Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Janusz Zaorski: Nie zmienia się zaprzęgu w trakcie przeprawy przez rzekę

- Ten, kto wywołuje wojnę, w ostateczności zawsze ją przegrywa. Zawsze. To się nie zmienia. Ale czy to chroni świat przed czymkolwiek? Nie. Bez przerwy są konflikty zbrojne, ktoś na kogoś napada, państwo na państwo i człowiek na człowieka - mówi w rozmowie z Interią Janusz Zaorski.

Wczesną wiosną 1989 roku odbyła się premiera "Piłkarskiego pokera". Historia ukazująca moralną zgniliznę polskiej piłki - i generalnie społeczeństwa w okresie ustrojowego przewrotu - zapewniła Januszowi Zaorskiemu nieśmiertelność. Film stał się obrazem kultowym. Jego twórca natomiast do dzisiaj pozostaje przenikliwym obserwatorem rzeczywistości - nie tylko tej futbolowej...  

Reklama

Łukasz Żurek, Interia: Wygląda na to, że sportowy news tygodnia mamy już za sobą - Jerzy Brzęczek wyruszy na mistrzostwa Europy w roli selekcjonera drużyny narodowej...

Janusz ZAORSKI: - Flauta spowodowana koronawirusem została w ten sposób niespodziewanie przerwana. Czy to decyzja słuszna? Jak mówi przysłowie, nie zmienia się zaprzęgu w trakcie przeprawy przez rzekę. Zamiast zastanawiać się, kto poprowadzi reprezentację w turnieju finałowym, skupimy się teraz na czymś innym. Będziemy debatować, jaki wynik uznamy za sukces.

Komunikat PZPN odebrał pan z entuzjazmem, dystansem czy rozczarowaniem? Opinia publiczna podzieliła się w tej sprawie na skrajnie różne frakcje.  

- Przyjmuję to z większym entuzjazmem niż wtedy, kiedy okazało się, że Jerzy Brzęczek poprowadzi kadrę. Wydawało mi się wtedy, że zrezygnowano zbyt pochopnie z dużej klasy trenerów zagranicznych. Ale skoro już się tak stało, na co nie miałem przecież wpływu, to starałem się Brzęczkowi kibicować.

 Tym samym przyjął pan dosyć niepopularną na tamten czas pozę.

- Może to nie były wtedy najlepsze mecze i najtrafniejsze posunięcia w jego wykonaniu. Ale zawsze twierdzę, że trzeba dać czas. Dyrektor teatru musi być rozliczany dopiero po trzech latach pracy. W pierwszym roku orientuje się w zespole i jego możliwościach, w drugim zaczyna realizować cele taktyczne, a w trzecim wreszcie spija to, na czym mu zależało - czyli ten creme de la creme. Jestem więc bardzo wstrzemięźliwy w tej kwestii. Ale jednocześnie rozumiem, że kibice są z natury niecierpliwi i chcieliby z marszu wygrywać w każdym meczu po 3-0. 

"Popraw to, co zrobiłem źle, i nie popsuj tego, co zrobiłem dobrze". Kiedyś Michał Listkiewicz skierował takie mądre słowa do swego następcy, gdy ustępował z funkcji prezesa PZPN. Brzęczkowi udało się udźwignąć tę maksymę po podpisaniu kontraktu życia?

- Proszę pamiętać, że jednak fatalny był ten występ na mistrzostwach świata w Rosji. Do tej pory się z nas śmieją z powodu wydarzeń z meczu Polska - Japonia. "Niski pressing" był pozorowaniem gry w futbol. To w ogóle było na kontrę przeciwko zasadom sportu. "Let the best win" - niech wygra najlepszy. A tutaj? Po prostu... ech, wstyd.

Długo wydawało się, że do Rosji pojedzie silniejsza drużyna niż ta, która nie zawiodła w finałach Euro 2016.

- Mimo że Adam Nawałka notował bardzo dobre rezultaty na poprzednich mistrzostwach Europy, to jednak na mundialu poległ. I to srogo. Wszystko było nie tak - nie takie ustawienie, nie ci gracze, nie ta taktyka. W każdym meczu graliśmy zbyt zachowawczo. A po turnieju? Trzeba było zawodnikami w jakiś sposób wstrząsnąć, wybudzić ich. Pod pewnymi względami Nawałka tę reprezentację wyzerował i Brzęczek budować ją musiał niemal od zera. A skoro już tak się stało, że otrzymał selekcjonerską nominację, to udzieliłem mu wewnętrznego kredytu zaufania i czekam, co z tego wyniknie. Będę go rozliczał w przyszłym roku, po Euro. 

Pomówmy chwilę o pandemii i uciążliwościach, jakie ze sobą niesie. Jest pan już zmęczony codziennym reżimem sanitarnym?

- Wie pan, nie bardzo. Ponieważ ja dużo pracuję w domu. Zawsze tak było. To jest czytanie książek, zastanawianie się nad adaptacją, wymyślanie czegoś nowego. Także oglądanie po kilka razy tych samych scen - żeby dojść do istoty, dlaczego to wyszło, a dlaczego tamto nie wyszło. To mój warsztat pracy, mój dom. Nie odczuwam więc tego samego, co ktoś, komu zabrano nagle możliwość 10-godzinnej pracy na mieście. I wpada przez to we frustrację albo depresję. Ja w ogóle mało wychodzę - 2-3 razy w tygodniu. Na premierę w teatrze, w kinie i do znajomych. Mnie tylko żal było, że nie można do lasu wchodzić.

To obostrzenie zniesiono w pierwszej kolejności.

- Pierwsze, co zrobiłem, a mieszkam niedaleko lasu, to poszedłem na spacer. Ojejku, jak mi się wszystko podobało - od świergotu ptaków, przez kolory, przez kwiaty, igliwie i tak dalej. Tej przyrody mi najbardziej brakowało. A reszta? Z ludźmi można się przecież porozumieć online czy przez telefon. Tego nie odczuwałem tak dotkliwie.   

A czy słowa "reżim" nie powinniśmy umieścić w cudzysłowie? Polacy dosyć swobodnie podchodzą do obowiązujących zakazów...

- Za granicą nas się postrzega jako indywidualistów. Polaków łączy dopiero ból, cierpienie, porażka. Natomiast bardzo trudno nam żyć w stanach normalnych. Mam taki przykład, który często podaję. Już nawet nie pamiętam jakie jest źródło - czy koś mi to powiedział, czy ja to wyczytałem gdzieś. To opowieść o Polaku. Jaki jest Polak? Jeśli powiesz mu, że na świecie jest 4327154281 gwiazd, to uwierzy. Ale jak wejdzie do parku i zobaczy na ławce napis "świeżo malowane", to nie uwierzy. Usiądzie i dupę sobie poplami.    

Dowiedz się więcej na temat: Janusz Zaorski | piłkarski poker | Jerzy Brzęczek | Euro 2020