji i poświęcenia ich rodziców niż planowej pracy i opieki krajowej centrali.  

I tak to jest. W polskich związkach sportowych teoretycznie wszyscy się starają i chcą dobrze. W siatkówce mamy tego radosny efekt, w piłce nie ma, a w tenisie może niebawem będzie, ale tego tak do końca na pewno nie wiadomo. Sukcesy polskich sportowców to wciąż loteria. W większości przypadków bardziej konsekwencja prototypowych projektów, w których wiodącą rolę odgrywają sponsorzy polskich drużyn lub zawodników, niż logicznych, wieloletnich systemów kontrolowanych przez  ministerstwo sportu. Może dlatego nasz prawie czterdziestomilionowy naród, choć uzasadnione ambicje ma olbrzymie,  nie może doczekać solidnej drużyny piłkarskiej, albo choćby realnie liczyć na więcej niż dziesięć medali na letnich Igrzyskach Olimpijskich. Taka jest ta nasza polska skuteczność.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy