Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Zbigniew Lew-Starowicz: Baby boom? To w ogóle nie wchodzi w grę

- Uaktywniły się osoby przemocowe z natury, osobowości zaburzone, o sadystycznym zapędzie. Wykorzystały okazję, żeby to uzewnętrznić. Tam, gdzie jest zagęszczenie populacyjne, zawsze pojawia się agresja. To naturalny mechanizm – mówi w rozmowie z Interią prof. Zbigniew Lew-Starowicz.

Od wielu tygodni budzimy się w zupełnie nowej, nieznanej z autopsji rzeczywistości. Wiemy, że zostanie z nami na dłużej. Wiemy też, że zaraz po niej nastanie "nowa normalność". O lękach z tym związanych opowiada profesor nauk medycznych, psychiatra i psychoterapeuta, uchodzący za najwybitniejszego polskiego seksuologa. Krajowy konsultant w tej dziedzinie.

Łukasz Żurek, Interia: - Doba pandemii. To brzmi niemal majestatycznie. W jakiej roli czuje się pan dzisiaj najbardziej potrzebny? 

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: - Za wcześnie, żeby to rozstrzygać. To jest dopiero taki pierwszy szok, który jeszcze chwilę potrwa. Ludzie na razie załatwiają swoje sprawy, z którymi są na bieżąco. Albo chcą doprowadzić do końca to, co gdzieś tam zaczęli. To się zmieni dopiero jesienią. Spodziewam się wtedy większej liczby pacjentów. Kryzys ekonomiczny, który jest zapowiadany, wywoła depresje, problemy w związkach i trudności w życiu seksualnym. Stres zrodzony w takiej makroskali społecznej odbije się na zdrowiu psychicznym Polaków. To nieunikniona korelacja.

Reklama

Prace nad wynalezieniem skutecznej szczepionki mają potrwać kilkanaście miesięcy. Stres, o którym pan mówi, będzie miał więc charakter długotrwały i uporczywy...

- Zgadza się. W tego typu przypadkach zawsze wszystko zaczyna się od fazy lęku. Obserwowaliśmy duży wskaźnik śmiertelności we Włoszech i błyskawiczne tempo, z jakim koronawirus roznosił się po całym świecie. Ludzie się pozamykali w domach, był silny strach. Później przychodzi jednak zmęczenie tą sytuacją i potrzeba wyrwania się do pewnej normalności - czyli pójścia na spacer, co już się stało, pójścia do sklepu, do galerii, do restauracji czy baru. I to jest odreagowanie tego pierwszego lęku.

Jaka będzie kolejna faza?

- Nastąpi to, co zawsze obserwowaliśmy przy epidemiach, wojnach, kataklizmach - czyli takie rzucenie się w użycie życia. Tylko nieliczni wyciągną jakieś filozoficznie wnioski "o zmienności świata tego i o naszej kruchości". Instynkt życia i instynkt przekazywania życia zawsze zwycięża. 

To znaczy, że dążenie do bliskości - również tej intymnej - nie zmieni swojego miejsca w hierarchii potrzeb człowieka? 

- Nie zmieni. Pandemia nie wyeliminuje pożądania i nie zabije naszego libido. Jest to zagrożenie, które raczej sprzyja temu, żeby je odreagować poprzez seks. Oczywiście jeśli ktoś dzisiaj lub jutro straci firmę albo miejsce pracy, to w tym czasie seks nie będzie dla tej osoby najważniejszy. To zrozumiałe. Podobnie będzie u tych, którzy są chorzy. Jak człowiek ma 40 stopni gorączki albo się dusi, to na pewno nie seks mu w głowie. Ale jak z tego wyjdzie, będzie chciał się cieszyć życiem jak dawniej.

Może dlatego od paru tygodni sklepy z gadżetami erotycznymi notują rekordowe obroty. Narodowa kwarantanna jako niezawodny afrodyzjak - to było do przewidzenia?

- To było bardzo łatwe do przewidzenia (śmiech). Tak samo jak to, że pornografia stanie się bardziej dostępna. Z tego, co słyszałem, firmy udostępniające tego typu treści w Internecie mocno ułatwiły do nich dostęp. O czym to świadczy? O poszukiwaniu formy odreagowania. No bo jak można odreagować w domu? Tych możliwości wbrew pozorom jest niedużo. Alternatywą są używki. Ale seks jest znacznie zdrowszy od używek. 

Nie możemy nie wspomnieć, że domowa izolacja ma też mroczną stronę. Żniwa dla oprawców - tak chwytliwie nazwały to media...

- O, tak. To niestety też było do przewidzenia. Przemoc domowa istniała też przed pandemią, o tym wiemy. Teraz nastąpiło jednak gwałtowne nasilenie tego zjawiska - w tak zwanych rodzinach czy związkach przemocowych. To trochę takie slangowe powiedzenie, ale ułatwia zobrazowanie problemu. Kiedy ludzie pracowali, a w domu tylko się spotykali, to wyglądało to trochę inaczej. Bo byli zajęci czymś innym - zarówno sprawca, jaki i ofiara. Kiedy jednak zostali zamknięci w czterech ścianach, doszło do eskalacji.

Nie istniał żaden sposób, żeby jej zapobiec?

- Przemoc musimy widzieć w trzech kategoriach. Po pierwsze - uaktywniły się osoby przemocowe z natury, osobowości zaburzone, o sadystycznym zapędzie. Wykorzystały okazję, żeby to uzewnętrznić. Po drugie - u niektórych inklinacje do przemocy ujawniły się dopiero teraz. One się tam gdzieś tliły, tyle że do tej pory nie znajdowały ujścia. Po trzecie - tam, gdzie jest zagęszczenie populacyjne, zawsze pojawia się agresja. To naturalny mechanizm. Co ciekawe, niektórzy ludzie są nawet zaskoczeni swoją agresywnością. Tym, że w ogóle się pojawiła i to w takim natężeniu.   

Osobna kategoria to zawodowi sportowcy, którzy zwykle większą część roku spędzają poza domem - na zgrupowaniach i zawodach. Dla wielu z nich tak długie zamknięcie w czterech ścianach to rodzaj wstrząsu termicznego...

- Tak, ale akurat oni potrafią sobie z tym radzić. Widzę, że ćwiczą w domu, na balkonach, na podwórkach. Cały czas te treningi wykonują. Dzięki temu są skoncentrowani na utrzymaniu sprawności fizycznej. Owszem, brakuje im kontaktów, które mieli do tej pory. Ale mają świadomość, że nie stoją w miejscu. Kiedy znowu będą się odbywały zawody - na razie przy pustych trybunach czy przerzedzonych w zasadzie - to ta obecna praca będzie procentować.

Na ciężką próbę wystawieni też zostali zapaleni kibice - stadionowi, ale i telewizyjni. W gwałtowny sposób odcięto im stały dopływ adrenaliny.

- To prawda. I jest to brak dotkliwy. Nie wiem, jak oni rozwiązują ten problem. Akurat ani ja do tej grupy nie należę, ani oni do mnie nie trafiają. Mogę tylko przypuszczać, że ratują się archiwalnymi transmisjami. Kanały sportowe robią wszystko, żeby nadal dostarczać emocje i posiłkują się umiejętnie grą wspomnień.

Naprawdę nie bywa pan kibicem?

- Ależ bywam. Tyle że od ćwierćfinałów. Brakuje mi czasu, żeby śledzić rywalizację od początku do końca. Kiedy jednak rozpoczyna się ostatnia faza zmagań, muszę na to znaleźć czas, tu już nie popuszczę. Staram się tak wszystko urządzić wokół siebie, żeby mi nic nie przeszkadzało.

