Reklama

Reklama

Kwestionariusz

Ewa Urtnowska: Musisz się przyznać. Tylko wtedy ktoś cię uratuje

- Czułam, że tracę kontrolę nad swoim umysłem. Najgorsze były noce i poranki. Każdy moment był straszny, ale szczególnie przerażające były noce, kiedy nie mogłam zasnąć. Kłębiły się złe myśli, dookoła było ciemno, wszyscy spali, a ja walczyłam o to, żeby "zatrzymać" głowę - mówi w rozmowie z Interią Ewa Urtnowska, była reprezentantka Polski w piłce ręcznej, współtwórczyni profilu "Depresja - gramy w to".

W niedzielę 10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Z najnowszych statystyk wynika, że z roku na rok problemy natury emocjonalnej dotykają coraz większej liczby osób. Jak wiele z nich to sportowcy? Na to pytanie nie znamy precyzyjnej odpowiedzi.   

- Należy przypuszczać, że skala tego zjawiska jest niestety bardzo duża - mówi Ewa Urtnowska, w latach 2012-19 grająca w narodowej kadrze szczypiornistek.

W kwietniu tego roku wraz z koleżankami z boiska założyła na Instagramie profil "Depresja - gramy w to", mający pomagać sportowcom zmagającym się z szeroko rozumianym kryzysem psychicznym.     

Reklama

Depresja na świecie. Alarmujące szacunki WHO

Według danych jeszcze sprzed wybuchu pandemii rocznie do szpitali psychiatrycznych trafia aż 1,5 mln Polaków. Szacunki WHO wskazują, że już za kilka lat najczęściej występującą chorobą na świecie będzie depresja. Zajmie drugie miejsce wśród schorzeń powodujących przedwczesną śmierć lub trwały uszczerbek na zdrowiu.

Wstrząsające wyznanie polskiej sportsmenki: Pokryłam się ku***sko grubą warstwą smoły 

Łukasz Żurek, Interia: Dokładnie pół roku temu zamieściła pani w sieci jeden z najbardziej poruszających wpisów dotyczących depresji, ujawniając w ten sposób najciemniejszą stronę swojej choroby. To była dobra decyzja?

Ewa Urtnowska: - Opowiedziałam o mojej chorobie, bo wiem, że w świecie sportu takich ludzi jak ja jest więcej. Tamten post umocnił mnie w przekonaniu, że zrobiłam bardzo dobrze, wychodząc z cienia i mówiąc głośno o tym, co mnie spotkało. W ten sposób chciałam pomóc chociaż jednej osobie, która zmaga się z podobnym problemem. Ja miałam to szczęście, że była ze mną rodzina i mogłam liczyć na opiekę wspaniałych lekarzy. Ale wiem, że nie wszyscy sportowcy mogą na to liczyć.

Właśnie dla nich stworzony został projekt "Depresja - gramy w to", funkcjonujący na razie jako profil na Instagramie i Facebooku. Od kwietnia rozwinął się tak, jak pani tego oczekiwała?

- On się cały czas rozwija, to jest dopiero początek tego, co naprawdę chcemy zrobić i co mamy w najbliższych planach. Zamierzamy sformalizować nasze działania poprzez założenie fundacji. Myślę, że mogę już o tym mówić, chociaż na razie jeszcze nieoficjalnie. Jesteśmy na etapie kompletowania dokumentów. Chcemy mieć realny wpływ na zmiany, jakie powinny zajść w tematyce szeroko pojętej "głowy" w polskim sporcie. Depresja jest tylko smutnym końcem długiego procesu, który zaczyna toczyć się wcześniej. Nie musi tak być, że prowadzi do zakończenia lub zawieszenia kariery. Mamy bardzo dużo do zrobienia w tym zakresie.

Nadal działacie w piątkę? Oprócz pani w projekt na starcie zaangażowały się również Kinga Achruk, Małgorzata Stasiak, Marta Mazurkiewicz, a także Agnieszka Białek, która pracuje obecnie jako psycholog.

- Nic się nie zmieniło, nadal działamy w komplecie. Jesteśmy matkami tego projektu, to nasze dziecko. Mam nadzieję, że z czasem inicjatywa się rozwinie i dołączą do nas kolejne osoby. Na razie wszystko toczy się dosyć mozolnie z racji tego, że w większości mamy obowiązki rodzicielskie, a do tego jesteśmy rozsiane po całej Polsce. Posuwamy się do przodu małymi kroczkami, ale dzięki temu mamy pewność, że wszystko zostanie solidnie przygotowane. Nie sztuką jest robić to szybko i byle jak. Mamy świadomość, że temat jest ważny, godny uwagi i bardzo potrzebny sportowej społeczności.

Kiedy fundacja będzie mogła rozpocząć działalność?

- Wszystko zależy tylko od tego, jak długo potrwa załatwianie formalności. Myślę, że do końca bieżącego roku będziemy mogli rozmawiać o fundacji z zupełnie innego pułapu. Mamy już jej nazwę, używamy jej między sobą, ale z jej ogłoszeniem chcemy zaczekać do momentu rejestracji. Działania i cele fundacji będą o wiele obszerniejsze niż tematyka dotychczasowego projektu w mediach społecznościowych.

Cały czas mówimy o świecie sportu. Już teraz zgłaszają się jednak do was ludzie, którzy sportową rywalizację oglądają tylko na ekranie. Jak reagujecie w takich przypadkach na prośby o wsparcie?

- Absolutnie nie zamykamy się na ludzi, którzy ze sportem mają niewiele wspólnego. Jesteśmy otwarte i staramy się każdego wesprzeć tak, jak na obecnym etapie możemy. Nie dokonujemy selekcji. Depresja, podobnie jak wszelkie problemy z nią związane, to choroba "demokratyczna". Dopada każdego niezależnie od wieku i profesji. Nasze działania będą jednak ukierunkowane głównie na zmiany w sporcie. I chciałabym tutaj zaznaczyć, że mocny akcent zamierzamy położyć na profilaktykę - każdy powinien wiedzieć, co robić, żeby do pełnoobjawowej depresji nie dopuścić. 

Jak wielu sportowców, również tych rozpoznawalnych i uwielbianych, maskuje dzisiaj chorobę? Wyobraża sobie pani skalę tego zjawiska?

- Należy przypuszczać, że jest niestety bardzo duża. Najnowszym tego dowodem są przypadki depresji czy kryzysów psychicznych wśród olimpijczyków, którzy zdecydowali się na wyjście z cienia po tegorocznych igrzyskach w Tokio. Nie jesteśmy w stanie dokładnie określić tej skali. Tym bardziej, że mówimy o różnych stadiach depresji. Czasami choroba może mieć dopiero swoje początki, ktoś o tym jeszcze nie wie, a i tak zaczyna się już - nie do końca świadomie - maskować. Nie odnosi się to wyłącznie do zawodowych sportowców. W takim samym stopniu może to dotyczyć dzieci, ale także trenerów i działaczy. Pozwolił nam to wyraźniej dostrzec feedback, który się pojawił, kiedy same opowiedziałyśmy otwarcie o swoich trudnych doświadczeniach z depresją.

Ciekawe, że taka inicjatywa zrodziła się akurat wśród szczypiornistek.

- Problem nie dotyka oczywiście jedynie piłki ręcznej. Docierały do nas pytania, co takiego złego się tam u nas dzieje, że akurat w piłce ręcznej jest tyle kłopotów. Tymczasem problem depresji dotyczy również każdej innej dyscypliny sportu. Ostatnio oglądałam program, w którym mówiono o sytuacji w polskim żużlu. Słowa, jakie usłyszałam, przyprawiły mnie o ciarki na plecach. Psychologa traktuje się w tym środowisku jak szarlatana. To niedopuszczalne. Nie mieści mi się w głowie, że o istocie kryzysu natury psychicznej wciąż można rozmawiać na takim poziomie.

W nich uderzyła depresja - zobacz galerię znanych sportowców  

Jednym z pierwotnych pomysłów pani i koleżanek było uruchomienie alarmowego numeru telefonu dla sportowców z problemami emocjonalnymi, na który można zadzwonić anonimowo. Zamysł pozostaje aktualny?

- Tak, myślimy o tym od samego początku. Dużo zależy od tego, jakie środki pozyskamy już po rozpoczęciu pracy fundacji. Nie wiemy jeszcze, na jak wiele pozwolą nam fundusze, o które dopiero będziemy się starać. Zaczniemy działać trochę od drugiej strony - bez pieniędzy, którymi zwykle można gospodarować już na starcie. Jesteśmy uzależnione od tego, ilu dobrych ludzi spotkamy na swojej drodze - przychylnych, czujących potrzebę pomocy i rozumiejących problem, którego dotykamy. Mam nadzieję, że będzie to spore grono i dzięki temu będziemy mogły wszystkie pomysły przekuwać w realne działania. Bardzo nam na tym zależy.   

Później pozostanie przekonać potrzebujących, że warto z oferowanego przez was wsparcia skorzystać. Pytanie tylko, kto powinien się na to zdecydować. Niełatwo odróżnić kliniczną postać depresji od przejściowego kryzysu emocjonalnego...

- Samemu jest bardzo trudno to rozróżnić, ponieważ nie jesteśmy lekarzami. Nie będziemy się zajmować leczeniem depresji. Od rozpoznawania, stawiania diagnozy i leczenia są specjaliści. Chciałabym jednak przy tej okazji zaapelować do wszystkich, żeby nie zwlekać. Jeśli cokolwiek nas niepokoi, zmienia się nasze zachowanie, czujemy się inaczej niż do tej pory i jesteśmy tym zmęczeni, to proszę nie czekać. Proszę o tym rozmawiać, zgłosić się do psychologa, psychoterapeuty lub do psychiatry i skonsultować swój stan. Tylko w taki sposób możemy nie dopuścić do tego, żeby kryzys psychiczny przerodził się w depresję. Mówienie o tym głośno jest bardzo ważne.

Nie każdy znajdzie w sobie tyle odwagi.

- Niestety w obecnym wydaniu sportu nie chodzi tylko i wyłącznie o odwagę albo jej brak. Często jest tak, że realia sportu wyczynowego uniemożliwiają zawodnikowi przyznanie się do choroby - kontrakty nie gwarantują nam możliwości chorowania i spokojnego powrotu do zdrowia. Zdarza się również tak, że choroba może skutkować zerwaniem kontraktu i pozostawieniem zawodnika samemu sobie. Proszę sobie to wyobrazić. Czasem może się okazać tak, że to po prostu zwykłe zmęczenie, przesilenie, czasami przetrenowanie. Ale każdy taki moment trzeba potraktować poważnie. Nie wolno go spychać gdzieś poza świadomość i udawać, że nic się nie dzieje. To najgorsza krzywda, jaką można sobie wyrządzić. Nierozwiązany, niezauważony w porę problem w pewnym momencie i tak wybuchnie. I niestety w wielu przypadkach może przerodzić się w depresję.             

A pani pamięta dokładnie ten moment, kiedy zapaliła się czerwona lampka? "Dotknęłam dna. Było cholernie ciemno i koszmarnie".

- U mnie było zdecydowanie za późno na uświadamianie sobie czegokolwiek. Ja już po prostu "tam" byłam. Czułam, że tracę kontrolę nad swoim umysłem - nad tym, co robię i w jaki sposób postępuję każdego dnia. Moim dużym szczęściem było to, że potrafiłam i nie bałam się o tym mówić. Zgłosiłam się po wsparcie, zaalarmowałam swoją rodzinę. Dzięki temu na czas otrzymałam niezbędną pomoc. To bardzo ważne, żeby nie przegapić tego momentu.

Nie sprzyja temu tempo życia współczesnego sportowca.

- Czasy są takie, że rzeczywiście każdy z nas codziennie gdzieś pędzi. Trudno się zatrzymać, żeby przez moment zastanowić się nad samym sobą - czy wszystko jest dobrze, czy dbamy o właściwy odpoczynek. Specyfika sportu na to nie pozwala. Jesteśmy w podwójnym pędzie, w ogóle nie mamy dla siebie czasu. Działamy na zasadzie wymazywania rzeczy z głowy i błyskawicznego przechodzenia nad wszystkim do porządku dziennego. Nie pamiętamy, że nasze zdrowie to wartość absolutnie nadrzędna.        

Pani udało się wrócić do zdrowia, choć nie przyszło to łatwo. Choroba była już zaawansowana. 

- Najgorsze były noce i poranki. Każdy moment był straszny, ale szczególnie przerażające były noce, kiedy nie mogłam zasnąć. Kłębiły się złe myśli, dookoła było ciemno, wszyscy spali, a ja walczyłam o to, żeby "zatrzymać" głowę. Po takiej nocy trzeba było zwlec się z łóżka i jakoś funkcjonować. Czasami okazywało się to niemożliwe, więc trzeba było w tym łóżku zostać. A potem... znowu noc. Wiele osób przechodzi przez to właśnie w taki sposób.    

Dla członków rodziny depresja to czasem większa trauma niż dla osoby dotkniętej schorzeniem.

- I to jest kolejna sfera, którą będziemy się zajmować w fundacji. Wsparcie dla tych, którzy współtowarzyszą w chorobie, jest niezwykle istotne. Trzeba wiedzieć, jak rozmawiać z osobą chorą, bo to wcale nie jest takie proste. Nie dziwię się, że bliscy, którzy zajmują się chorym, odczuwają często lęk albo wręcz przerażenie. Oni także nie powinni bać się pytać o poradę i prosić o pomoc specjalistów.   

Wielu z nich zadaje pytanie, czy z depresji można wyjść jak z przeziębienia. Panują na ten temat rozmaite, często skrajnie rozbieżne przekonania. Pani nazwała tę chorobę rakiem umysłu, co - jak się może wydawać - nie zwiastuje niczego dobrego...

- Tak, wtedy akurat w taki sposób czułem tę chorobę, tak mi się kojarzyła. Oczywiście była to przenośnia, która miała uświadomić wszystkim, że mamy do czynienia z czymś, co potrafi spowodować w organizmie ogromne spustoszenie. Ale ta jaśniejsza strona jest taka, że - tak jak raka - można pokonać również depresję. Ona nie może być odbierana jako koniec świata. Komuś, kto choruje, wydaje się, że nie da się z tego wyjść. To nieprawda. Da się, bo depresja jest chorobą uleczalną. Powtarzam to głośno przy każdej okazji.   

Spróbujmy więc krótko podsumować to, o czym rozmawiamy - pamiętając, że problemy natury psychicznej nie zawsze muszą być definiowane jako depresja. Od czego powinien zacząć każdy, kto zaczyna zauważać, że potrzebuje pomocy?

- Przede wszystkim powinien przyznać się przed samym sobą, że coś jest nie tak, że może być chory, że ma problem i że tej pomocy potrzebuje. Druga rzecz - należy zgłosić się do specjalisty, czyli psychologa, psychoterapeuty lub psychiatry. A jeżeli nie ma nikogo takiego wokół siebie, to trzeci krok - zaalarmować rodzinę, bliskich, przyjaciół. Kogoś, kto pomoże znaleźć specjalistę, który udzieli pomocy. 

Czym się pani dzisiaj zajmuje poza staraniami zmierzającymi do powołania fundacji?

- We wrześniu zaczęłam pracę w Zespole Szkół nr 2, na Osowej w Gdańsku. Nauczam wychowania fizycznego, jestem też trenerem piłki ręcznej w miejscowym klubie sportowym. Nie ukrywam, że bardzo mi zależało, żeby wejść w środowisko szkolne dzieci. Dzięki temu z bliska mogę zobaczyć, jak wygląda początek przygody ze sportem z ich perspektywy. Mogę też przyjrzeć się kooperacji, jaka zachodzi między rodzicami a nauczycielami. Zbieram te obserwacje pod kątem tego, co chcemy robić w fundacji - bo o skuteczną profilaktykę warto zadbać już na tak wczesnym etapie.

Dla pani walka z depresją to rozdział zamknięty?

- Czuję się bardzo dobrze. Jestem osobą wyleczoną z depresji i mogę stanowić przykład, że da się z tego wyjść. Ta choroba pozwoliła mi przewartościować życie. Po tym, co przeszłam, muszę jednak nadal dbać o zdrowie psychiczne. Kiedy tego potrzebuję, spotykam się ze swoim psychologiem. Nie jest powiedziane, że depresja nigdy do mnie wróci, ale robię wszystko, żeby jej na to nie pozwolić.          

Rozmawiał Łukasz Żurek 

Kwestionariusz - zobacz najnowsze wywiady w cyklu Interii

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje