Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Wojciech Kowalczyk: To będzie wieczór z hiszpańskim winem

Wojciech Kowalczyk z powodzeniem mógłby wystartować w trzech plebiscytach jednocześnie – na najbarwniejszą, najbardziej bezkompromisową i najbardziej utalentowaną postać polskiego futbolu. We wszystkich miałby realne szanse na podium. Dzisiaj kończy 48 lat.

Bliżej przedstawiać go nie trzeba. Jako nastoletnia gwiazda Legii Warszawa, a potem filar srebrnej reprezentacji olimpijskiej z Barcelony, dał polskiej piłce kilka absolutnie magicznych i niezapomnianych chwil. Nie pora tu jednak na kronikarską faktografię. Z Interią dzisiejszy solenizant porozmawiał o troskach, jakie towarzyszą mu w ten szczególny dzień i o niecierpliwej nadziei na zwyczajne jutro.

Reklama

Łukasz Żurek, Interia: Wszystkiego dobrego, panie Wojtku. Codzienna forma w sam raz na te "cztery osiem"?

Wojciech Kowalczyk: - Dziękuję za pamięć. Forma? To zależy kiedy...

Z rana. To zawsze dobry barometr.

- Teraz to się codziennie czuję jak w domu starców. Rano też. Człowiek zamknięty w tych czterech ścianach, siedzi i czeka. No i najgorsze, że czuję się gruby. Leżę, jem i znowu leżę. Mówią, że po kwarantannie ludzie będą zdrowsi. Ale jak widzę, że mi przybyło 10 kilo, to nie jestem taki pewien. Dobrze, że mam psa. Właśnie wracam z popołudniowego spaceru.

Rola domatora robi się trudna?

- Chciałbym się już spotkać z rodziną, posiedzieć przy stole, pogadać. Przez święta widziałem tylko małżonkę. Nie odwiedzaliśmy rodziców, bo są już w takim wieku, że w czasach epidemii łatwo sprowadzić na nich nieszczęście. Żona pracuje w szpitalu dziecięcym. Wprawdzie w biurze, nie jest pielęgniarką, ale nie chcemy ryzykować. Potem ktoś powie, że roznosimy koronawirusa. Może spotkamy się z najbliższymi dopiero za rok. Jak trzeba będzie, to zaczekamy. Jestem czasem kopnięty w głowę i zwariowany, ale potrafię być odpowiedzialny. Nie narażam zdrowia i życia innych.

To znaczy, że od czwartku bez maseczki pan nie wychodzi.

- Mam już odpowiedni zapas. Jeszcze nie przymierzałem. Muszę sobie zrobić otwór na papierosa, bo przecież nie będę co chwilę ściągał. Ciężko będzie się przyzwyczaić, ale nosić trzeba.

Meldunki z Hiszpanii dostaje pan na bieżąco?

- Tak, od córki Karoliny. Mieszka w Sewilli, pracuje w branży hotelarskiej. Brakuje nam jej, ale nie powiem do niej: wsiadaj w samolot i wracaj, bo tęsknimy. Postanowiła, że zostaje w Hiszpanii na stałe. Nie chce wracać. Jest dorosła, skończyła 25 lat. Tam się urodziła. Zna świetnie hiszpański i angielski. Miała prawo podjąć taką decyzję i wcale jej się nie dziwię. Każdy szuka dla siebie fajnego miejsca na ziemi. A Sewilla, jak cała Hiszpania, na pewno takim miejscem jest.

W telewizji widzimy, że od paru tygodni rozgrywa się tam większy horror niż w innych częściach Europy...

- Dlatego wprowadzono tam większe obostrzenia niż na przykład u nas. Ludzie też siedzą w domu, ale mogą wyjść tylko do najbliższego sklepu, a nie do tego, który im się podoba. Mieliśmy się tam wybrać teraz w kwietniu. Ale jak normalnie taka podróż zabiera niecałe cztery godziny, to teraz trwałaby miesiąc. Dwa tygodnie kwarantanny tam, potem to samo u nas. Musimy z odwiedzinami zaczekać.

Mimo wszystko wieczorem jakaś celebra się szykuje? Wypada zaakcentować rocznicę urodzin.

- Małżonka zaraz wróci z pracy. Wino jakieś w domu mamy. Ja lubię czerwone, ona woli białe, więc pewnie wypijemy po butelce hiszpańskiego. Wolałbym coś mocniejszego, ale żona nie lubi. Zostało trochę dobrego jedzenia ze świąt, będzie sympatycznie.

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Kowalczyk