Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Ryszard Komornicki: Jestem twardy synek. Nikt mi buzi nie zamknie

- Mieszkałem wtedy w kawalerce i staraliśmy się z Bożeną, która nie była jeszcze moją żoną, o większe lokum. Podszedł do mnie kierownik, pan Klekot, i zakomunikował, że jak chcę się przeprowadzić, to do piętnastego muszę mieć ślub cywilny. Wróciłem do domu i mówię: "Słuchaj, muszę się z tobą ożenić. Za tydzień ślub". Bardzo romantyczne to było, nie da się ukryć. Bez kwiatka, bez pierścionka - opowiada Interii Ryszard Komornicki, były reprezentant Polski w piłce nożnej, uczestnik mundialu Mexico ’86.

Starszym sympatykom piłki nie trzeba go przedstawiać. Młodsi mogą nie pamiętać, że cztery sezony z rzędu świętował mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze. A na mundialu zagrał trzy spotkana od pierwszej minuty.

Dzisiaj może uchodzić za postać z cienia. Ale kiedy tylko się z niego wyłania, zawsze budzi żywe emocje, wywołuje kontrowersje, nierzadko konflikty. W Polsce ma wielu przyjaciół. Dla swojej filozofii futbolu nigdy jednak nie znalazł zrozumienia. Dlaczego?     

Łukasz Żurek, Interia: Niełatwo pana namierzyć w tej Szwajcarii. Który to kanton? Nadal Solura?

Reklama

Ryszard Komornicki: - Nie, już nie. Od paru lat Lucerna. Wyżej trochę położona, dzięki temu więcej widzę. Szkoda trochę tamtego poprzedniego mieszkania - w pięknym miejscu, w wiosce z widokiem na Alpy. Ale żona chciała bliżej miasta. Wybraliśmy Sursee, też niewielka miejscowość, 10-tysięczna. Fajne miejsce, mamy jezioro po drugiej stronie ulicy. Prawie centrum Szwajcarii - teraz wszędzie mam tak samo blisko i tak samo daleko.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Co ciekawego działo się u pana po ostatnim wyjeździe z Polski? Niedługo minie rok.

- Wróciłem do domu, chodziłem na spacery, nigdzie się nie spieszyłem. Któregoś dnia zauważyłem, że zaczynam się trochę nudzić i akurat zadzwonił kolega, Jeff Saibene. Kiedyś grałem z nim w Aarau, potem był moim asystentem w sztabie szkoleniowym. I pyta mnie: "Słuchaj, nie chciałbyś mi pomóc w Kaiserslautern? Będę tam trenerem". Pomyślałem sobie, że nie jestem typem asystenta. Nie za bardzo mi ta rola odpowiadała. Ale z drugiej strony - niemiecka piłka. Zawsze miałem o niej dobre zdanie. Spakowałem się i pojechałem.

Trzeci front, ale za to rozpoznawalna marka.

- Tylko że ludzie nie mają tam cierpliwości. Cały czas żyją przeszłością - Fritz Walter, Otto Rehhagel, mistrzostwo Niemiec. Nie chcą pamiętać, że grają w trzeciej lidze. Jeff bardzo to przeżywał. Za mocno się tym wszystkim przejmował. Musiał tabletki nasenne brać. Ja sypiałem dobrze. Robiło się gorzej dopiero wtedy, jak się budziłem. Ciężko było ten zespół poukładać. Dużo zawodników z niby-nazwiskami i z niby-umiejętnościami. Na treningu wyglądało to dobrze, ale już w meczu nie najlepiej. Problemy z presją.

A co z tymi "bez" nazwisk?

- Często prowadziłem treningi wyrównawcze w małych grupach. Dziwili się, że ja jeszcze tyle potrafię. Patrzyli na mnie i zastanawiali się, co to za dziadek tutaj przyszedł. A okazało się, że dziadek im pokazywał rzeczy, których się nie spodziewali. Mieli przede mną duży respekt. Ale nie pojechałem tam, żeby się popisywać. Po prostu pomagałem Jeffowi.

Jak długo tam zabawiliście?

- Pojechaliśmy w październiku, a z końcem stycznia zostaliśmy zwolnieni. To znaczy podziękowali Jeffowi, ale od razu powiedziałem, że odchodzę z nim. Byłoby nielojalnie z mojej strony, gdybym chciał dalej pracować. Szkoda, bo podobało mi się tam. Zaangażowanie i intensywność pracy piłkarzy nie do porównania z tą, którą widziałem w GKS-ie Tychy. Czasem wydawało mi się nawet, że treningi są zbyt forsowne, ale nie można było tych chłopaków powstrzymać. 

Umowy z trenerami zostały rozwiązane za porozumieniem stron?

- Kontrakty mamy ważne do końca sezonu. Tam nie ma dyskusji. Jak się podpisuje umowę, to wszystko jest z góry uregulowane - zwolnienie, awans, premie. Nie trzeba potem chodzić i negocjować. Pensja przychodzi co miesiąc, ale wolałbym te pieniądze zarobić pracą. Tyle tylko, że już nie muszę dwa razy w tygodniu robić testów na obecność koronawirusa. Wydawało mi się w pewnym momencie, że lewą dziurkę w nosie mam trzy razy większą niż prawą.

Przyszło więc ponownie wrócić do miejsca, w którym mieszka pan już ponad trzy dekady. W którym momencie stało się jasne, że Szwajcaria to pana miejsce na ziemi?

- W paru miejscach na ziemi już byłem. Ja się dobrze czuję zawsze tam, gdzie mam pracę i gdzie mnie szanują. Nie przywiązuję się do jednego miejsca. Już w Szwajcarii zmienialiśmy miejsce zamieszkania z pięć razy. A czemu zostałem po zakończeniu gry w piłkę? Mało jest chyba ludzi na świecie, którzy by nie chcieli tutaj żyć. W moim przypadku chodziło o dzieci. Poszły do szkoły i chcieliśmy, żeby kontynuowały naukę tu, gdzie zaczęły. W Polsce dokonywał się akurat przełom, z komunizmu na kapitalizm - wiele spraw było niepewnych, wiele niezrozumiałych. Nie miałem powodu, żeby ze Szwajcarii uciekać. I tak mijał rok za rokiem.


Ma pan dwie córki. Nie wróciły do kraju?

- Nie podjęły takiej decyzji. Starsza, Izabela, mieszka z nami. Zajmuje się kontrolingiem finansowym w firmie farmaceutycznej. Młodsza, Ewa, przeprowadziła się do Zurychu i chodzi codziennie do kasyna. Ale nie gra. Pracuje tam w biurze.

Pana też nie ciągnie do ojczyzny. "Nie mam już ochoty pracować w Polsce jako trener" - to słowa z ubiegłego roku wypowiedziane po pożegnaniu z GKS-em Tychy.

- Czytałem właśnie wywiad z Robertem Warzychą i wygląda na to, że nie jestem odosobniony. On też mówi, że w Polsce trudno pracować. Dokładnie wiem, co ma na myśli.

Co takiego?

- Jak przychodzę pracować do Polski, to muszę się dostosować do mentalności Polaka. Wszyscy próbują sprawić wrażenie, że chcą coś zmienić na lepsze, a szybko okazuje się, że jednak nie chcą. I z tym zawsze miałem największy problem. W Polsce trener nie ma praktycznie żadnej kontroli nad zespołem i nie będzie miał. Bo jaki ma wpływ na skład personalny zespołu? Musi na każdym kroku pytać, co wolno, a czego nie wolno. Uważam, że skoro jesteśmy profesjonalistami, to zachowujmy się jak profesjonaliści. Czy ja mam zawodników prosić, żeby grali, biegali, walczyli? Jak ktoś się urodził bez charakteru, to bez charakteru zostanie. 

Rozumiem, że pana filozofia szkolenia w polskich realiach napotkała na opór.

- Nigdy nie próbuję niczego robić z pozycji siły. Ale w Polsce czasem inaczej się nie da. Często miałem wrażenie, że muszę mówić tylko to, co inni chcą usłyszeć. Bo komuś się wydaje, że lepiej mieć obok siebie głupków, którzy będą przytakiwali - byle nie byli dla ciebie niebezpieczni i byle można nimi manipulować. A ja zawsze wolałem słuchać mądrych ludzi. Mądrzy ludzie otaczają się mądrzejszymi od siebie. Chętne posłucham nawet kogoś na wsi, kto stoi między krowami, jeśli mówi mądrze.

W Polsce nikt nie mówi mądrze?

- Podoba mi się sposób prowadzenia zespołu przez Marka Papszuna. I to, co mówi w wywiadach. Twierdzi, że jak zawodnik narzeka, to znaczy, że jest leniwy. Patrzę na to bardzo podobnie. To nie jest popularna teza, ale nie odbiega od prawdy.

W jaki sposób poradzić sobie z tymi, którzy narzekają?

- Sposób jest prosty - zmienić mentalność. Ale jak komuś nie pasuje, to nie będziemy się wzajemnie męczyć. Bo po co? Chcesz coś zmienić, wprowadzić coś nowego, ale nagle pojawiają się przeciwnicy, którzy ci tłumaczą, że trener musi być również psychologiem. W porządku, powinien - ale nie do tego stopnia jak u nas. Górnik Zabrze zatrudnił kiedyś psychologa. I co? Po jakimś czasie zrezygnował, bo sam zaczął mieć problemy.

To dowodzi, że praca w polskiej piłce to spore wyzwanie nie tylko dla zawodników.

- Potencjał młodych piłkarzy jest ogromny. Szkoleniowcy też mają odpowiednią wiedzę. Tylko trzeba jeszcze to wszystko sprofesjonalizować i rozliczać z wykonywanej pracy. Problem naprawdę tkwi w mentalności. Nikt nie powinien zarabiać pieniędzy za coś, czego nie umie. Słyszę często, jak trenerzy mówią, że ten nie potrafi grać głową, a tamten nie ma lewej nogi. To za co zarabiają tak duże pieniądze? Nikt mnie nie zmusi do tego, żebym myślał inaczej. Jestem wymagający i krytyczny w stosunku do siebie, ale tak samo wobec innych.

I potem mówią, że Rysiek to wyjątkowo trudny facet. Najpierw w Zabrzu, potem w Tychach...

- Opinia jest taka, jaka jest. Absolutnie się z nią nie zgadzam. Nigdy nie byłem przeciwko człowiekowi. Rysiek lubi otwartość i lubi konkrety. Rysiek nie wchodzi w żadne układy i układziki. To jest Rysiek! Chodzi mu tylko o to, żeby poprawić szkolenie i zrobić wynik sportowy. Rysiek jest otwarty, z każdym rozmawia i każdego wysłucha. Rysiek ma też oczywiście wady. Ale Rysiek nie lubi jednego - nie lubi, jak ktoś próbuje go oszukiwać albo wykorzystywać.

Dalsza część rozmowy na kolejnej stronieKLIKNIJ TUTAJ.

Trener Tarasiewicz opowiadał, że w Tychach - gdzie był pan dyrektorem sportowym - rozmawialiście tylko wtedy, kiedy się spotkaliście przypadkiem gdzieś na korytarzu.

- No to mamy słowo przeciwko słowu. Z Ryśkiem Tarasiewiczem chciałem nawiązać dobry kontakt, chciałem mu pomóc. A on sobie ubzdurał, że ja przyjechałem przejąć zespół.

Tak się właśnie stało - wskoczył pan niespodziewanie na jego miejsce tuż przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.

- Wcale tego nie chciałem. Zdecydowałem się na to ze względów finansowych, żeby nie obciążać dodatkowo klubu w okresie pandemii. Teraz można dorabiać do tego dowolną ideologię. Od samego początku mówiłem, że w Tychach nie chcę być trenerem. Żałuję, że się tego podjąłem. Wtedy też nie byłem szczęśliwy, ale musiałem tak zrobić. Jako jedyny miałem licencję UEFA Pro. Gdybym wiedział, jak się to potoczy, to bym powiedział, że jej nie mam. A mówiąc poważniej - nie mam dzisiaj żadnych wyrzutów sumienia. Uważam, że gdyby trener Tarasiewicz lepiej ze mną współpracował, to miałbym może więcej możliwości, żeby stanąć w jego obronie.

Znacie się od wielu lat, polecieliście razem na mistrzostwa świata do Meksyku w 1986 roku. Trzeba się było bardzo postarać, żeby nie znaleźć wspólnego języka. 

- Zaprosiłem go raz na obiad. Siedliśmy, zjedliśmy, zapłaciłem. On mnie nie zaprosił. Wszyscy wiedzą, że chodziłem do niego do gabinetu. W moim nie był ani razu. Nigdy nie robiłem nic, żeby osłabić jego pozycję. I w żaden sposób nie psułem mu opinii. Nie wtrącałem się do jego pracy - nie mówiłem nigdy, jak ma grać. Zadzwonił do mnie tylko raz - prosił, żebym porozmawiał z prezydentem miasta Andrzejem Dziubą i załatwił fundusze na pozyskanie Szymona Lewickiego. Był rozczarowany, kiedy został zwolniony z funkcji trenera, ale moja rola w tym była zerowa. Nie miałem argumentów, żeby go bronić. Jest mi naprawdę przykro, że Rysiek wypowiada się na ten temat inaczej, bo to nieprawda.

W klubie do dzisiaj zdania na ten temat są podzielone.

- Na to nie mam wpływu. W Tychach miałem opozycję. Może dlatego, że nie jestem typem człowieka, który przychodzi do klubu i rzuca się wszystkim na szyję. Szanuję piłkarzy, bo sam byłem zawodnikiem, i szanuję trenerów. Zawsze chcę się z ludźmi dogadać. Ale jeśli ktoś nie chce ze mną współpracować i mnie lekceważy, to zaczynają się kłopoty. Naprawdę miałem wobec Ryśka Tarasiewicza dobre zamiary, tylko wydaje mi się, że on za bardzo stresował się moją osobą. Minęło trochę czasu, emocje opadły. Złego słowa nie chcę na niego powiedzieć. Życzę mu jak najlepiej. 

W GKS-ie spędził pan rok. Co dobrego udało się w tym czasie zrobić?

- Spalonej ziemi po sobie nie zostawiłem. Moim głównym zadaniem było wprowadzenie dydaktyki i metodyki treningu, czyli szkolenie trenerów grup młodzieżowych. I to z wielkim trudem udało mi się zrealizować. Przygotowałem i zostawiłem plan szkolenia na kilka lat. Bo jak zobaczyłem ten poprzedni, to... nie dokończę zdania, bo nie chcę nikogo obrazić. Moim pomysłem było również zorganizowanie dodatkowych zajęć dla najzdolniejszych zawodników z wszystkich roczników. Ruszył program "Top Talent". Proszę napisać, że Grzegorz Kołodziejczyk - były zawodnik GKS-u, potem radny - załatwił z Urzędu Miasta na ten cel 200 tysięcy złotych. To nieoceniona postać dla tego klubu. I jednocześnie niedoceniona.

Pan też w pewnym momencie poczuł się niedoceniony, prawda?

- Może nie tyle niedoceniony, ile bardzo zaskoczony. To było wtedy, kiedy okazało się, że Śląski Związek Piłki Nożnej jest na mnie zły. Nie wiem dlaczego. Nikt mi tego nie powiedział. Po prostu nie zaproszono mnie na galę z okazji stulecia związku. Kupiłem garnitur, muchę w groszki, zajrzałem do fryzjerki. Byłem naprawdę przygotowany. Codziennie zaglądałem do skrzynki pocztowej, ale nic w niej nie było.

Pogniewał się pan?

- Nie! Ale to było słabe, bardzo słabe. Dla mnie to świadectwo słabości pewnych ludzi i braku klasy. Jak na podwórku albo w piaskownicy - jeden drugiego wyzywa i nie chce się bawić, bo się obraził. Myślę, że coś dla śląskiej piłki zrobiłem jako zawodnik. To nie jest tak, że ja się teraz użalam. Bo ja jestem twardy synek i wiele w życiu przeżyłem. Zawsze zapierniczałem na swoje, od nikogo nic nie dostałem. I nikomu nic nie zabrałem, nikogo nie skrzywdziłem, wręcz przeciwnie - wielu ludziom pomogłem. A jak czasem dostaję po głowie, to nigdy nie obwiniam za to kogoś innego. Zabolał mnie ten afront ze strony związku, przyznaję. Tym bardziej, że byłem blisko - czekałem obok w Tychach, w dwupokojowym mieszkaniu.  

Znowu dwa pokoje? Przypomniał mi pan niebanalną anegdotę. Cofnijmy się na chwilę o 40 lat...

- Pyta pan o moje oświadczyny? Tak, początek lat 80. Mieszkałem wtedy w kawalerce i staraliśmy się z Bożeną, która nie była jeszcze moją żoną, o większe lokum. Podszedł do mnie kierownik, pan Klekot, i zakomunikował, że jak chcę się przeprowadzić, to do piętnastego muszę mieć ślub cywilny. Wróciłem do domu i mówię: "Słuchaj, muszę się z tobą ożenić. Za tydzień ślub". Bardzo romantyczne to było, nie da się ukryć. Bez kwiatka, bez pierścionka. Ale dostaliśmy te dwa pokoje - na Rapackiego. Dzisiaj Reymonta.    

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Podszedł pan wtedy do tematu zadaniowo. Dla przeciwwagi spójrzmy jeszcze na koniec w najbliższą przyszłość. Co się stanie, jeśli zadzwoni jutro telefon z propozycją trenerskiej posady w Polsce?

- Powiedziałem, że nie chcę. Ale minął już prawie rok. Czasem człowiek coś powie, choć może nie powinien... Wiem, że taki telefon nie zadzwoni. Zresztą nie zależy mi specjalnie. Opinię mam taką, jaką mam. Są tacy, którym na mój widok robi się niedobrze. Ale mam też przyjaciół i ludzi, którzy darzą mnie respektem. Absolutnie nie będę zabiegał o względy i zainteresowanie. Materialne korzyści zawsze były u mnie na drugim planie. Nigdy nie goniłem za pieniędzmi. Tutaj jest takie powiedzenie "braune Zunge" - brązowy język. Ja go nigdy nie miałem i nie będę miał. Od nikogo nie jestem zależny. Śpię spokojnie. To, co osiągnąłem, to wyłącznie moja zasługa. Nikogo więcej. 

To znaczy, że w Polsce zobaczymy pana nieprędko?

- Wybieram się do Polski odwiedzić rodzinę. Wielkich sportowych celów już nie mam. Może będę teraz robił coś w nieco innym wymiarze i w troszkę innym kierunku. Nie jestem jeszcze w takim stanie, żeby siedzieć w domu i czekać, aż przyjdzie po mnie ta z kosą. Chcę jeszcze popracować. Grałem we wszystkich ligach i trenowałem we wszystkich ligach. Znam piłkę. Mam o niej swoje zdanie i zawsze będę je miał! Nikt mi buzi nie zamknie. Przy futbolu zostanę. Nie wiem jeszcze, w jakim charakterze. Zobaczymy za rok, może za dwa...

Rozmawiał Łukasz Żurek 

Kwestionariusz - zobacz najnowsze wywiady w cyklu Interii

Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Komornicki | GKS Tychy | Górnik Zabrze | Szwajcaria

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje