Reklama

Reklama

Jan Tomaszewski: Kazimierz Górski jest dla mnie papieżem polskiej piłki

- Gdyby nie było Kazimierza Górskiego, nie byłoby także Jana Tomaszewskiego - mówi Interii bramkarz najwspanialszej drużyny w historii polskiego futbolu. 2 marca mija setna rocznica urodzin legendarnego selekcjonera.

Dariusz Wołowski, Interia: 10 października 1971 roku na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie Polska przegrała z RFN 1-3 w eliminacjach mistrzostw Europy. Kazimierz Górski pozwolił panu zadebiutować w drużynie narodowej, ale delikatnie ujmując, był to debiut trudny.

Reklama

Jan Tomaszewski: Wszedłem do bramki za chorego Piotra Czaję. I zostałem wrogiem publicznym numer 1 w kraju. Dla Polaków mecz z RFN w tamtych czasach wciąż przywoływał emocje wojenne. Po porażce musiał być kozioł ofiarny, więc padło na mnie. Najmłodszego, bez doświadczenia i pozycji. Takiego zaszczuć najłatwiej. Ale tak  naprawdę zawaliłem tylko trzecią bramkę. Przy pierwszej i drugiej, które zdobył Gerd Mueller, nie miałem nic do powiedzenia. On pokonywał wtedy nie takich bramkarzy. RFN była jedną z najlepszych drużyn świata.

Nikt o tym pamiętać nie chciał. Po tym meczu nastał dla mnie czas próby. Broniłem w znienawidzonej Legii, byłem wygwizdywanym w całej Polsce, poza stolicą. Pan Kazimierz pozwolił mi posmakować wielkiej piłki, więc obiecałem sobie, że będę krwią pluł, ale do kadry wrócę. I kiedy już byłem gotowy, Górski nie odmówił mi drugiej szansy. Wiedział, że w meczu z RFN nie zrobiłem niczego, co by mnie dyskwalifikowało jako reprezentanta. Wszystko co się po mnie przewaliło, obróciło się w końcu na dobre. Dlatego tamten pojedynek z Niemcami uważam za najbardziej wartościowy w mojej karierze.

Wrócił pan po półtora roku na eliminacje mundialu w RFN. Poprzedzone towarzyską grą z USA.

- Byłem już wtedy bramkarzem ŁKS. Sparing z USA? Pan Kazimierz mógł za mnie powiesić ręcznik w bramce, bo Amerykanie byli wtedy bardzo słabi. Dostali cztery gole. Tydzień później, przed meczem z Walią w Cardiff, Górski dał wszystkim wolne, a do mnie powiedział: "panie kolego, proszę do mnie". Przy działaczach PZPN stwierdził, że chce mnie posłać między słupki, tylko czy jestem na to gotowy? Opowiadano mi później, że nie wyszedłbym do gry, gdyby Górski zauważył u mnie wahanie. Mógł bronić Marian Szeja, który wsławił się wspaniałą grą z Anglikami w Liverpoolu w 1966 roku, gdy zremisowaliśmy 1-1. Ale ja, po tym wszystkim co przeszedłem, łapałem się kurczowo szansy na drugie życie w kadrze. Zagrałem w Cardiff.

I znów łomot. Walijczycy boleśnie skopali nam tyłki. Po porażce 0-2 byliśmy pewni, że przegraliśmy całe eliminacje. Skoro nie daliśmy rady Walii, to jak rywalizować ze znacznie lepszymi Anglikami? Atmosfera przy kolacji była grobowa. Górski zachował spokój. Wstał od stołu i mówi: "Oni z wami nie wygrali, oni was zwyczajnie pobili". W Walii sportem narodowym jest rugby, do piłki szedł ten, kto się do rugby nie nadawał. Ich reprezentacja grała jak rugbiści, a myśmy się dali zastraszyć. Po spokojnych słowach Górskiego, krew się w nas zagotowała. Chcieliśmy zemsty.

Po kolejnym towarzyskim meczu z Jugosławią przyszedł czas na Anglików w Chorzowie.

- Nie było kwestii kto wygra, ale w jakich rozmiarach. Ale się Anglicy przeliczyli. Zagraliśmy trochę jak desperaci, którzy chcą ratować twarz po upokorzeniu w Cardiff. Okazało się, że w piłkę też grać potrafimy. Na rewanż z Walijczykami w Chorzowie wyczekiwaliśmy bardzo. Pan Kazimierz prosił tylko, żeby to nie był boks, ale piłka nożna. On zawsze mówił jak ojciec do dzieci. Jego spokój spływał na nas wszystkich. Szatnia drużyny to nie klasztor zakonników surowej reguły. Dominuje stres, ambicje, ambicyjki, czasem przerośnięte ego młodych harpaganów, którzy chcieliby świat pożreć. Musi być ktoś, kto panuje nad tym, jakiś autorytet, ktoś kochany. Przed meczem z Walią pan Kazio kazał grać, a tylko w ostateczności się bić. Bijatyka była, ale to nie my straciliśmy głowy. Trevor Hockey wyleciał z czerwoną kartką, gdy prowadziliśmy 2-0. Przekonaliśmy się wtedy, że nie tylko grać umiemy, ale jak trzeba to i do bitki się nadajemy. Nie wiem, czy kiedykolwiek miałem większą frajdę po meczu.

Do decydującego starcia na Wembley zostały trzy tygodnie.

- A Pan Kazio zaordynował mecz z Holandią. Kazał nam się zmierzyć z Cruyffami, Neeskensami i innymi najlepszymi graczami świata. Następni selekcjonerzy przed ważnymi pojedynkami szukali słabych rywali, pan Górski chciał nam pokazać, ile jesteśmy warci. Remis 1-1 w Amsterdamie był dowodem, że nie ma na świecie stadionu i rywala przed którym powinniśmy podkulać ogon. Po meczu z Walią prasa angielska napisała o nas, że byliśmy jak dzikie zwierzęta wypuszczone z klatki. Stąd na Wembley fani wyzwali nas od animalsów. Pan Kazimierz patrzył na to z uśmiechem. Swoją robotę wykonał genialnie. Wiedział, że Anglicy będą rzucać długie piłki w pole karne, więc kazał mi wychodzić daleko i wykorzystać przewagę zasięgu ramion. "Gdy Tomaszewski opuszcza posterunek, stoperzy zajmują miejsce na linii bramkowej" - nakazał. Przegrałem w tamtym legendarnym meczu co najmniej kilka pojedynków powietrznych, ale Jurek Gorgoń z Mirkiem Bulzackim zawsze byli za moimi plecami. I wybijali piłkę z pustej bramki.

Mundial w RFN zaczęliście od zwycięstw nad Argentyną i Haiti. Po dwóch meczach awans z grupy był pewny.

- Chciałbym tylko zwrócić uwagę na pracę Górskiego. On nie zasnął po remisie na Wembley. Na mundial wymienił strzelca złotej bramki Jana Domarskiego na Andrzeja Szarmacha, a bohatera Bulzackiego na smarkacza Władysława Żmudę. Miejsce Lesława Ćmikiewicza zajął w pomocy Zygmunt Maszczyk. Co więcej: z drużyny, która zdobyło złoto na igrzyskach w Monachium w 1972 roku zostało zaledwie czterech piłkarzy. Deyna, Gadocha, Gorgoń i Maszczyk. Pan Kazimierz cały czas myślał, jak uczynić tę drużynę lepszą. Nie bał się trudnych decyzji. Miał genialną zdolność wyciągania esencji z pracy Andrzeja Strejlaua i Jacka Gmocha - tworzyli razem piłkarską trójcę świętą. Asystenci wymyślali najróżniejsze koncepcje, pan Kazimierz słuchał, a nam przekazywał to, co najbardziej potrzebne. Bez zawiłości. Prosto, po ludzku, od serca. Mawiał wtedy, że kiedy każdy z nas będzie schodził z boiska, niech zapyta sam siebie: "Czy mogłem zrobić więcej". Jak nie, to niech spokojnie wraca do szatni. To wszystko było proste, ale w swojej prostocie genialne. Byliśmy jak zgrana grupa gotowa pójść za Górskim w ogień.

Niech pan nie przesadza. Adam Musiał o mały włos wyleciał z mundialu dyscyplinarnie.

- To jeszcze jeden dowód na to, że można być człowiekiem spokojnym, łagodnym, miłym, ale z zasadami. Pan Kazimierz dał nam wolne, ale nakazał drużynie powrót do hotelu przed 23. Krakusy jak to Krakusy, ruszyli do baru w tej naszej mieścinie Murrhardt, gdzie diabeł mówił dobranoc. No i było o jedno piwo za daleko. Rano spotkałem Musiała spakowanego w recepcji. Razem z Kazikiem Deyną polecieliśmy do prezesa Maja, ale on powiedział, że to decyzja Górskiego i nie ma prawa się wtrącać. Błagaliśmy Górskiego, żeby cofnął karę. Zgodził się na tyle, że Musiał został, ale w meczu ze Szwecją wylądował na trybunach. Sygnał był jasny dla wszystkich. Albo jest porządek, albo wylatuje każdy, który chce go zburzyć. Po latach zapytałem pana Kazimierza, dlaczego się wtedy nie ugiął, to powiedział: "Za dobrze szło, potrzebny był lekki wstrząsik".

Osiem lat później na mundialu w Hiszpanii czterech piłkarzy piło na umór między meczami. Jak pojawił się selekcjoner to go sklęli i wyrzucili z pokoju. Sprawę zamieciono pod dywan, opisał to potem w swojej książce Andrzej Iwan. No i od tamtej pory, przez ponad trzy dekady, w reprezentacji Polski afera alkoholowa goniła aferę. Żaden selekcjoner się temu nie oparł, aż do czasu Adama Nawałki. Łagodny i grzeczny pan Kazimierz uciąłby to w chwilę. A przecież nie był żadnym abstynentem, czy wrogiem alkoholu. Sam go czasem lubił i nie bronił piłkarzom. Tylko powtarzał, że trzeba wiedzieć gdzie, kiedy, z kim i po co siadać do stołu.

Wróćmy do meczu na wodzie z RFN. Przepadła szansa na finał mundialu. Gerd Mueller jeszcze raz był nie do zatrzymania.

- Tak, w meczu piłki wodnej okazaliśmy się mniej skuteczni. Z piłką nożną nie miało to jednak nic wspólnego. Po porażce dostaliśmy masę telegramów z kraju z gratulacjami. Więcej niż po zwycięstwach. Jak kazał pan Kazimierz, każdy zadał sobie pytanie: "Czy mogłem zrobić więcej". I chyba wszyscy odpowiedzieli sobie, że nie. Byliśmy u kresu sił, ale trzeba było się jeszcze zebrać na Brazylijczyków. Gorgoń chciał wtedy przysymulować uraz, ale pan Kazimierz go rozszyfrował. "G... mnie obchodzi co cię boli, marsz na boisko". I bardziej siłą woli wygraliśmy ten ostatni mecz. Także dla Górskiego, człowieka, który nas stworzył. Bez niego bylibyśmy może zbieraniną niezłych piłkarzy, on zrobił z nas trzeci zespół na świecie. Nie było bata, wrzasków, przekleństw. Górski odwoływał się zawsze do lepszej strony natury ludzkiej. Sam był przyzwoity, więc ufał innym.

Trudno było sprawiać zawód takiemu człowiekowi?

- Trudno. Mocno wierzył w nas i nasz sukces. Nikomu innemu w Polsce lat 70. to wszystko by się nawet nie przyśniło. Przed nim nasza kadra była przeciętną drużyną. Mieliśmy talent do piłki, ale za granicą byliśmy anonimowi. On wyprowadził nas za żelazną kurtynę, dlatego dla mnie jest papieżem polskiej piłki. Cudowna była siła jego spokoju. Mawiał, że najczęściej przegrywa ten, kto się boi porażki. On nie bał się nigdy. Tu nie chodziło o odwagę, ale świadomość, że piłka to tylko gra: ważna, wspaniała, ale nie jest kwestią życia lub śmierci.

Rozmawiał Dariusz Wołowski