Lekkoatletyczne MŚ. Ogromne rany na ciele, wielka cena finału Marcina Lewandowskiego
Gdy pojawił się w strefie dla dziennikarzy, wyglądał nie jak po biegu, ale jakby chwilę wcześniej w klatce stoczył pojedynek w formule mieszanych sztuk walki. Wysoką cenę zapłacił Marcin Lewandowski, aby w fantastycznym stylu awansować do finału biegu na 1500 m podczas mistrzostw świata w Dosze - pisze korespondent Interii w Katarze, Artur Gac.

Dwie cięte rany na prawym udzie nie robiły aż takiego wrażenia, jak "dziura" w lewej nodze, z której szeroką strugą spływała krew. Zwycięstwo "Lewego" w półfinale, po kapitalnym rozegranie biegu na dystansie i przebijanie się na prowadzenie, w jego stylu, z ostatniej pozycji, wymagało twardej walki.
Te obrażenie to nic innego, jak "ciosy" zadane kolcami od butów rywali. Stąd właśnie obfite krwawienie.
- No tak, tak to bywa. Tym właśnie charakteryzują się biegi średniej i jest to, że tak powiem, dość normalne. Na moim ciele jest już wiele starych pozostałości, każda blizna ma swoją historię. Po części można powiedzieć, że też jesteśmy gladiatorami, tylko że we współczesnym świecie. Bawimy kibiców, my dla nich walczymy i zostawiamy zdrowie na bieżni, a takie są tego efekty. Stety-niestety, tworzy się fajną historię, każda blizna coś znaczy w moim życiu i kiedyś będę miał co opowiadać moim dzieciom i wnukom - powiedział "Lewy".
Przed kamerą Interii nasz biegacz jeszcze zgodził się, by z bliska pokazać pokaleczone nogi. Dla przeciętnego kibica wygląda to strasznie, ale dla naszego sportowca to chleb powszedni. - Jestem do tego przyzwyczajony - rozwiał wszelkie wątpliwości.
Artur Gac, Doha









