Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Reprezentacja Polski. Bez Kamila Glika defensywa kuleje. Przekonał się o tym kolejny selekcjoner

Paulo Sousa rozpoczął zmiany w składzie reprezentacji Polski od posadzenia na ławce Kamila Glika. Kiedyś w ten sam sposób przygodę z kadrą zaczął Adam Nawałka. Obaj przekonali się, że bez Glika obrona przypomina auto bez jednego koła. I obaj do blondwłosego stopera szybko wrócili. Po marcowych meczach wniosek jest jeden: bez 33-latka trudno wyobrazić sobie polską defensywę.

Marcowe mecze eliminacji mistrzostw świata były dla Paulo Sousy pierwszą okazją, aby przetestować polskich piłkarzy. Selekcjoner zmiany rozpoczął od przemeblowania obrony, czego ofiarą stał się Kamil Glik. Doświadczony stoper usiadł na ławce w Budapeszcie, ale Sousa szybko zrozumiał, że był to błąd. Portugalczyk to kolejny trener, który zaczął kadencję od odsunięcia Glika i przekonał się, że to zły pomysł.

Skreślony przez Nawałkę. Na chwilę

W październiku 2013 roku reprezentanta Polski prowadzona przez Waldemara Fornalika przegrała z Anglią na Wembley. Tuż po meczu selekcjoner wybrał się na konferencję prasową, a w kierunku szatni pomaszerował wybrany rok wcześniej na prezesa PZPN Zbigniew Boniek. Choć piłkarze byli jeszcze rozgrzani przegranym 0:2 spotkaniem, Boniek od razu zaatakował, mając pretensję o brak zaangażowania i sił. Anonimowa na początku uwaga skierowana była wprost do Glika, który - jak na charakternego Ślązaka przystało - wstał i wdał się z prezesem w słowną utarczkę.

Reklama

Mecz z Anglią był końcem eliminacji mistrzostw świata, a jednocześnie pożegnalnym spotkaniem Fornalika. Tydzień później jako nowego selekcjonera Boniek przedstawił Adama Nawałkę. Gdy ten wysłał premierowe powołania, na liście zabrakło... Glika. To wywołało w piłkarzu Toino wielką złość i frustrację (choć niedługo po powołaniach odpowiedział strzelając bramkę w meczu z Livorno). To paradoks, że Nawałka pominął Glika a priori, a to właśnie on został liderem i najpewniejszym elementem obrony, która była kamieniem węgielnym awansów na Euro 2016 i mistrzostwa świata 2018.

W przypadku tej drugiej imprezy wyszło na jaw jak wiele znaczył blondwłosy stoper. Jego kontuzja na zgrupowaniu w Arłamowie najpierw zmroziła kolegów i trenera, a później podłamała zespół, który w meczach z Senegalem i Kolumbią był bezradny.

Dlaczego Glik usiadł na ławce?

Tym bardziej dziwiła decyzja Sousy, który - podobnie jak Nawałka - roszady rozpoczął od Glika. I choć 33-latek nie jest już tym samym obrońcą, który razem z AS Monaco walczył w półfinale Ligi Mistrzów i za którego Tottenham Hotspur oferował miliony funtów, to odsunięcie go od składu było szokiem. Portugalczyk wysyłał co prawda sygnały, że chce, aby obrona grała wysoko, a Glik - któremu daleko jest do Usaina Bolta - do takiej gry niezbyt się nadaje. Jeszcze bardziej zaskakujące były słowa selekcjonera, który w rozmowie z Marcinem Feddkiem z Polsatu Sport przyznał, że posadził Glika na ławce, bo w Budapeszcie chciał skorzystać z piłkarzy... wysokich. Dla wyjaśnienia: Jan Bednarek ma 189 cm, Michał Helik 191 cm, natomiast Glik... 190 cm.

Tak czy inaczej teoria szybko została zweryfikowana przez życie. W praktyce to właśnie Glikiem ratował się Sousa w 60. minucie meczu z Węgrami, gdy piłkarz Benevento Calcio zastąpił elektrycznego i niepewnego Helika. Również w środę na Wembley, po ponad siedmiu latach od spięcia z Bońkiem, Glik należał do najlepszych na boisku.

Stary, ale jary

Nie jest żadną tajemnicą, że Glik ma swoje ograniczenia. Nie wyprowadza piłki jak Gerard Piqué, nie dysponuje dynamiką jak Raphaël Varane. Ale niewielu polskich defensorów potrafi nadrabiać braki tak, jak ustawianiem się robi to Glik. Wyszlifowany piłkarsko w miłującej taktykę Serie A stoper potrafi znakomicie odnaleźć się w dwóch systemach: z czwórką oraz z trójką obrońców (grał tak m.in. w Torino). A na dodatek potrafi się znakomicie odnaleźć w polu karnym i dać reprezentacji gola strzelonego głową. Dodatkowym atutem Glika jest charyzma i szacunek, jakim cieszy się wśród kadrowiczów. Zapracował na niego przez ponad dekadę - czasami podejmując duże ryzyko i grając z kontuzją na tzw. "blokadzie". Tak jak w 2013 roku na... Wembley.

Można więc zachwycać się talentem Sebastiana Walukiewicza, techniką Pawła Dawidowicza czy bramkami strzelanymi w Championship przez Michała Helika, ale po marcowych meczach eliminacyjnych wniosek jest jeden: trudno wyobrazić sobie polską defensywę bez Glika. Nawet z jego mankamentami i stylem gry, który był na czasie piętnaście lat temu. W tym przypadku jednak trzeba powiedzieć: stary, ale jary.

Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje