Lekkoatletyczne MŚ. Lisek: Liczę, że worek z medalami szybko się nie zamknie
To może być finał, w którym walka o złoty medal rozstrzygnie się na niebotycznych wysokościach. W mocnej stawce reprezentacja Polski też ma swojego lotnika o tyczce, członka ekskluzywnego grona sześciometrowców. Piotr Lisek w aktualnej formie ma szansę na medal nawet z najcenniejszego kruszcu - pisze z Dauhy dziennikarz Interii Artur Gac. Początek konkursu mistrzostw świata w Dosze we wtorek od godziny 19.05.

Nie, to nie pompowanie balonika, tylko obiektywna ocena rzeczywistości. W Katarze, co pokazują te mistrzostwa, najlepsi nierzadko przegrywają z kretesem, ale Lisek zaczął tu skakanie tak, by nie było żadnych wątpliwości. Co tam klimat nad Zatoką Perską! Dwukrotnego już medalistę mistrzostw świata kompletnie nic nie rusza. No, prawie nic.
- Ja się nie stresuję? Tak, tak. Pewnie kojarzycie taki obrazek góry lodowej, której widać tylko 10 procent, a 90 procent jest zakryte? Mogę powiedzieć, że się nie stresuję i... mogłem troszeczkę skłamać - roześmiał się lekkoatleta.
To tylko pokazuje, że doświadczenie i rutyna owszem, dają pewność siebie, ale ciężar gatunkowy imprezy tej rangi udziela się każdemu. Tym bardziej, że wciąż jakby trochę poza świadomością Liska pozostaje dopuszczenie do siebie myśli, że przecież już przestał być młodzieniaszkiem.
- Nadal mi się tak wydaje, a tu się okazuje, że parę lat już przebywam na scenie - przyznał, a dobry humor ani na krok go nie opuszczał. By jednak nie zgubić koncentracji, od razu zastrzegł, żeby po eliminacjach za szybko nie zawieszać medali na szyi. - W konkursie na pewno nie będzie łatwo. Nie ma sensu sugerować się eliminacjami, bo finał będzie całkowicie nowym rozdaniem. Każdy z tego grona może wygrać - zawyrokował.
Nasz tyczkarz żałuje, że konkurs odbędzie się bez udziału Pawła Wojciechowskiego, a poległ także wielki Francuz Renaud Lavillenie. W eliminacjach tylko dwóch zawodników pokazało, co oznacza bezbłędne skakanie. Jedynie Lisek i Amerykanin Sam Kendricks w każdej z prób bezbłędnie fruwali nad poprzeczką, a zatrzymała ich tylko pewna kwalifikacja na wysokości 5,75 m.
- To, że udało mi się skoczyć wszystko w pierwszych próbach, tylko utwierdziło mnie w pewności siebie - potwierdził nasz lekkoatleta.
U najgroźniejszych rywali też, kątem oka, Polak dostrzegł wielką świadomość wykonanej pracy i formy, dlatego z całą stanowczością stwierdził, że wszyscy są naładowani i gotowi na wysokie skakanie na "110 procent".
- Zawsze ciągniecie mnie za język, które zajmę miejsce, czy będzie to lokata na podium. A ja staram się skupić na tym, żeby skoki były dobre i wysokie - zaczął, by po chwili nieco rozwiązać w tej kwestii język.
- Tak, wiem o tym, że już mam brąz i srebro mistrzostw świata. Ja sam lubię zbierać medale, ale to nie będzie łatwe. Kandydatów do złota jest wielu, wobec czego na pewno trzeba będzie wznieść się na maksimum - stwierdził.
Najgroźniejszymi rywalami Liska do złota, poza Kendricksem, będą Armand Duplantis (cała trójka skakała w tym sezonie 6 metrów i więcej) oraz Thiago Braz da Silva. Innego zdania jest Polak, który przewiduje nie tylko wysokie skakanie, ale i możliwe zaskakujące rozstrzygnięcia. - Kilka nazwisk można byłoby wymienić, ale mnie przede wszystkim się wydaje, że w finale może być dużo niespodzianek. Nie wykluczam, że nieduże nazwisko też może zakraść się na podium - ocenił jeden z głównych kandydatów do medalu w 44-osobowej polskiej kadrze na MŚ.
Lisek pogratulował naszej na razie jedynej medalistce w Dausze, Joannie Fiodorow, wicemistrzyni świata w rzucie motem. - Jestem bardzo zadowolony, że Asia dała nam wszystkim takie emocje. Myślę, że otworzyła worek z medalami i liczę, że szybko się on nie zamknie.
Kolejnych "krążków" można będzie szukać w rywalizacji młociarzy, ale do środowego finału droga wiedzie przez dzisiejsze kwalifikacje. A w nich do walki przystąpią nasze tuzy w tej konkurencji, czyli broniący tytułu mistrza Paweł Fajdek i tegoroczny rekordzista na listach światowych Wojciech Nowicki, którzy w ostatnich miesiącach całkowicie zdominowali pozostałych rywali. Minimum gwarantujące awans, ustalone na 76,5 m, dla "Biało-Czerwonych" powinno być formalnością. Podwójne podium? Tu wszyscy sobie obiecują właśnie taki scenariusz.
A w półfinałach, o historyczny awans do biegu finałowego, powalczą na 400 metrów Justyna Święty Ersetic i Iga Baumgart-Witan. W eliminacyjnych biegach spisały się identycznie, notując dokładnie taki sam czas 51,34.
Czwartego dnia mistrzostw byliśmy świadkami stojącego na fantastycznym poziomie, niezwykle emocjonującego finału skoku wzwyż kobiet. Wygrała startująca pod neutralną flagą Rosjanka i faworytka Maria Lasickiene (2,04 m), a rewelacją okazała się srebrna medalistka z Ukrainy Jarosława Mahuczik, która zaliczyła taką samą wysokość, tyle że w trzeciej próbie. Lekkoatletka, która dopiero w tym roku osiągnęła pełnoletność, wysokością 2,04 m ustanowiła zarazem nowy rekord świata do lat 18.
Swoje wielkie chwile przeżywała też Kamila Lićwinko. W pewnym momencie Polka także włączyła się do walki o podium, by ostatecznie zająć piąte miejsce. Tę lokatę, wywalczoną z rekordem sezonu 1,98 m przyjęła tak, jakby udało jej się powiększyć kolekcję medali. - Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i drogę, jaką przebyłam, by się tutaj pojawić, bezwzględnie jest to jeden z najcenniejszych wyników w mojej karierze - oceniła Lićwinko.
Artur Gac, Doha









