Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ 2019

Lekkoatletyczne MŚ. Trener Polaków zaszachował rywali, szansa na drugi medal

Dorobek reprezentacji Polski na MŚ w Dausze to na razie tylko jeden srebrny medal, autorstwa Joanny Fiodorow, ale szalony plan przy ustaleniu kolejności naszej czwórki w finale sztafety mieszanej, o mało nie przyniósł drugiego podium. A poniedziałek daje kolejną nadzieję dla "Biało-Czerwonych", tym razem wszystkie oczy będą skierowane na finał kobiet skoku wzwyż, z udziałem Kamili Lićwinko. Początek medalowej rozgrywki o godz. 19.30.

Trener biegaczek na 400 metrów Aleksander Matusiński po raz wtóry pokazał, że jego warsztat i zmysł taktyczny dalece wykraczają poza przyjęte schematy. Nie ma przypadku w tym, że jako jedyny wybrał rozwiązanie, na które w finale nie postawiły tęgie głowy strategów w żadnej innej reprezentacji.

Reklama

Niczym wytrawny szachista, usiadł przed planszą, popatrzył na swoje figury i wymyślił: zacznie dwóch facetów, później pałeczkę przejmą liderki kobiecej kadry. Swoim manewrem szkoleniowiec sprawił, że jakkolwiek sam w sobie atrakcyjny bieg sztafet mieszanych, debiutujących na mistrzostwach świata, w finale w Dausze jeszcze zyskał na spektakularności.

Zaczął Wiktor Suwara, a gdy pociągnął Rafał Omelko, przewaga "Biało-Czerwonych" wzrosła do niesamowitej odległości. Swoje dołożyła też Iga Baumgart-Witan i nasz reżyser mógł wierzyć, że ta autorska koncepcja może się udać; że Justyna Święty-Ersetic, mając kilkadziesiąt metrów za sobą szaleńczo rzucających się w pogoń najszybszych sprinterów świata, w cudowny sposób wciągnie zespół na podium.

Dwukrotna mistrzyni Europy pobiegła wspaniale, szarpała do samej "kreski", ale nawet rekord Polski nie wystarczył do podium. Nasza czwórka ostatecznie zajęła piąte miejsce, a Matusiński udowodnił, że ta reprezentacja jest piekielnie trudna do rozczytania. Tym razem do medalu niewiele zabrakło, ale z taką odwagą do wybierania niebanalnych rozwiązań, polska sztafeta mieszana ma przed sobą bardzo ciekawą przyszłość.

Jednym radość, innym smutek i cisnące się do oczu łzy. Adam Kszczot po eliminacjach, w których mordował się do końca, w ciągu doby nie przeszedł cudownej metamorfozy i start w MŚ zakończył na półfinale. Dla takiego wygi, dla którego miejsce w finałach największych imprez świata to właściwie zawodowa rutyna, smak porażki był bardzo cierpki.

Kszczot przepraszał, dziękował i zapowiedział, że wkrótce ogłosi, z kim i jak będzie kontynuował przygotowania do zbliżających się wielkimi krokami IO w Tokio.

Kilka godzin wcześniej odbyły się uroczyste ceremonie dekoracji. Po raz pierwszy kilkutysięczna publiczność na międzynarodowym stadionie Chalifa w Dausze usłyszała, jak brzmi "Mazurek Dąbrowskiego". Bohaterką celebry była Anita Włodarczyk, odbierająca złoty medal sprzed sześciu lat, z mistrzostw świata w Moskwie. Wtedy triumfu pozbawiła ją złapana na dopingu Tatiana Łysenko, ale sprawiedliwość w końcu dopadła Rosjankę.

Z medalu tu i teraz radowała się Joanna Fiodorow, która w wielkim stylu wychodzi z cienia nieobecnej na starcie Włodarczyk. W oczekiwaniu na ceremonię medalową wicemistrzyni świata razem z koleżankami z podium synchronizowały układ tanecznych kroków, ale na podium nie dostały czasu, by pokazać, jak potrafią się bawić.

W poniedziałek też może być pięknie, choć Kamila Lićwinko nie należy do grona faworytem do złotego medalu mistrzostw świata. Ona sama przed kamerą Interii wytypowała przyszłą czempionkę, wskazując na Juliję Łewczenko. To dość odosobniona optyka, bo w powszechnej opinii największe szanse na złoto ma startująca pod neutralną flagą Rosjanka Marija Łasickiene.

Polka, dla której najlepszy tegoroczny wynik w sezonie wynosi 1,95 m nie składa broni, choć będzie piekielnie trudno, by choć otrzeć się o podium. Ma bowiem świadomość, że popełnia sporo błędów, zwłaszcza w momencie wybicia.

Walkę o awans do 12-osobowego finału rozpocznie oszczepniczka Maria Andrejczyk, a na starcie ponownie, choć tym razem indywidualnie, ustawią się nasze "400-metrówki". Dotąd żadna Polka nie była w finale tej konkurencji na mistrzostwach świata, ale Iga Baumgart-Witan, Justyna Święty-Ersetic i Anna Kiełbasińska wierzą, że przynajmniej jedna z nich napisze nową historię.

- Dlaczego stawiać dziewczynom granice i bariery? Kiedyś ktoś po raz pierwszy stanął na księżycu. Zawsze coś musi wydarzyć się pierwszy raz - buduje emocje w metaforycznym tonie trener Matusiński.

Natomiast wciąż pod znakiem zapytania stoi dzisiejszy występ w eliminacjach 110 m ppł brykającego się z problemami żołądkowymi Damiana Czykiera. Ta niewiadoma rozstrzygnie się krótko przed startem.

Artur Gac, Doha