Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

​Węgry - Polska. Grzegorz Rasiak dla Interii: Tylko zwycięstwo może nas ucieszyć

- Spotkanie z Węgrami jest bardzo ważne. Przede wszystkim jest to pierwszy mecz jeśli chodzi o nasze zmagania w eliminacjach. Wiemy doskonale, jaka obecnie jest sytuacja na świecie. W ostatnim czasie reprezentacja nie rozegrała zbyt wielu spotkań, na mecz Biało-Czerwonych czekamy od listopada. Jest nowy sztab szkoleniowy i nowe ustawienie. Dla piłkarzy nie będzie to jednak wielka niespodzianka. Myślę, że zawodnicy szybko przygotują się do meczu z Węgrami. Jesteśmy faworytem i tylko zwycięstwo może nas ucieszyć - mówi przed najbliższymi meczami reprezentacji Polski nasz były kadrowicz - Grzegorz Rasiak.

Tomasz Brożek, Interia: Wierzył pan kiedykolwiek, że dożyjemy czasów, gdy będzie można nazwać Polaka najlepszym piłkarzem świata?

Grzegorz Rasiak, były reprezentant Polski: -  Kiedy Robert Lewandowski grał w finale Ligi Mistrzów w barwach Borussii Dortmund były przesłanki ku temu, by uważać, że zostanie jednym z najlepszych na świecie. Nie ma wątpliwości, że w tym momencie jest numerem jeden i potwierdza to na dobrą sprawę w każdym meczu. W mojej opinii jest po prostu najlepszym piłkarzem na świecie i w pełni zasługuje na to miano.

Reklama

Odetchnął pan z ulgą słysząc, że Lewandowski poleci razem z drużyną do Anglii, podobnie jak Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek?

- Nie oszukujmy się, nie wszystko jest zależne od nas. Są sytuacje, w których trzeba uszanować przepisy i zdrowie, choć nikt nie chce, by najlepsi zawodnicy na świecie nie mogli wybiec na boisko. Lewandowski jest przede wszystkim liderem reprezentacji i kapitanem zespołu. Pod tym względem jego strata byłaby ogromna. Nie tylko od Roberta będzie jednak zależało to, czy w starciu z Anglikami odniesiemy  korzystny wynik.

Kto poza Lewandowskim powinien być sportowym i mentalnym liderem naszej kadry?

- Na pewno bardzo wiele zależy od Wojciecha Szczęsnego, który jest jednym z najlepszych bramkarzy na świecie. Duże znaczenie będzie miała także dyspozycja dwójki naszych obrońców - Jana Bednarka - grającego na co dzień w Anglii - i Kamila Glika, który na pewno będzie miał sporo do powiedzenia. Ten duet wiele znaczy dla reprezentacji i wiele będzie od niego zależało. W środkowej formacji natomiast trzeba będzie zneutralizować boki, a doskonale wiemy, że Anglicy mają świetnych piłkarzy i łatwo nie będzie. Żeby wygrać na Wembley, każdy z naszych piłkarzy będzie musiał zagrać bardzo dobry mecz.

A co z Piotrem Zielińskim, który mocno polaryzuje środowisko piłkarskie? Pan należy do jego zwolenników czy może raczej krytyków?

- Zieliński jest jednym z trzech najlepszych piłkarzy Napoli i stanowi o sile ofensywnej drużyny. To bez wątpienia pokazuje, że mamy do czynienia ze znakomitym piłkarzem. Każdy oczekuje jednak, że w reprezentacji będzie grał tak dobrze, jak w Neapolu, a jeszcze tak nie jest. Wciąż jest to jednak stosunkowo młody zawodnik i najlepsze lata być może dopiero przed nim. Ten sezon pokazuje, że Zieliński nie tylko asystuje, ale i strzela dużo goli. Na takiego Piotrka liczymy w kadrze. Warto podkreślić, że za trenera Jerzego Brzęczka Zieliński na pewno dał reprezentacji więcej niż w poprzednim okresie.

Jako napastnik dobrze czuł się pan z partnerem w linii ataku, co dawało panu większą swobodę i możliwość cofania się po piłkę. Czy właśnie tak powinna funkcjonować polska kadra - z dwoma snajperami na desancie? A może finalnie nie ma to wielkiego znaczenia i w Polsce zbyt dużo mówi się o cyferkach w kwestii ustawienia kadry narodowej?

- Na pewno napastnikowi łatwiej się gra, gdy ma obok siebie partnera. Nie znam żadnego snajpera, który twierdziłby inaczej. Ustawienie z dwoma napastnikami i ofensywnym pomocnikiem, który jest niedaleko, na pewno daje więcej możliwości drużynie, by strzelać gole. To proste - im więcej zawodników jest w polu karnym, tym łatwiej o sytuacje bramkowe. Rotacja w schodzeniu po piłkę może być wówczas częstsza. Napastnik nie musi być przypisany do pozycji. To na pewno ułatwiłoby Lewandowskiemu grę w kadrze. Robert dość często cofa się po piłkę, bo gdy jej brakuje w okolicach "szesnastki", siłą rzeczy chce być aktywny i włączyć się do gry. W tym ustawieniu byłoby mu o to łatwiej. Wiadomo, że w Bayernie Monachium ma wokół siebie takich piłkarzy, że do głębi pola wbiega tylko wtedy, gdy wymaga tego dana sytuacja, a w obrębie pola karnego ma sporo sytuacji. Wsparcie drugiego napastnika w kadrze na pewno byłoby dla niego pomocne.

Na Wembley pana zdaniem pojedziemy jak na pożarcie?

- Obecna sytuacja i fakt, że Wembley nie będzie atutem Anglików ze względu na puste trybuny, daje nam szansę na punkty. Anglia na pewno będzie faworytem, ale reprezentacja Polski nie stoi na straconej pozycji. Mamy wielu zawodników, którzy grają w Serie A, mamy Bednarka z Southampton, Jakub Moder powoli przebija się w Brighton... To pokazuje, że nie można nas skreślać. Mecz zaczyna się zawsze od wyniku 0-0. Ważne będzie zneutralizowanie Harry’ego Kane’a. Jeśli uda się to zrobić, część zadania zostanie już wykonana.

Wspomniał pan o Moderze. Jak ocenie pan jego przeprowadzkę na Wyspy Brytyjskie i pierwsze miesiące w nowym klubie?

- Od dłuższego czasu byłem fanem talentu Modera. Gdy widziałem go w akcji po raz pierwszy miał 15 lat. Patrząc na jego umiejętności piłkarskie - operowanie futbolówką, pierwszy kontakt z piłką i strzał na bramkę - jest co chwalić. Trzeba przy tym podkreślić, że jego motoryka jest na bardzo dobrym poziomie, bo Kuba już w Ekstraklasie biegał po 12 kilometrów na mecz i potrafił grać na różnej intensywności. Jego transfer to świetna decyzja włodarzy Brighton i na ten moment ten klub to dobre miejsce dla niego.

A jak pan wspomina swoje występy w Anglii? Z perspektywy czasu gra na Wyspach i występy w Premier League stanowią dla pana spełnienie piłkarskich marzeń? A może są pewne decyzje czy sytuacje, których pan żałuje, jak choćby anulowanie poprawnie zdobytej bramki w debiucie z Liverpoolem w barwach Tottenhamu?

- Jedyną błędną decyzją w mojej karierze była przeprowadzka na Cypr w wieku 32 lat. Mogłem zostać jeszcze na jeden sezon w Anglii, gdyż miałem ważny kontrakt w FC Reading. Poza tym żałować mogę jeszcze tylko tego, że dwa razy przegrałem baraże o awans do Premier League i moje zespoły, w których byłem najlepszym strzelcem, nie grały w elicie. Gdy trafiłem do Tottenhamu zdawałem sobie sprawę, że przede mną bardzo trudne zadanie. Moimi rywalami w walce o skład byli Robbie Keane i Jermain Defoe, którzy łącznie strzelili chyba z 300 goli w Premier League, nie mówiąc o ich trafieniach w reprezentacjach i europejskich pucharach. Z mojego pobytu w Anglii wyciągam więc wyłącznie pozytywy. Na Wyspach rozegrałem łącznie 208 meczów, strzeliłem 72 gole, do tego dołożyłem kilkadziesiąt asyst.

No właśnie - Keane, Defoe, Adam Lallana, Michael Carrick, młody Gareth Bale... Lista gwiazd futbolu, z którymi dzielił pan szatnię, jest pokaźna. Kto z nich robił największe wrażenie podczas treningów?

- Wyjątkowym piłkarzem i numerem jeden był chyba Robbie Keane. Zawsze żartowałem, że podczas zajęć strzeleckich na 10 uderzeń strzelał 11 goli, bo gdy piłka wpadała do siatki i wracała do niego, zawsze zdołał ją dobić. Jego wykończenie połączone z siłą, precyzją, wyczuciem i inteligencją każą mi postawić go na pierwszym miejscu. Nie da się jednak ukryć, że po prostu na Wyspach miałem wokół siebie znakomitych piłkarzy. Poza wymienionymi należeli do nich chociażby jeszcze: Edgar Davids czy Gylfi Sigurdsson, o którym nie mogę zapomnieć. Gdy Anglia mierzyła się z Polską na Old Trafford, pięciu moich kolegów z Tottenhamu było powołanych do reprezentacji Anglii. To pokazuje z jak świetnymi piłkarzami dzieliłem szatnię.

A patrząc z drugiej strony - starcia z którymi rywalami śnią się panu do dzisiaj w nocnych koszmarach?

- Zdecydowanie przyjemniej grało mi się przeciwko Jamiemu Carragherowi, Johnowi Terry’emu czy Rio Ferdinandowi niż przeciwko Samiemu Hyypii. To był taki piłkarz, który w powietrzu radził sobie bardzo dobrze i trudno było go pokonać. Był inteligentny i świetnie czytał grę. Pod tym względem na pewno bardzo mi imponował. Nie wszyscy jednak go doceniali, bo gra w słabszej reprezentacji Finlandii nie pozwoliła mu występować na wielkich imprezach w kadrze.

W pracy agenta piłkarskiego kluczowe są kontakty. Utrzymuje je pan wciąż z kolegami z angielskich boisk?

- Jak najbardziej. Kontaktów mam na pewno wystarczająco dużo. One wcześniej czy później na pewno będą procentować.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Skoro mowa o Anglikach, chciałem wrócić do meczu rozegranego w 2004 roku w Chorzowie. Przegraliśmy wówczas 1-2. Gola samobójczego strzelił  wtedy Arkadiusz Głowacki, ale to pan mocno "oberwał po głowie". Pan zdaje się zawsze podchodził do tego z dystansem, ale w głębi duszy ta cała "szyderka" nie bolała?

- Ja gola samobójczego nie strzeliłem, nie zmarnowałem wielu sytuacji i powiem krótko - mecz z Anglią był moim pierwszym oficjalnym spotkaniem od dłuższego czasu, bo po moim epizodzie w Groclinie nie grałem. Przez ten pryzmat może ktoś mnie źle odebrał. Ale de facto to po tym właśnie meczu trafiłem na Wyspy. Ze względu na przepisy czekałem wówczas na zarejestrowanie w Sienie i mecz z Anglią był decydujący w kwestii transferu do Anglii. Szczerze powiedziawszy o ofercie z Derby County, a po tym meczu także z kilku innych angielskich zespołów, wcześniej nie wiedziałem. To pokazuje, że jednak fachowcy wiedzieli co robią.

Myślę, że jest pan idealnym rozmówcą przed najbliższymi meczami kadry, bo nie dość, że długo grał pan w Anglii, to jeszcze dobrze wspomina pan jedno z ostatnich starć z Węgrami z 2003 roku, gdy zanotował pan dwie asysty przy trafieniach Andrzeja Niedzielana. Był to mecz dość specyficzny, ponieważ radość z wygranej, pierwszej w historii w Budapeszcie, przyćmiła jednak utrata szans na występ w barażach o Euro 2004. Co zostało panu w pamięci z tamtego spotkania?

- Mecz z Węgrami był na dobrą sprawę moim pierwszym testem w reprezentacji, bo wcześniej wszedłem na 20 minut ze Szwecją i dwa razy grałem w meczach towarzyskich. Tamto starcie wspominam bardzo dobrze. Wygraliśmy 2-1. To był ostatni mecz eliminacji. Tylko zwycięstwo dawało nam szansę na grę w barażach. Gdy wspominam ten mecz muszę przyznać, że Andrzej wykonał kawał dobrej roboty, finalizując dwie akcje, ale bez moich podań tych goli by nie było. Zagrać piłkę prostopadłą prawą i lewą nogą w jednym meczu to chyba coś, co zasługuje na słowa pochwały.

Skoro jesteśmy przy reprezentacji Węgier, powiedzieliśmy już sporo o trudnym meczu, który czeka nas na Wembley, ale w tym momencie najważniejsze jest spotkanie właśnie z Madziarami i może się ono okazać kluczowe w kontekście całych eliminacji.

- Spotkanie z Węgrami jest bardzo ważne. Przede wszystkim jest to pierwszy mecz jeśli chodzi o nasze zmagania w eliminacjach. Wiemy doskonale, jaka obecnie jest sytuacja na świecie. W ostatnim czasie reprezentacja nie rozegrała zbyt wielu spotkań, na mecz Biało-Czerwonych czekamy od listopada. Jest nowy sztab szkoleniowy i nowe ustawienie. Dla piłkarzy nie będzie to jednak wielka niespodzianka. Myślę, że zawodnicy szybko przygotują się do meczu z Węgrami. Jesteśmy faworytem i tylko zwycięstwo może nas ucieszyć.

Jakie ma pan oczekiwania względem Paulo Sousy i gry jego reprezentacji?

- Paulo Sousa był przede wszystkim świetnym piłkarzem. I w Borussii Dortmund, i w Juventusie był zawodnikiem środka pola, który grał agresywnie i potrafił poderwać zespół do walki. Miał świetną karierę piłkarską i trzeba podkreślić że trenerską - jak dotąd - również. Chcę więc zobaczyć piłkarzy reprezentacji Polski, którzy będą monolitem i zaprezentują agresję w grze oraz chęć zwycięstwa. Jestem przekonany, że trener Paulo Sousa będzie miał podobne wymagania.

Na koniec zadam panu pytanie, które usłyszał także Robert Lewandowski podczas konferencji prasowej. Jaki dorobek punktowy reprezentacji zadowoli pana po trzech nadchodzących meczach?

- Liczę na dwa zwycięstwa - z Węgrami i Andorą, a jeśli z Anglią stracimy punkty, nie będzie dramatu. Trudno jednak mówić przed meczem o zadowoleniu. Piłkarze wyjdą na murawę po to, by zdobyć dziewięć punktów. Ucieszy mnie na pewno sensacyjne, pierwsze w historii zwycięstwo na Wembley, bo to byłoby wielkie wydarzenie.

Rozmawiał Tomasz Brożek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje