Reklama

Reklama

Kwestionariusz

​Marta Glik: Kamil w klatce MMA? Nigdy mu na to nie pozwolę

- Miałam chyba spory wpływ na transfer do Monaco. Kamil dostał w tym samym czasie inną propozycję. Ale kiedy usłyszałam, gdzie mielibyśmy się przeprowadzić, to od razu powiedziałam, że nigdy w życiu. Bałam się. Bardzo nie chciałam tam mieszkać ze względu na bezpieczeństwo rodziny - mówi w rozmowie z Interią Marta Glik, żona wicekapitana piłkarskiej reprezentacji Polski i zawodnika włoskiego Benevento.

Dziewczyna z Jastrzębia-Zdroju. Miała siedem lat, kiedy poznała Kamila Glika. Chodzili do jednej klasy w podstawówce. Nie lubili się. On jej dokuczał, a ona nie pozostawała mu dłużna.    

W gimnazjum zostali parą. Kiedy niedługo potem on pakował się na wyjazd do Hiszpanii, podjęła decyzję, która zaważyła na całym życiu. Dzisiaj jest panią Glik. Panią Martą Glik.  

Łukasz Żurek, Interia: Nie lubisz szyldu "polskie WAGs", prawda?

Marta Glik: - Nie przepadam za nim, bo nic nie znaczy i do niczego nie prowadzi. Nie jest tak, że mnie drażni. Generalnie mi nie przeszkadza, ale wolę, kiedy ktoś mnie nazywa po imieniu.

Reklama

W tradycyjnych mediach lepiej sprzedaje się wersja z szyldem.

- Wiem, ale ja chyba nie potrzebuję obecności w mediach. Nigdy nie lubiłam tego zgiełku, zresztą Kamil też. Prowadzę sobie swojego Instagrama. Tam trochę pokazuję, jak nam się żyje za granicą i tyle. Nie mam takiej potrzeby, żeby codziennie dodawać 10 albo 20 klatek na InstaStory. Bardziej chodzi mi o to, żeby rodzina i przyjaciele wiedzieli, co się u nas dzieje.

Przy okazji podglądają inni. To już całkiem spora grupa, ponad 60 tysięcy ludzi.

- Fajnie. Cieszę się, że mam tylu obserwatorów. Ale nie walczę o to, żeby było ich każdego dnia więcej. Nie jest to dla mnie cel numer jeden.

Kochająca żona, kochająca mama - tak lubisz o sobie myśleć i mówić.

- O, dokładnie. A nie żona albo dziewczyna bogatego piłkarza. Wiesz, że z Kamilem związałam się, kiedy nie był jeszcze znanym zawodnikiem. Był wtedy juniorem.

Zbliża się właśnie 10. rocznica waszego ślubu. Trudno będzie jednak zaplanować coś ekstra na tę okazję...

- Dwa dni wcześniej, 23 czerwca, gramy trzeci mecz w grupie na Euro. Oby nie ostatni. Zobaczymy, jak to się ułoży. Co do naszej rocznicy - fajnie by było zrobić takie wspomnienie z wesela, spotkać się z przyjaciółmi, z najbliższą rodziną. To wszystko zależy też oczywiście od tego, na jak wiele pozwoli nam pandemia.

Czego dowiedziałaś się o Kamilu przez ostatnie 10 lat?

- Znamy się tak długo, że trudno mu czymkolwiek mnie zaskoczyć. Ale dowiedziałam się, że jest super ojcem. Nie mogłam tego wiedzieć wcześniej. Victoria ma osiem lat, Valentina jest od niej sześć lat młodsza. Kamil wspaniale sobie radzi jako tata. Co prawda, jak obie były malutkie, to tak nie bardzo się garnął. Ale to bardziej wynikało z tego, że po prostu bał się, że zrobi im niechcący krzywdę - bo ma duże ręce, dużo siły i obawiał się, że może jakoś źle je chwyci. Jak Victoria zaczęła siedzieć, to nie było już problemu. Często zostawał z nią sam, a ja miałam wtedy trochę czasu dla siebie.

Macierzyństwo to coś, co można sobie dokładnie wyobrazić wiele lat wcześniej? Pytam o skalę uczuć i poczucia odpowiedzialności.

- Myślę, że żadna kobieta nie jest sobie tego w stanie do końca wyobrazić. Skala uczuć z mojej wyobraźni okazała się za mała. Miłość jest o wiele silniejsza, niż myślałam. Nigdy nie lgnęłam jakoś szczególnie do małych dzieci, one do mnie też nie. Dzisiaj swoje dzieci kocham nad życie, mimo że czasami dają w kość.

Byłaś kiedyś bardziej szczęśliwa niż teraz?

- Chyba nie. Wiadomo, że są różne etapy szczęścia i różne jego motywy. Jestem szczęśliwa jako żona, jako mama, jako kobieta, która po dwóch porodach doszła do formy. Jestem też szczęśliwa z powodu dobrych wyników sportowych Kamila. Mamy dwójkę zdrowych dzieci, mieszkamy w fajnym miejscu, niczego nam nie brakuje. Tylko pandemia mogłaby się już skończyć, żebyśmy mogli swobodnie podróżować i spotykać się z rodziną i przyjaciółmi. 

Jeśli zapytam o najpiękniejszy dzień w życiu, odpowiesz dyplomatycznie, że dopiero nadejdzie?

- Nie. Potrafię wskazać, ale to nie był jeden dzień. To były dni narodzin naszych córek. Victoria urodziła się w Katowicach. Byłam młoda, Kamil miał mecz Torino, a na drugi dzień leciał na kadrę. Został zwolniony z pierwszego treningu, mógł przyjechać do nas do szpitala i zobaczyć małą. Bałam się rodzić sama we Włoszech. Wiedziałam, że nie będę miała pomocy od Kamila, bo jego w Turynie po prostu fizycznie nie było. Zostałam w Jastrzębiu - byli moi rodzice, była teściowa. Było mi dzięki temu łatwiej w tych pierwszych tygodniach. Ale już po miesiącu poleciałam z Victorią do Włoch. Moja mama została tam z nami trzy miesiące. 

Valentina przyszła na świat już we Francji.   

- Urodziłam ją w Nicei. Tam miałam swojego lekarza, który prowadził wcześniej ciążę Victorii. Bo on sobie tak mieszka trochę w Katowicach, trochę na Lazurowym Wybrzeżu. Szczęście, że Kamil grał akurat w tym czasie w Monaco. Miałam też polską położną, która cały czasz była ze mną i wszystko kontrolowała. Ona w Nicei mieszka i pracuje. Drugi poród trwał dłużej niż pierwszy, ale wszystko przebiegło sprawnie i bez komplikacji. No i Kamil był przy mnie na sali, dzielił ze mną te emocje.  

Sam zaproponował czy musiałaś go troszeczkę zachęcić?

- Zapytałam go, czy chce być. Powiedział, że może spróbować. Akurat nad ranem wrócił z meczu. To była niedziela. Do szpitala ruszyliśmy krótko po 8.00.

Kilka dni później jeden z naszych popularnych i cenionych serwisów internetowych ogłosił, że to wasza trzecia córka. Pamiętasz?

- Tak, było coś takiego. Coś mi się kojarzy. Śmiałam się z tego. To są właśnie nasze media. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić i podać poprawną informację.

Myślisz, że ta pomyłka może się jednak okazać któregoś dnia prorocza?

- Może się tak zdarzyć (śmiech). Chciałabym tylko, żeby tym razem to był syn. Kamil miałby z kim pokopać piłkę, chociaż z dziewczynkami też grywa. Tak naprawdę, to chyba bardziej chodzi o mnie. Na razie cały czas jest "mama, mama", ale to są takie córeczki tatusia, a ja zostałam trochę z boku. Może synek będzie mamusi (śmiech). Najważniejsze oczywiście, żeby dziecko było zdrowe.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Jak się urządziliście po powrocie do Włoch ubiegłego lata?

- Kamil mieszka w Benevento, ja z dziećmi pod Neapolem. Mamy blisko do autostrady, więc szybko możemy dojechać do taty. Dzieli nas około stu kilometrów - godzina drogi, czasem 50 minut. Widujemy się minimum dwa razy w tygodniu, chyba że Kamil gra w środę mecz.

Dlaczego nie mieszkacie razem?

- Benevento jest małym miastem i nie było tam odpowiedniej szkoły dla Victorii. W Monako zaczęła naukę w języku angielskim, w systemie międzynarodowym. Najbliższa taka szkoła była w Neapolu, z językiem włoskim jako drugim. I na taki wariant się zdecydowaliśmy. Dodatkowo od tego weekendu Victoria będzie też chodzić do polskiej szkoły - z językiem ojczystym i historią. A rozłąka? Traktuję ją tak, jakby Kamil grał w Lidze Mistrzów. Tak było, kiedy grał w Monaco i wtedy też praktycznie cały czas nie było go w domu. Mówię sobie, że trzeba zaczekać jeszcze 2-3 lata i potem będziemy żyć normalnie. Dajemy radę. Wojskowi mają gorzej, marynarze też - bo wyjeżdżają na kilka miesięcy.

Victoria tęskni szczególnie mocno? Podobno zakochana w tacie bez pamięci.

- Oj, tak. Victoria to jego oczko w głowie. Zresztą one obie, jak mama powie "nie", to jest płacz i od razu do taty idą. Bo tatuś na wszystko pozwala. Tata rozpieszcza, mama wychowuje. Ale chyba w większości rodzin piłkarskich tak to wygląda. Wiadomo, że chłopaków nie ma długo w domu i to wychowanie spoczywa głównie na naszych barkach.

Kamil z wiekiem staje się bardziej czy mniej wylewny, jeśli chodzi o okazywanie uczuć?

- Powiedziałabym, że jest bardziej wylewny niż kiedyś. Jakoś na starość sentymenty go biorą. Może przez to, że dziewczynki obudziły w nim ten instynkt tacierzyński.

Szybko dojrzał do roli ojca i męża?

- Tak. Na pewno jest znacznie bardziej dojrzały niż 10 lat temu. Przez ten czas wiele się zmieniło również wokół nas. Pamiętam, jak mieszkaliśmy w Madrycie i mieliśmy kilkadziesiąt euro na przeżycie całego miesiąca. To, że jesteśmy ze sobą tak długo i przeszliśmy wspólnie przez tak wiele momentów, nie zawsze łatwych, zbudowało nasz związek od podstaw. Nie mówię, że się nie kłócimy, bo każdy ma lepsze i gorsze dni, ale widać po nas, że pozostaliśmy tacy normalni - jak kiedyś. Nie potrzebujemy życia medialnego, bo wiemy, że ono prowadzi donikąd. Media tak jak szybko kochają, tak szybko nienawidzą. My tego nie chcemy - ani w jedną, ani w drugą stronę. 

A kto dąży do pojednania, kiedy macie trudniejsze dni?

- Przeważnie ja. Bo Kamil jest taki, że "honor" mu nie pozwala. Nie umie się przełamać. Taki ma charakter i nie potrafi pierwszy wyciągnąć ręki. Czasami mu się zdarzało, jak już wiedział, że naprawdę przegiął. Ja bym chciała, żeby nasze dzieci nie widziały, że między nami jest coś nie tak - że się do siebie jakiś czas nie odzywamy na przykład. Chcę, żeby wiedziały, co to jest słowo "przepraszam" i że trzeba ze sobą rozmawiać. Bardzo o to dbam.  

Zdarza się Kamilowi "nosić" w domu kapitańską opaskę?

- Generalnie szefem jestem ja, ale on czasami chciałby, żeby było po jego myśli. Mówię mu wtedy: słuchaj, ty masz swoją robotę, ja mam swoją, nie pakuj mi się w "moje" sprawy. Bo przecież mam z dziewczynkami cały system - teraz jemy, teraz się myjemy, a teraz idziemy spać. A tata czasami ten system próbuje rozłożyć. Dobra, jeszcze chwila, jeszcze momencik - na tej zasadzie. Nie zgadzam się na to oczywiście. A jak mówi, że gdzieś jest bałagan, to od razu mu proponuję, żeby posprzątał. 

Nie garnie się do domowych obowiązków?

- Nie. Jak jedziemy do niego do Benevento, pierwsze co robię, to biorę do ręki odkurzacz. Najlepsze jest właśnie to, że on nie lubi bałaganu. Nie lubi, tylko że sprząta po swojemu. Jak ja wchodzę, to jeszcze godzinę po nim poprawiam.

Nigdy nie powiedziałaś tego wprost, ale dawałaś czasem do zrozumienia, że zanim stałaś się jego żoną, byłaś jego aniołem-stróżem. Myślisz, że bez ciebie dzisiaj nie byłby tam, gdzie jest i nie byłby tym, kim jest? 

- Trudno mi powiedzieć. Ale wiem, jaką cegiełkę dołożyłam do tego wszystkiego i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. A gdyby mnie nie było? Nie wiem. Może byłoby jeszcze lepiej? Nie chciałabym iść w tę stronę, że gdyby nie ja, to on by nie osiągnął tego, do czego doszedł. Ma na tyle twardy charakter, że nie poddałby się w trudnych chwilach. Ale to, że wyjechałam do niego do Hiszpanii, kiedy pierwszy raz grał za granicą, na pewno bardzo mu pomogło. Nie było mu wtedy łatwo.

Stare dzieje, minęło całe 15 lat.

- To była era, w której jeszcze pisaliśmy do siebie listy. Nie było tak łatwo skontaktować się przez telefon jak teraz. Nie było FaceTime’a, nie było Skype’a. Jak jeszcze byłam w Polsce, to umawialiśmy się na daną godzinę, on szedł do kafejki, ja do kafejki - i rozmawialiśmy na gadu-gadu.

Mówiłaś, że w Hiszpanii musieliście żyć bardzo skromnie. Szybko jednak pojawiły się niemałe pieniądze w Piaście Gliwice, a potem większe już po emigracji do Włoch.

- Tak, ale Kamil nie jest typem piłkarza, który wydaje zarobione pieniądze na jakieś zachcianki. Jakby mógł, to jeździłby "maluchem" i chodziłby w tych samych ciuchach cały czas. Jak idę na zakupy, to kupuję dzieciom, sobie i jemu. On nie lubi chodzić do sklepu, nie lubi przymierzać ubrań. Jak kupowaliśmy swój pierwszy samochód - dopiero w piątym roku pobytu w Turynie - to też ja wszystko załatwiałam. On jest kapitanem na boisku, ale w życiu woli, żebym to ja decydowała w takich poważniejszych sprawach.

Czyli to prawda, że jesteś pierwszym doradcą Kamila, jeśli chodzi o sprawy zawodowe?

- Pierwszym jest oczywiście jego menadżer. Ale ze mną konsultował wszystkie decyzje transferowe, nawet gdy nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Kiedy pojawiły się dzieci, sama zaczęłam rozmawiać z menadżerem Kamila (jest nim Jarosław Kołakowski - przyp. red.). Najważniejsze są oczywiście aspekty piłkarskie, ale ogromnie ważne jest również to, gdzie będziemy mieszkać i w jaki sposób będziemy mogli zadbać o rozwój dzieci. Jest tyle klubów na świecie, że da się to poukładać tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Zastanawiam się, w którym transferze miałaś największy udział.

- Miałam chyba spory wpływ na transfer do Monaco. Kamil dostał w tym samym czasie inną propozycję. Ale kiedy usłyszałam, gdzie mielibyśmy się przeprowadzić, to od razu powiedziałam, że nigdy w życiu. Bałam się. To był jeden z krajów kojarzonych z kulturą arabską. Bardzo nie chciałam tam mieszkać ze względu na bezpieczeństwo rodziny. Monaco było bardziej zdecydowane i ten transfer poszedł jak strzała. Szybko się wszystko podziało. Skończyły się finały Euro 2016 - była euforia, bo fajnie nam tam poszło - i za chwilę lecieliśmy już podpisać kontrakt.

Dalsza część rozmowy na kolejnej stronieKLIKNIJ TUTAJ

Rozumiem, że byłaś zadowolona z takiego obrotu sprawy.

- Łatwo się w nowym miejscu zadomowiliśmy, nie było dużego przeskoku kulturowego. W Monako mieszka dużo Włochów. Nie musiałam uczyć się języka francuskiego. Porozumiewałam się po włosku i po angielsku. Fajnie nam się tam żyło. Było dużo spokojniej niż w innych miastach, czysto, wszystko poukładane. Na każdym kroku policja. Nawet jak wychodziłam o 22.00 z dziećmi, to zawsze czułam się bezpiecznie.

W Turynie było nieco inaczej. Włamano się do waszego mieszkania.

- Byłam wtedy w Polsce, pod koniec pierwszej ciąży. Kamil przebywał na zgrupowaniu. Nie było traumy, bo nie widziałam tego na własne oczy. Nasi polscy przyjaciele, którzy mieszkają w pobliżu, pojechali tam następnego dnia i trochę wszystko ogarnęli. Zmieniliśmy wtedy od razu miejsce zamieszkania. Ale i tak Turyn wspominam bardzo dobrze. Mówię Kamilowi, że mogłabym tam zawsze wrócić. Spotkały nas w tym mieście piękne chwile, rodzinne i piłkarskie.

Zadbaliście o dodatkowe środki bezpieczeństwa po przeprowadzce do Monako?

- Nie było takiej potrzeby. Nie słyszałam, żeby do kogoś się tam włamano. Mieszkaliśmy zresztą na 11. piętrze, więc trudno byłoby się komuś wdrapać. Poza tym budynek miał swoją całodobową ochronę. Teraz we Włoszech mieszkamy w domu, mamy kamery i system alarmowy. I też czuję się bezpiecznie.

Zdecydowaliście już, gdzie osiądziecie na stałe?

- Jeszcze nie. Mieliśmy kilka pomysłów, ale uznaliśmy, że lepiej będzie zaczekać z decyzją. Generalnie chcemy wrócić do Polski. Tęsknimy. Czternaście lat żyjemy poza domem. Jak wrócimy, Kamil pewnie zagra jeszcze w jakimś polskim klubie. Może będzie nam tam dobrze i zostaniemy. Warszawa Wrocław, Gdańsk? Chciałabym mieszkać w dużym mieście, żeby nasze dzieci miały dostęp do dobrych szkół.

Uważasz się za silną i przebojową kobietę. Zawsze tak było?

- Boję się tylko wysokości i głębokiej wody. Jeżdżę na skuterze po jeziorze, ale jakbym miała wsiąść na duży statek i wypłynąć w morze, to bym się bała. Może powinnam tak właśnie zrobić, żeby się przemóc? W życiu, tak na co dzień, nie obawiam się żadnych wyzwań. Świat należy do odważnych - z takiego założenia wychodzę. Moje przyjaciółki mówią, że jestem harpagan. Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.

Ale rozpłakałaś się, kiedy przed ostatnim mundialem Kamil oznajmił ci przez telefon, że uszkodził na treningu bark i może nie pojechać na turniej.

- No tak. Byłam wtedy u nas w domku na Mazurach, z koleżankami i z ich dziećmi. Chciałyśmy sobie taki fajny weekend zrobić. Widziałam, że Kamil się do mnie "dobija" telefonicznie, ale nie odbierałam, bo akurat wychodziłyśmy nad jezioro - trzeba było ogarnąć dzieci i wszystko spakować. Niedługo potem zadzwoniła do mnie Sandra, żona fizjoterapeuty reprezentacji. I pyta mnie, co z tym barkiem Kamila...

Jak zareagowałaś?

- "Pikawa" od razu na dwieście i dzwonię do Kamila. Opowiedział mi, co się stało. Załamałam się. O Boże, pomyślałam, jego marzenia... wszystko runęło. Ale skontaktowałam się od razu z lekarzem kadry i z trenerem Nawałką. Cały czas im mówiłam, że Kamil jest silny i że da radę. Lekarz chciał go operować. Monaco się jednak nie zgodziło. I całe szczęcie.

Udało się w błyskawicznym tempie wykurować bark, mimo że sytuacja wydawała się beznadziejna.

- To był dla nas bardzo trudny tydzień. Oczywiście spakowałam wszystko i pojechałam natychmiast do Warszawy. Kamil dojechał z Arłamowa i następnego dnia polecieliśmy do Nicei. Wcześniej nasz przyjaciel dowiózł nam paszporty.

We Francji czekał na was profesor Pascal Boileau. Kto go polecił?

- Sztab medyczny Monaco. Od tej pory klub podejmował wszystkie decyzje. Kamil z początku też się załamał, bo w Polsce nikt nie dawał mu cienia nadziei na szybki powrót do pełni sił. Tylko ten profesor wierzył.

Kamil w Arłamowie poczuł się w pewnym momencie opuszczony i zostawiony sam sobie, prawda? 

- Pomidor. Nie chciałabym na ten temat za wiele powiedzieć. 

Jak zapamiętałaś tamte dni po powrocie z Nicei?

- Woziłam Kamila z Jastrzębia do Bytomia na rehabilitację. Trzy razy dziennie, w tę i z powrotem. To był wyścig z czasem, wszystko w ogromnych emocjach. Po tygodniu polecieliśmy jeszcze raz do Nicei. Profesor ściągnął szynę i mówi: chłopie, dasz radę. Jak to usłyszałam, wtedy już nie było zmiłuj. Cisnęłam Kamila i motywowałam z całych sił, żeby walczył do końca, bo najcięższe treningi były dopiero przed nim. Udało się, poleciał na mistrzostwa. Jeszcze raz się okazało, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Kto pomógł wam wtedy najbardziej?

- Bartek Spałek, fizjoterapeuta kadry. Zawsze będziemy mu za to wdzięczni. To on uratował wtedy Kamila. Nadzorował rehabilitację od początku do końca. Nie mógł tego robić osobiście, bo byliśmy na Śląsku, a on przebywał z kadrą, ale wydawał szczegółowe instrukcje swojemu koledze i codziennie monitorował efekty. Bardzo pomógł nam również menadżer Kamila. Zawsze w niego wierzy i jest dla niego jak ojciec.

Myślisz czasem o tym, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby Kamil mógł wystąpić już w pierwszym meczu na mundialu - z Senegalem? 

- On był gotowy na ten pierwszy mecz. Czemu nie zagrał, tego nikt nie wie. Nie chcę obwiniać trenera Nawałki, bo ja go bardzo szanuję i bardzo lubię. Może trochę się bał... może bardziej o Kamila niż o sam mecz. Czasu nie cofniemy. Nie wiem, jaki był powód i chyba już nigdy się nie dowiemy.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Przed Kamilem za chwilę kolejny turniej mistrzowski, potem może jeszcze jeden. Ale już teraz zapowiada, że kiedy skończy grać w piłkę, chciałby wejść do klatki MMA. Pytał cię o zdanie?

- Mhm, MMA, pewnie. Jeszcze mnie nie pytał, bo na razie nie ma tego na tapecie naszych tematów. Nigdy mu na to nie pozwolę. Nie cierpię sportów walki, nie lubię oglądać ani boksu, ani MMA. Wiem, że ci zawodnicy bardzo ciężko pracują na to, żeby być w odpowiedniej formie, ale nie patrzę na to jak na sport. Takie okładanie się po nie wiadomo czym? Nie przemawia to do mnie.

Myślisz, że jeden szlaban wystarczy, żeby zatrzymać urodzonego wojownika?

- Nie tylko jeden. Są jeszcze nasze córki. Za kilka lat będą starsze. One też mu nie pozwolą. 

Rozmawiał Łukasz Żurek

Kwestionariusz - zobacz najnowsze wywiady w cyklu Interii

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL