Lekkoatletyczne MŚ. Augustynowi chciało się płakać, na przeprosinach się nie skończyło
Błędy, jakich dopuścili się międzynarodowi sędziowie podczas chodu mężczyzn na 50 km podczas mistrzostw świata w Katarze, mogły skończyć się tragedią. Fatalna pomyłka arbitrów uderzyła m.in. w Rafała Augustyna, który na słabnącym tętnie musiał dołożyć nadprogramowy dystans dwóch kilometrów. Polak już otrzymał dwukrotne przeprosiny, a niewykluczone, że sprawa zakończy się oficjalnym oświadczeniem na złożone zażalenie - pisze z Dohy dziennikarz Interii Artur Gac.

- Jak usłyszałem, że mam dalej iść, to chciało mi się płakać. Już miałem kryzysowe tętno. Szczerze mówiąc, myślałem, że się przewrócę - mówi w rozmowie z obecnym w Dosze wysłannikiem Interii Rafał Augustyn, najlepszy z trójki Polaków na morderczym dystansie.
Niedopuszczalna sytuacja miała miejsce tuż za linią mety, choć jeszcze na przedostatniej pętli nic nie zapowiadało takich wydarzeń. Rozpoczynając ostatnie dwa kilometry, Polak usłyszał dzwonek, który jednoznacznie oznaczał, że rozpoczyna ostatnią rundę. On też kontrolował dystans, dlatego nagłe ponaglenia sędziów do kontynuowania chodu, jakie usłyszał kilka minut później, zafundowały mu prawdziwą katorgę.

Mimo że rywalizacja rozpoczęła się o niespotykanej porze, pół godziny przed północą, a zwycięzca Japończyk Yusuke Suzuki spędził na trasie ponad cztery godziny, warunki na nadmorskim deptaku Corniche były przez cały czas skrajnie wymagające. Termometry wskazywały ponad 30 stopni Celsjusza, a wilgotność była na poziomie 74 procent. Z takim klimatem przegrało 18 z 46 zawodników, w tym wielkie sławy, nie dochodząc do mety.
Tymczasem Augustyn pokazał wielki hart ducha, ale zapłacił za to sporą cenę. W asyście fizjoterapeutów, wzięty pod ramiona, został zaprowadzony do namiotu medycznego, w którym spędził dłuższą chwilę. Tam też po raz pierwszy usłyszał przeprosiny. Do złożenia skargi nie doszło, bo - po pierwsze należało to zrobić do pół godziny po zakończeniu finału. W dodatku uznano, że nie ma to sensu, wszak w klasyfikacji generalnej nie popełniono błędu i czas Polaka był poprawny.
Polska strona jednak nie zamierzała chować sprawy pod dywan i złożyła zażalenie na piśmie, zaadresowane do głównego centrum zarządzania mistrzostwami (TIC). Na dokumencie podpisali się dyrektor sportowy PZLA Krzysztof Kęcki, wiceprezes związku Tomasz Majewski i trener zawodnika, Krzysztof Augustyn. - Po rozmowie z przedstawicielem IAAF usłyszeliśmy ponowne przeprosiny wraz z zapytaniem, jak się czuję i czy wszystko jest ze mną w porządku. Teraz mają się ustosunkować do tego nieszczęśliwego zdarzenia, które - jak przyznali - nie powinno mieć miejsca - mówi zawodnik w rozmowie z Interią.

Augustyn wierzy, że nagłośnienie tych wydarzeń sprawi, iż do podobnych pomyłek już nie dojdzie. - Szanuję przeprosiny, w tym te otrzymane od szefowej sędziów, ale takie coś nie może mieć miejsca. Takie igranie z czyimś zdrowiem jest karygodne. Akurat ja nie byłem reanimowany i zszedłem o własnych siłach, ale nie ukrywam, że po 52 kilometrach poczułem "odcięcie" - przyznaje lekkoatleta.
Widok wielu chodziarzy, którzy - wyglądając na nieprzytomnych - padali na mecie, a następnie na wózkach inwalidzkich byli zwożeni z trasy, dobitnie dowodził, że Polak mówi o faktach. To oczywiste, że tak krańcowy wysiłek niesie ze sobą poważne ryzyko.
A wracając do samej rywalizacji, Augustyn zapewnia, że nie ma sobie nic do zarzucenia w kwestii przygotowań do startu w tak ekstremalnym klimacie. Do Dohy przyleciał z dwudniowym wyprzedzeniem, wprost z gorącego Belek, gdzie przez osiem dni trenował przy 36 stopniach Celsjusza.
W Katarze, w połączeniu z upałem, nieznośna jest wysoka wilgotność, ale i ten aspekt nasz chodziarz wziął pod uwagę. - Rok temu, w porze mistrzostw świata, byłem w Tokio, gdzie przez dwa tygodnie trenowałem przy wilgotności oscylującej w granicach 80-90 procent. Naprawdę zrobiłem więcej niż przeciętny zawodnik, by możliwie najlepiej przygotować się do startu w Katarze. Powiem więcej - żeby przetrwać ten chód, trzeba było być superprzygotowanym. I ja taki byłem - podkreśla 13. zawodnik mistrzostw świata w Dosze.
Artur Gac, Doha