Często proszony jest pan o pomoc przez zawodowych sportowców? Jaki odsetek pacjentów stanowią?

- Niewielki. Cały czas są pod opieką lekarzy medycyny sportowej, mają też swoich trenerów mentalnych, swoich psychologów, nawet swoich kardiologów. Jak są jakieś grubsze rzeczy, jakiś poważniejszy problem, to wtedy dopiero szukają pomocy u mnie. Przeważnie dzieje się to wtedy, kiedy moi koledzy po fachu z czymś sobie nie radzą. Ale jest tych przypadków naprawdę niewiele. To nawet nie są procenty, to są promile. Pamiętajmy, że sportowcy to w zasadzie najzdrowsza grupa społeczna.

Te promile tworzą w większości kobiety czy mężczyźni?

- Mężczyźni. Zdecydowanie mężczyźni.

Z jakimi problemami borykają się najczęściej? 

- Nierzadko to problemy w związkach. Przyczyniają się do tego długie nieobecności w domu, bo - jak pan wcześniej wspomniał - zawodowy sportowiec spędza mnóstwo czasu na zgrupowaniach. Rodzi się zazdrość, podejrzenia o nawiązanie romansu na boku. Wiemy też, że niektórzy piją. Przyczyna? Stres. Czasem ten stres to pochodna rywalizacji. Jak się ktoś otarł o zwycięstwo, ale okazało się, że jednak nie wygrał, to on sobie tak po prostu nie przemówi do rozsądku - że nie udało się i po krzyku. Porażkę trzeba jakoś przeżyć.

A co z osobami o orientacji homoseksualnej? Funkcjonują w sportowym środowisku "pod prądem", zwłaszcza w grach zespołowych. Coming out oznaczałby w wielu przypadkach samounicestwienie...

- To się już trochę zmienia. Tak kiedyś było rzeczywiście. Ci ludzie byli sekowani w wielu środowiskach. Od jakiegoś czasu wzrasta takie poczucie, że oni są wśród nas. Są wśród nas, jest ich wielu i już nie budzą tak wielkich emocji, już nie są sensacją. Dzieje się tak również dlatego, że potrafili zaistnieć w życiu społecznym. Choćby poprzez marsze i parady równości.

Granica tolerancji przesuwa się z każdą dekadą i wydaje się, że nabiera dynamiki.

- Tolerancja nie oznacza jeszcze akceptacji. To są dwie różne rzeczy. Możemy uznawać fakt, że są ludzie o rożnych orientacjach seksualnych i wszystko cacy. Ale czy chcemy się przyjaźnić z tymi ludźmi i sprowadzać ich do naszego domu - to jest druga sprawa. Nie wszyscy członkowie rodziny to zaakceptują. Na pytanie, czy chciałbyś, żeby twoje dziecko przyjaźniło się z gejem lub lesbijką, aż jedna trzecia Polaków odpowiada "nie". To o czymś świadczy.

Skoro reszta odpowiada inaczej, to znaczy, że heteroseksualność przestała być społecznie oczywista?

- Trzeba na to spojrzeć w inny sposób. Jest hetero-, homo- i biseksualność. Funkcjonują równolegle, obok siebie. Niektórzy badacze nie skupiają na tym specjalnej uwagi, uważając to za temat przegadany. Bo od ilu już lat obserwujemy u nas te parady równości? A ile to filmów nakręcono już na temat gejów i lesbijek? Mówię również o filmach fabularnych - od słynnej "Filadelfii" poczynając. Poziom emocji, jaki takim obrazom towarzyszy, jest dzisiaj zupełnie inny niż kiedyś.

Ale jednak te uliczne parady kończą się często poważnymi ekscesami. Z pana obserwacji i praktyki klinicznej wynika, że Polaków łatwiej leczyć czy edukować?

- No wie pan, jeśli chodzi o leczenie, to wiadomo, że mężczyźni są bardziej oporni. Kobiety są bardziej otwarte i dzięki tej mądrości dłużej żyją. To oczywiście tylko jedna z przyczyn ich dłuższego życia. A edukacja seksualna? Mamy wyniki badań, które mówią, że większość Polaków jest otwarta na edukację seksualną i ceni ją sobie.  

Jest w pana profesji coś z warsztatu trenera, prawda?

- Coś niewątpliwie jest. Tyle że odpowiedzialność jest pewnie nieco większa po mojej stronie. Nie odczuwam jednak w związku z tym jakiegoś szczególnego rodzaju presji. Można to raczej nazwać dobrze rozumianą rutyną.

Wyobraża pan sobie pacjenta, który byłby w stanie zaskoczyć pana swoim problemem?

- Trudno mnie zaskoczyć. Jeśli może zaistnieć zaskoczenie, to trochę innego rodzaju. W piśmiennictwie światowym stykamy się z przeróżnymi zaburzeniami i przeróżnymi ich wariantami. Są niekiedy tak rzadkie i egzotyczne, że przez całe życie zawodowe seksuolog, psychiatra czy psychoterapeuta może się z nimi bezpośrednio nie zetknąć. I nagle może ktoś wejść do gabinetu z czymś takim. W tym sensie tak - wiem, z czym mam do czynienia, ale mogę się poczuć zaskoczony, że to trafiło akurat na mnie.  

Nie powinno pana natomiast zaskoczyć pytanie o autora cytatu. "Liczba niedojrzałych mężczyzn przyjmuje charakter epidemii". Kto to powiedział?

- Nie wypieram się tych słów. To prawda - zwiększa się populacja mężczyzn niedojrzałych. Proces dojrzewania bardzo się wydłużył w czasie, co wynika z dominującego obecnie stylu życia. W zasadzie można powiedzieć, że mężczyźni zaczynają teraz dojrzewać około czterdziestki. I to też jeszcze nie wszyscy.

Jak wypadają w tym zestawieniu sportowcy? 

- Są bardziej dojrzali na tle rówieśników.  

Z czego to wynika?

- Przede wszystkim z tego, że szybciej potrafią podejmować decyzję, generalnie są bardziej odporni na stres i nastawieni na to, żeby osiągnąć konkretny efekt. Dzięki temu w życiu są zwykle rzeczowi i skuteczni. Konstrukcja psychiczna człowieka, jaka wiąże się z uprawianiem sportu, sprzyja osiągnięciu dojrzałości.

Co na to kobiety?

- Czasem udaje im się okiełznać styl życia, który sprzyja byciu niedojrzałym. Singiel może sobie zmieniać panienki, baluje, cieszy się brakiem odpowiedzialności, koncentruje się na samych przyjemnościach. Nie jest zainteresowany tym, żeby obciążać siebie obowiązkami rodzicielskimi. Jak długo? Do momentu aż się zakocha i zacznie mu zależeć na partnerce. Ona będzie oczekiwała od niego dojrzałości, bo potrzebuje mężczyzny. Nie zwiąże się z kimś, kto jest jeszcze dzieckiem, kiedy sama chce mieć dziecko.

Tym bardziej intrygująco wyglądają prognozy na koniec bieżącego roku. Podobno szykuje nam się baby boom - jako efekt akcji "zostań w domu"...

- Nie, to w ogóle nie wchodzi w grę. Nie tylko ze względu na wysoką świadomość dotyczącą antykoncepcji - choć to oczywiście też nie bez znaczenia. Ale kto by się pakował w tej chwili w dzietność, jeśli wszyscy mówią o kryzysie gospodarczym? No gdzie? Pakować się w dzieci przy tego typu zagrożeniu? Nie, nie. Żadnego baby boomu nie będzie. I możemy to uznać za przejaw społecznej odpowiedzialności.  

Rozmawiał Łukasz Żurek

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Lew-Starowicz | koronawirus | Covid-19

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje