Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Anglia - Polska. Stanisław Oślizło: Zremisowaliśmy też w 1966 roku

Kamil Glik w meczu z Andorą wrócił do gry w podstawowym składzie reprezentacji Polski. W środę z Anglią na Wembley też z pewnością będzie kierował grą defensywną naszej jedenastki. Ze starć z Wyspiarzami ma zresztą dobre wspomnienia.

Z Andorą Glik, podobnie jak cała nasza defensywa, nie napracował się zbyt mocno, bo w przeciągu całego spotkania rywal ani razu nie zagroził naszej bramce. Swoje jednak zrobił dyrygując z tyłu młodszymi kolegami. Tym bardziej szkoda, że w pierwszym eliminacyjnym meczu z Węgrami w Budapeszcie na Puskas Arena, selekcjoner Paulo Sousa nie wystawił go od początku.

"Glik to sprawdzony facet"

Takiej decyzji trenera polskiej kadry nie rozumie też Stanisław Oślizło, jeden z najlepszych stoperów w historii polskiej piłki, który w narodowych barwach w latach 1961-71 wystąpił 57 razy, w wielu spotkaniach pełniąc funkcję kapitana. - To było dla mnie ogromne zaskoczenie, kiedy w meczu z Węgrami nie pojawił się w wyjściowym zestawieniu. Glik to przecież sprawdzony facet i sprawdzony stoper. Nigdy w swojej karierze nie miał poważnej wpadki, żeby z jego błędu coś złego nas dotknęło. Owszem, zdarzyła mu się jakaś samobójcza bramka, ale to było tak jednorazowo, a tak to zawsze należał do wyróżniających się zawodników. Tym bardziej więc było dziwne, że z Węgrami nie grał od początku - mówi Stanisław Oślizło, była gwiazda Górnika Zabrze.

Reklama

Na szczęści z Andorą Glik grał już od początku. Niedzielne spotkanie w Warszawie był już jego 81. występem w narodowych barwach, w których zdobył dotąd sześć bramek. Jednego z najważniejszych goli strzelił właśnie Anglikom. Było to w eliminacjach mistrzostw świata do mundialu w Brazylii, kiedy w październiku 2012 roku pokonał w meczu w Warszawie po strzale głową Joe Harta. Tamten mecz zakończył się wtedy remisem 1-1.

Jak będzie teraz na Wembley? Stanisław Oślizło pamięta nasz pierwszy mecz z Anglikami w historii. Było to w styczniu 1966 roku w Liverpoolu, gdzie z późniejszym mistrzem świata zremisowaliśmy 1-1. Po raz pierwszy w karierze pełnił wtedy funkcję kapitana. - To było towarzyskie spotkanie. Prowadziliśmy wtedy 1-0 po golu Jerzego Sadka, a w końcówce wyrównał Bobby Moore. Tamto spotkanie, tamten wynik został potem przyćmione przez remis kadry Górskiego, który dał nam awans na mistrzostwa świata. Jak będzie teraz? Taki wynik remisowy nie byłby zły. Zawsze, jak na wyjeździe zdobywa się punkt, a potem wygrywa u siebie, to jest dobrze i jest się liderem. Na pewno trzeba będzie jednak walczyć - podkreśla pan Stanisław przed środowym starciem w Londynie.

Michał Zichlarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje