Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Józef Wojciechowski dla Interii: Namawiają mnie, żebym startował w wyborach na szefa PZPN

- Do bogactwa trzeba dorosnąć. Jak ktoś zarobi zbyt szybko albo zbyt okazjonalnie, to może go to unieszczęśliwić. Ale kiedy się dochodzi do tego w sposób systematyczny i mozolny, wtedy raczej nie ma takiego problemu. Jak słyszę dzisiaj o sobie "ekscentryczny milioner", to ani mnie to ziębi, ani grzeje. Zostawiam to bez echa - mówi w rozmowie z Interią Józef Wojciechowski, właściciel firmy deweloperskiej J.W. Construction i były boss Polonii Warszawa.

Na listę najbardziej zamożnych Polaków trafia regularnie od lat. W świecie sportu stał się rozpoznawalny jako właściciel Polonii Warszawa (2006-12). Z uwagi na bezkompromisowy styl rządów i koloryt publicznych wypowiedzi szybko został uznany za jedną z najbarwniejszych postaci ligowego pejzażu.

Reklama

Przed pięcioma laty próbował wysadzić Zbigniewa Bońka z fotela prezesa PZPN. Bezskutecznie. Dzisiaj jest kibicem i obserwatorem. Jak długo będzie umiał trzymać się z boku? Na to pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Mimo że niedawno skończył 74 lata, nadal buzuje w nim młodzieńcza energia.  

Łukasz Żurek, Interia: Gdzie tylko zajrzeć w przestrzeń medialną, wszędzie piszą i mówią, że Józef Wojciechowski znowu zakochany. O piłce ani pół słowa. Zerwał pan z futbolem na dobre?

Józef Wojciechowski: - Ale skąd! Piłka ciągle jest w moim domu. Grywam codziennie - a najrzadziej co drugi dzień - z moimi synami. Jeden ma 12 lat, drugi 10. Gramy, żeby pobiegać, pobawić się. W tej wielkiej piłce, jak pan wie, już mnie nie ma. 

Od rozstania z Polonią Warszawa minie niebawem dekada. Jak pan traktuje okres życia spędzony w tym klubie? Nieudana inwestycja czy mimo wszystko dobra zabawa w piłkę?

- To była dobra zabawa, ale droga zabawa. Takie przygody czegoś człowieka uczą. Charakteru, pokory i wielu innych rzeczy, których nie da się wymienić ciurkiem. Jakiś pożytek życiowy na pewno z tego wyjąłem.

Udało się policzyć, ile pieniędzy zostawił pan przy Konwiktorskiej i w jej bliskich okolicach?

- Nawet nie próbowałem. Życie polega na liczeniu, ale mam wiele innych zajęć, na które muszę uważnie patrzeć. I uważnie liczyć. 

Tak trochę romantycznie pan się wycofał z ligowego futbolu. "Moje ideały zostały zszargane".

- Trochę lat minęło. Emocje się ulotniły. Dużo się zmieniło przez te prawie dziesięć lat. Bardzo dużo.

Na plus czy na minus?

- Na plus. Przynajmniej organizacyjnie. Dzisiaj mamy choćby VAR i chwała za to. Mamy też zupełnie inną grupę sędziów. Tych arbitrów, którzy mi sędziowali, już nie ma. Nie wiem, co z nimi, ale dobrze, że ich nie ma.

A jak zmieniła się sama piłka?

- Poziom polskiej piłki klubowej jest akurat na takim samym poziomie, na jakim był. Nie cofnęliśmy się, ale nie idziemy do przodu - tak jak powinniśmy iść i tak jak idą inni dookoła. Ostatnio oglądałem urywek meczu Slavii Praga w Lidze Europy. I oni grali tak, że jakby założyli koszulki Bayernu, którego jestem kibicem, to uwierzyłbym, że to Bayern. A my co? Nie możemy z grupy wyjść. Jesteśmy bez mała 40-milionowym krajem. Przykra sprawa.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

W roku 2021 też opuściłby pan Polonię czy byłoby trudniej o taką decyzję?

- Wie pan, wtedy decyzja była o tyle łatwiejsza, że kiedy odchodziłem z klubu, mieliśmy kryzys gospodarczy - jeden z największych od wielu lat. Musiałem się zająć firmą. Nie miałem czasu dla Polonii. Ale to nie było całkiem tak, że ją opuściłem. Po prostu sprzedałem ją za godziwe pieniądze i zrobiłem to w wierze, że osoba kupująca (Ireneusz Król - przyp. red.) okaże się odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu.

Stało się niestety inaczej.

- Kryzys to kryzys - i dopadł również jego. Wszystkie spółki mu zbankrutowały. Byłem wtedy nawet podejrzewany, że osoba, która odkupiła ode mnie klub, to jakiś "słup", ktoś podstawiony. A on zapłacił za Polonię duże pieniądze i pewnie to też mu "pomogło" zbankrutować. Ja odszedłem, bo musiałem patrzeć na to, z czego jem chleb. 

W klubie uchodził pan za szefa surowego, momentami bezwzględnego.

- To pan powiedział. Nie mogę sam siebie oceniać. Jestem, kim jestem. Potrafię być przemiły. Potrafię też egzekwować to, co uważam za słuszne. Nie funkcjonowaliśmy w łatwych realiach. W Polonii było wiele wspaniałych chwil, ale więcej było tych mniej przyjemnych. 

Interesuje się pan dzisiaj losem "Czarnych Koszul"? Grają w III lidze. Minął właśnie rok, od kiedy dobrodziejem klubu został francuski biznesmen Gregoire Nitot.

- Trudno się odciąć od czegoś, w czym uczestniczyłem sześć lat. Zostawiłem w Polonii trochę zdrowia i pieniędzy. Na bieżąco jestem z tym, co się tam dzieje. Nie trzeba nawet dopytywać, w końcu mieszkam w tym samym mieście. Ale obserwuję wszystko bez emocji.

Cel Nitota jest klarowny: Polonia ma ponownie zagrać w Ekstraklasie najpóźniej w 2030 roku.

- I ja mu będę mocno kibicował. Nie znam tego człowieka, ale jeśli to Francuz i zdecydował się zainwestować, to na pewno zna się na piłce większego formatu niż ta nasza. Myślę, że nie trzeba mu podpowiadać, co ma robić. Trzymam kciuki, żeby mu się udało.

Część kibiców Legii próbowała go zastraszyć, kiedy okazało się, że wchodzi z pieniędzmi na Konwiktorską.

- To jest cienkie. Prymitywne wręcz.

Miewał pan czasem podobne "przygody" z chłopakami zza miedzy? 

- Jakoś udawało mi się takie historie omijać. Chociaż pamiętam, że jak już zrezygnowałem z piłki, to wielu z nich mi dziękowało. Za to, że przestałem finansować Polonię. Myśmy w pewnym okresie wygrywali z Legią regularnie i to musiało być dla nich bardzo nieprzyjemne.

Józef Wojciechowski wróci jeszcze kiedykolwiek do futbolu czy to już rozdział definitywnie zamknięty?

- Nauczyłem się kiedyś, że na takie pytanie trzeba zawsze odpowiedzieć w jeden sposób: nigdy nie mów nigdy. Nie chcę dzisiaj przesądzać, czy wrócę. Życie płata przeróżne figle. Nie zapeszajmy. Piłka to narkotyk, z tego się nie wychodzi. W tym się jest.

To znaczy, że nie wyleczył się pan z wizji szefowania PZPN-owi?

- Wraca pan do 2016 roku? Miałem taki przypływ chęci, żeby zmierzyć się ze Zbigniewem Bońkiem na argumenty. Ale przy tym fortelu z głosowaniem, który on wtedy zastosował, moje szanse na zwycięstwo były bardzo znikome.

Dlaczego od razu fortel? Prezes chciał zsumować głosy elektronicznie, pan obstawał przy tradycyjnej metodzie liczenia.

- Może i ten system elektroniczny byłby uczciwy. Tylko że pół roku wcześniej Boniek zrobił głosowanie nad zmianą statutu PZPN. I też liczyli elektroniczne, a maszynki do głosowania zostały wydane imiennie. Dzięki temu było wiadomo, kto jak głosował. Ludzie bali się tej elektroniki, bo wiedzieli, że potem Boniek może się z nimi rozprawić. Fajny manewr, ale ja chciałem uniknąć takiej sytuacji.

Wyszedł pan z sali jeszcze przed głosowaniem. W tym samym momencie podjął pan decyzję, że to pierwszy i ostatni start w wyborach na sternika związku?

- Że pierwszy, to wiedziałem na pewno. A czy ostatni? Jak to mówią - ostatnich gryzą psy. Jestem w kontakcie z osobami, które cały czas mnie namawiają, żebym w najbliższych wyborach zaistniał. Na razie jestem na "nie". Ale jak powiedziałem - nigdy nie mów nigdy. 

Dalsza część rozmowy na kolejnej stronieKLIKNIJ TUTAJ