Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Węgry – Polska. Paulo Sousa i duży bałagan. Selekcjoner stworzył problemy, które później sam rozwiązał

To nie był wymarzony debiut Paulo Sousy. Największe pretensje selekcjoner reprezentacji Polski może mieć jednak do siebie, bo kilkoma decyzjami wprawił zespół w konsternację. Ostatecznie o remisie 3-3 z Węgrami nie zdecydowała żadna magiczna taktyka, a indywidualne umiejętności polskich piłkarzy.

Decyzje personalne: Helik i Szymański zawiedli

Paulo Sousa zdecydował się na dość zaskakujące ustawienie personalne kadry. Występującego w Barnsley na półlewej obronie Michała Helika wystawił na środku defensywy, natomiast z grającego w Southampton na środku Jana Bednarka zrobił... półlewego stopera. Na swojej flance zameldował się co prawda Bartosz Bereszyński, ale on w tym sezonie Serie A niemal we wszystkich meczach grał jako klasyczny prawy obrońca. Dodatkowo na wahadle portugalski trener dał szansę Sebastianowi Szymańskiemu, który w Dynamie Moskwa co prawda imponuje, ale w środku pola.

Szybko okazało się, że eksperymenty Sousy nie wypaliły i już w pierwszej połowie selekcjoner mógł złapać się z rozpaczy za bujną czuprynę. W kontekście bardzo słabej gry tym bardziej groteskowo prezentowały się decyzje o pozostawieniu na ławce rezerwowych Macieja Rybusa i Kamila Glika. Tego drugiego zabrakło na boisku szczególnie przy golu Adama Szalaia, kiedy należało najprostszym możliwym środkiem wyekspediować piłkę hen daleko. Na szczęście Portugalczyk postanowił naprawić swój błąd i w już 58. minucie Glik zastąpił nieco stremowanego Helika.

Reklama

Na wielki plus Sousy należy zapisać nie tylko zmianę Glika, ale także wpuszczenie na murawę Krzysztofa Piątka i Kamila Jóźwiaka. To właśnie ten duet między 60., a 61. minutą pokonał Pétera Gulácsiego i dał Polsce trochę nadziei. Natomiast mimo to szkoda niewykorzystania od początku Jóźwiaka, który pokazał się ze świetnej strony.

Przygotowanie taktyczne: Polacy nijacy

Polacy długimi fragmentami meczu fatalnie prezentowali się w ataku pozycyjnym, nie potrafiąc utrzymać się przy piłce na połowie rywala. Problem widoczny był szczególnie w środku pola. Nie funkcjonowały także nasze skrzydła, które miały siać postrach w węgierskiej defensywie, a swoją aktywność ograniczyły do kilku nieudanych wrzutek Arkadiusza Recy. Nijakość naszych wahadeł obnażył zresztą wspomniany Jóźwiak, który w pół godziny zrobił więcej zamieszania niż Reca oraz Szymański razem wzięci...

Sporo problemów przysporzyło Polsce wysokie ustawienie obrony, do czego dużą wagę przyłożył Sousa. Okazało się, że Biało-czerwoni nie byli przygotowani na prostopadłe piłki Węgrów, które są przecież ich znakiem rozpoznawczym. Dzięki takiemu rozwiązaniu padł zresztą gol Rolanda Sallaiego, który dostał długie podanie od Attili Fioli. W pewnym momencie kolejny kros Węgrów musiał przeciąć tuż za polem karnym Wojciech Szczęsny, który tym razem skorzystał nie z dłoni, a z... głowy.

O punkcie wywiezionym z Budapesztu zdecydowała nie taktyka, o której w kontekście Sousy napisano tak wiele, a - tak jak przewidział Lewandowski - indywidualne umiejętności: gaz Jóźwiaka, snajperski nos Piątka i strzelecka klasa "Lewego".

Wykorzystanie Lewandowskiego: Jedna szansa, jeden gol

To był niełatwy mecz dla Lewandowskiego. W Bayernie Monachium snajper raz za razem obsługiwany jest przez kolegów dokładnymi podaniami. W czwartek natomiast długo nie mógł doczekać się choćby jednego dobrego dogrania. Wróciły obrazki z najciemniejszych momentów kadencji Jerzego Brzęczka, gdy bezradny Lewandowski musiał pomagać w rozegraniu piłki, bo inni kadrowicze nie dawali sobie z tym rady.

Podobnie było w Budapeszcie - w pierwszej połowie kilkukrotnie widzieliśmy snajpera Bayernu biegającego w okolicach linii środkowej boiska. A przecież Lewandowski najgroźniejszy jest nie w kole środkowym, a w "szesnastce" rywala. Przekonaliśmy się o tym w 83. minucie, kiedy 32-latek dostał podanie od Bereszyńskiego i z zimną krwią huknął nie do obrony. Można tylko żałować, że Lewandowski nie był przez kolegów eksploatowany częściej, bo wtedy do kraju Polacy mogliby przywieźć nie punkt, a trzy.

Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje