Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Anglia - Polska. Marek Citko: Kochałem mecze z wielkimi rywalami. W nich można przejść do historii

- Polska ma świetne pokolenie piłkarzy, z Robertem Lewandowskim na czele. To kluczowy rok, z Euro i eliminacjami mundialu. Chciałbym, by Paulo Sousa wykorzystał nasz potencjał tak jak zrobili to Chorwaci - mówi Marek Citko, strzelec gola na Wembley w 1996 r. Mecz Anglia - Polska w środę o godz. 20.45.

Marek Citko: Miałem nadzieję, że Robert Lewandowski strzeli kilka goli na Wembley i wtedy dziennikarze już przestaną do mnie dzwonić przed kolejnymi meczami reprezentacji Polski w Anglii. Ale trudno, słucham.

Bartosz Nosal, Sport.Interia.pl: Ile razy odtwarzał pan w tv mecz Anglia - Polska na Wembley ze swoim golem? Gdybyśmy zadzwonili teraz do Sebastiana Mili, to pewnie by właśnie oglądał swoją bramkę z Manchesterem City albo z Niemcami na zapętleniu.

- Ani razu. Serio. Nie oglądałem powtórki ani meczu Widzew - Atletico, ani meczu Anglia - Polska na Wembley. Może jeszcze jestem za młody, by patrzeć wstecz? Te bramki dały mi satysfakcję i radość, przy tej z Atletico, gdzie lobowałem Molinę, pokazałem pewien kunszt. Gol z Wembley był jakimś przejściem do historii, bo ciągle czekano, kto będzie następnym strzelcem po Janie Domarskim. Cieszę się, że było mi dane zagrać z renomowanymi przeciwnikami i pokazać klasę czy odwagę, ale naprawdę staram się myśleć do przodu. Było minęło. A satysfakcja ze strzelonego gola jest inna, gdy to wygrany mecz, a inna, gdy przegrany. Tamte mecze przegraliśmy.

Reklama

Na Wembley prowadziliście 1-0 po pana szybko strzelonym golu. Razem z Piotrem Nowakiem robiliście na boisku, co chcieliście. Mnóstwo dryblingów, podania piętą. Gascoigne, McManaman i Ince mieli przez pana założone "siatki"...

- Kochałem mecze z wielkimi rywalami, bo to była okazja, by się sprawdzić, by się pokazać na arenie międzynarodowej. Pamiętam z boiska, że na Wembley graliśmy na świetnym poziomie. Długo utrzymywaliśmy się przy piłce. Piłkarsko naprawdę dawaliśmy radę, czym Anglicy byli mocno zaskoczeni. Wembley nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenie, bo grałem już z Widzewem w Lidze Mistrzów. Nie mogłem się doczekać tego meczu, bo angielskie media nas lekceważyły, chodziły w gazetach teksty nas ośmieszające. Chciałem pokazać, że Polak potrafi. Przegraliśmy po błędach w obronie, zabrakło też trochę skuteczności.

Zwłaszcza do straty gola to był taki koncert reprezentacji Polski, że nawet Marek Jóźwiak jechał z Davidem Beckhamem jak z juniorem i gdyby ktoś przeciął jego dośrodkowanie, byłoby 2-0. Jak to w ogóle brzmi, Marek Jóźwiak ośmieszający Davida Beckhama. Chyba musimy polecić wszystkim wideo z całym meczem Anglia - Polska na stronie Biblioteki Łączy Nas Piłka, bo jak ktoś tego nie pamięta, to nie uwierzy.

- Mieliśmy ciekawą drużynę. W ofensywie oprócz mnie i Piotrka Nowaka świetnie spisywali się też Henryk Bałuszyński i Krzysztof Warzycha. Zadaniem naszej czwórki był praktycznie tylko atak, o obronę mieli się martwić inni. To było odważne ze strony trenera. Wydaje mi się, że ani we wcześniejszych meczach z Anglią na przełomie lata 80. i 90., ani później, nie wyszliśmy na Wembley tak ofensywnie nastawieni. Ważna była też nasza pewność siebie, przygotowanie mentalne.

To ciekawe, bo trener Antoni Piechniczek nie uchodzi za wielkiego motywatora, a ten, o którym tak się mówi, czyli Janusz Wójcik, wyszedł na Wembley w 1999 r. kompletnie przestraszony, z siedmioma piłkarzami tylko do przeszkadzania, co symboliczne - z obrońcą Rafałem Siadaczką z numerem 9.

- Na naszych odprawach nie było wtedy za dużo mowy o rywalach, straszenia wspaniałą Anglią, która dopiero co prawie wygrała Euro 1996 u siebie. Trener Piechniczek skupiał się na naszej drużynie, na tym, jak mamy grać. Uważam, że to dobre podejście, bo gdy trenerzy za mocno wałkują, na kogo i na co trzeba uważać, często w głowach piłkarzy rodzi się niepewność i bojaźń.

Bojaźń w Januszu Wójciku wywołała porażka 0-5 młodzieżówki w przededniu meczu pierwszych reprezentacji. Was młodzież mogła podbudować, bo zremisowała 0-0 w Wolverhampton.

- Tak, pamiętam, że oglądaliśmy mecz reprezentacji do lat 21 w hotelu, nasi fajnie wtedy zagrali.

Uważam, że ten mecz Anglia - Polska z jesieni 1996 r., miał wszystko, by stać się mitem założycielskim tamtej reprezentacji Antoniego Piechniczka, takim jak później Portugalia dla Leo Beenhakkera i Niemcy dla Adama Nawałki. Miał wszystko oprócz wyniku.

- Za łatwo przegraliśmy. Pamiętam, co czułem, gdy schodziłem z boiska po ostatnim gwizdku. To nie była złość, że nie zremisowaliśmy. Nie, to było wkurzenie, że nie pokonaliśmy tego dnia Anglii. Wielki niedosyt. Są takie mecze, takie okoliczności, które umożliwiają przejście do historii - to był jeden z nich. Mogliśmy wygrać w Anglii. To naprawdę było tego dnia do zrobienia. Po takim zwycięstwie zupełnie inaczej by nam się grało w kolejnych meczach, choć oczywiście o awans wciąż byłoby trudno, bo w grupie mieliśmy jeszcze Włochów.

Teraz przed szansą na swój mit założycielski stoi reprezentacja Paulo Sousy, ale nasze możliwości w Anglii mocno zmniejsza kontuzja Roberta Lewandowskiego.

- To szansa dla innych w drużynie. Reszta piłkarzy często chowała się za plecami Roberta. To będzie okazja, by się przekonać o ich realnej klasie. Mamy eliminacje do mundialu, ale za chwilę jest też Euro. Te mecze dadzą nam odpowiedzi, kto jest w stanie dobrze zagrać pod presją, przeciw klasowemu rywalowi, a kto nie. Przy paru nazwiskach pojawią się plusy, przy innych znaki zapytania. Takie mecze z dobrymi przeciwnikami tworzą naszą historię.

Mecz z Anglią będzie podsumowaniem tych trzech meczów za Paulo Sousy. Pierwsze dwa oceniam na takie 3+. Będzie jeszcze wciąż sporo pytań, ale dostaniemy też kilka odpowiedzi, również co do selekcjonera. Na razie Paulo Sousa ma kredyt zaufania, ale parasol ochronny może szybko zniknąć. Polscy kibice będą coraz więcej wymagali, bo mamy pokolenie bardzo dobrych piłkarzy, z najlepszym piłkarzem świata na czele. Przypomina mi się Chorwacja, w której pokolenie świetnych piłkarzy z Modriciem wykorzystało swój moment i zdobyło wicemistrzostwo świata. Dla tego polskiego pokolenia ten rok jest kluczowy, mamy turniej i eliminacje do kolejnego. Paulo Sousa musi wykorzystać nasz potencjał.

W którym z polskich piłkarzy, oprócz Roberta Lewandowskiego, dostrzega pan największą przebojowość i umiejętności techniczne? W którym jest cząstka tego Marka Citki, o którym Tomasza Hajto w swojej książce pisał, że w meczu kontrolnym z Emiratami Arabskimi nie podawał do lepiej ustawionych kolegów, bo ćwiczył swój nowy zwód?

- Haha, koledzy czasem się na mnie złościli, ale tłumaczyłem im, że przecież od tego są sparingi, by coś doskonalić. Jedynym z reszty piłkarzy reprezentacji Polski, który nie boi się iść do przodu, jest Kamil Jóźwiak. By zrobić przewagę na boisku, trzeba być odważnym i mieć technikę użytkową. Kamil Jóźwiak podejmuje ryzyko i dlatego po tych dwóch ostatnich spotkaniach jest tak chwalony. Czekam na odpowiedź Piotra Zielińskiego, bo na pewno ma niesamowite umiejętności, ale wciąż nie może pokazać całego swojego potencjału w reprezentacji Polski.

Kamil Jóźwiak gra w Anglii, do której też mógł pan przejść krótko po występie na Wembley. Ile ofert dla pana, oprócz tej słynnej z Blackburn, było wtedy realnych?

- Wtedy nie miałem swojego agenta, więc wszystkie propozycje wpływały do klubu, do prezesów Widzewa. Na pewno na stole było co najmniej 7-8 ofert. Liverpool, Arsenal, Blackburn, Bayer Leverkusen, Atletico Madryt i przede wszystkim AC Milan oraz Inter Mediolan. Problem polegał na tym, że tylko Blackburn płaciło tyle, ile żądał Widzew [9 mln dolarów; Inter miał na cały transfer 10 mln, ale już razem z trzyletnią pensją dla piłkarza; oferty złożyły też Everton, Udinese, West Ham - przyp. BN]. Uznałem, że jestem za młody, by brać pierwszą lepszą ofertę. Pod względem sportowym byłem zainteresowany lepszymi klubami niż Blackburn. A na pieniądze przy tym wyborze w ogóle nie patrzyłem.

Rozmawiał Bartosz Nosal

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL