Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Paulo Sousa dla Interii: Miałem wiele ofert, ale wszystkie odrzuciłem

Czy chodzi tylko o to, żebym bywał w Polsce? Zrobił zdjęcie? Porozmawiał z ludźmi? Myślę, że przez to tracimy czas. A tego nie chcę. Muszę być fair. Pozwólcie mi być sobą, szczerym oraz konkretnym - przekonuje w rozmowie z Interią i kanałem "Po Gwizdku" selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa. Pierwszą część rozmowy opublikowaliśmy w sobotę.

Tu zobacz pierwszą część rozmowy Sebastiana Staszewskiego z Paulo Sousą.

Sebastian Staszewski, Interia: - Po wygranym meczu z Albanią powiedział pan, że "Robert Lewandowski robi dużą różnicę, ale reszta zespołu nie jest na tym samym poziomie, co on". Czy wzniesienie kadry na poziom Lewandowskiego to dziś pana największe wyzwanie?

Paulo Sousa: - Wyzwaniem dla mnie było zrozumienie Lewandowskiego jako kapitana. Poziom jego kolegów w Bayernie jest inny niż w kadrze, inny jest czas ich wspólnego grania, uwzględniając mentalność. Dlatego to ważne, aby emocje "Lewego", jego koncentracja i wysokie oczekiwania były zrównoważone. Bo jego energia wpływa na cały zespół. Kiedy masz bardzo wysoką energię, wysokie oczekiwania - oczekujesz dużych rzeczy - czasami możesz źle wpływać na drużynę. Dlatego musisz zbalansować frustrację, oczekiwania. I to było duże wyzwanie. Dziś już znacznie bardziej nadajemy na tej samej częstotliwości: Lewandowski, drużyna, ja, trenerzy. Jest nam dużo łatwiej.

Reklama

Ale Lewandowski to wciąż Lewandowski. Piłkarz z innej półki.

- Rozumiem ludzi, bo każdy z nich ma swoją własną drogę, ale lubię mówić to, co myślę; robię to naturalnie, żeby wszystko było jasne. A więc Cristiano, Messi czy Robert - wszyscy oni są inni niż reszta. Musimy to zaakceptować. Są inni. I ich koledzy także zdają sobie z tego sprawę. Ale to nie znaczy, że zasady w drużynie są dla nich różne. Nie, są takie same. Charakterystyka zawodników i ich poziom są różne, ale zasady są takie same. Bo dla mnie najważniejsza zasada jest taka, że drużyna składa się z wszystkich piłkarzy oraz trenerów. Z każdego z nich. W drużynie narodowej jedna osoba może popsuć wszystko. A my powinniśmy iść w jednym kierunku, chociaż jesteśmy różni. Myślę, że największym wyzwaniem było to, aby na początku sprawić, by piłkarze uwierzyli, że z naszymi atutami możemy rywalizować z każdym. I to, aby jeszcze lepiej zrozumieć jakość tych zawodników i zaadaptować ich do dynamiki gry oraz oczekiwań, jakie mam wobec nich w kadrze.

Praca z Robertem to także wyzwanie? Lewandowski ma w swoim życiorysie Jürgena Kloppa, Carlo Ancelottiego, Pepa Guardiolę, a ostatnio Juliana Nagelsmanna. A więc to zawodnik, który też ma pewne oczekiwania wobec trenera. Zarządzanie supergwiazdą jest trudne?

- Tak już jak mówiłem, to duże wyzwanie, bo Robert jest bardzo wymagającym we wszystkich sprawach. I musimy być na to przygotowani. Nie chodzi nawet o to, że był wcześniej trenowany przez innych szkoleniowców i osiągał z nimi duże sukcesy. Raczej chodzi o jego samego, bo jest człowiekiem mającym duże oczekiwania. Być częścią tego jest dla mnie czymś niesamowitym.

Lewandowski to najlepszy piłkarz z jakim pan pracował?

- Jest inny niż pozostali, ale tak... Robert ciągle się rozwija. Dlaczego jest w miejscu, w którym jest? Bo ciągle zadaje pytania. Kiedy przygotowujesz mecz pod względem taktyki czy strategii, on zawsze pyta, bo myśli o piłce, myśli o niej z perspektywy wygrywania. Chce zrozumieć wiele kwestii. A to sprawia, że przy nim rośniemy i jesteśmy przygotowani na wiele spraw. Patrząc na to z tej strony, uwzględniając wszystko, taki jest Robert. Co więcej, w reprezentacji Polski pracuje cztery, pięć razy ciężej niż w Bayernie. Także fizycznie. Biorąc to wszystko pod uwagę, jest jednym z najlepszych...

Czy jest najlepszym piłkarzem jakiego kiedykolwiek pan spotkał? Grał pan z Figo, Baggio...

- Najbardziej kompletnym zawodnikiem, przeciwko któremu grałem, był Zinedine Zidane. Zawsze to powtarzam. Technicznie najlepszy był za to Roberto Baggio, był niesamowity. W tamtym czasie miałem też okazję spotkać Gianlucę Vialliego, który był wtedy napastnikiem nowoczesnym. Tak jak Robert strzelał lewą nogą, prawą, uderzał głową, był bardzo wymagający taktycznie, bardzo dobrze rozumiał przestrzeń, pracował także na swój zespół bez piłki. I Robert jest dziś na tym poziomie.

Jest najlepszy na świecie?

- Robert? Dla mnie to obecnie najbardziej kompletny piłkarz.

Kto więc będzie miał przywilej gry z nim w ataku? Jest Adam Buksa, który ostatnio strzela gole, jest grający solidnie Karol Świderski i Krzysztof Piątek, który powoli wraca do kadry.

- Wszyscy z nich będą grać z Robertem... Bo w trakcie meczu potrzebujemy być zawsze pełni sił. Mówiłem już, że kiedy Milik będzie zdrowy i gotowy do gry, będzie naszym kolejnym napastnikiem. Dzięki temu możemy mieć chyba najlepszą grupę w ataku. Wierzyłem w to od samego początku. W ofensywie mamy topowych zawodników, drużyna ich potrzebuje. I będzie z tego korzystać. Wyniki, które osiągamy, mamy dzięki zdobytym bramkom, stwarzanym sytuacjom, kreatywności w ataku. I to mamy zamiar robić, więcej, więcej. Im wyższą siłę ataku mamy, tym mamy więcej możliwości do zdobywania bramek oraz wygrywania. Potrzebujemy świeżości, zaadaptowania napastników do drużyny, bo każdy z nich jest całkiem inny. Będziemy więc podejmować decyzje w zależności od momentu meczu czy strategii, ale żeby wygrywać, potrzebujemy ich gotowości.

Jeśli mam być szczery, to czasami bardzo trudno jest zrozumieć pana decyzje. Na przykład Karol Linetty nie grał w kilku spotkaniach, ale pojawił się w podstawowym składzie na mecz ze Słowacją. Kamil Glik nie wystąpił w Budapeszcie, a później zagrał z Anglią. Tymek Puchacz nie grał przeciwko Albanii, ale wystawił go pan na San Marino i Anglię. Tak samo jak Adam Buksa, który ostatecznie wyszedł w składzie na Anglików. To pana sposób zarządzania drużyną? Zaskakiwanie? Czy to pana styl, bo wciąż poszukuje pan nowych rozwiązań, opcji?

- Nie lubię nikogo zaskakiwać, nie lubię zaskakiwać siebie...

Ale zrobił to pan. I to wielokrotnie.

- Lubię żyć w zgodzie z moimi pomysłami, tym, co obserwuję, strategią gry czy charakterystyką zawodników. Lubię być lojalny wobec moich przekonań. Nie robię rzeczy, które mają uszczęśliwić piłkarzy, dziennikarzy i menadżerów, którzy chcieliby naciskać, żebym postawił na tego piłkarza czy innego. Mówiłem już kiedyś o Karolu Linettym. Kiedy wysyłaliśmy pierwsze powołania, trwała epidemia koronawirusa, w trakcie której Linetty nie grał przez jakiś czas. Dlatego wtedy go nie powołaliśmy. Kiedy po epidemii pojechał na Euro, był po zmianie trenera w Torino i nie grał tam zbyt często. Pomogliśmy mu więc, bo kiedy do nas przyjechał, fizycznie i technicznie to nie był Karol, który mógł pokazać nam jakość, jaką posiadał. Przygotowaliśmy go na te mecze, w których - naszym zdaniem - mógł pokazać nam swoje umiejętności, wykonać pracę dla reprezentacji.

Linetty odpłacił się za pańskie zaufanie. Ostatnio należał do najlepszych na boisku.

- Uwzględniając rzeczywistość, albo zawsze możemy mieć dostępnych wszystkich najlepszych piłkarzy, albo podejmować strategiczne decyzje przed każdym meczem. Jak widzimy drużynę? Mamy naszą tożsamość, mamy nasz model gry, sposób, w jaki chcemy się wyrazić. Mamy także analizę naszego rywala. I to, czego w danym momencie meczu będziemy potrzebować: w obronie, w ataku, w przejściu między fazami. I to jest coś, co wydarzyło się z Puchaczem. Do kadry trafił dopiero za mojej kadencji. To jest inny zawodnik niż Maciek Rybus czy Arek Reca. Mamy trzech różnych lewych obrońców. A Tymek ma wielki potencjał. Ma też wiele spraw, nad którymi musi pracować, aby je poprawić. My szukamy momentów, kiedy konkretni zawodnicy mogą zaprezentować swoje umiejętności z resztą drużyny, jak w meczach w których naszym zdaniem możemy prowadzić grę, jak na przykład z San Marino. I w spotkaniach z drużynami o charakterystyce, która pozwala wykorzystać konkretnych graczy. I to jest dla mnie jasne.

Decyzja o posadzeniu na ławce w Budapeszcie Glika była jednak szalona.

-  Rozmawialiśmy z nim. Dla zawodnika, który zawsze grał w podstawowej jedenastce i to przez więcej niż 15 lat, to było bardzo trudne. To nie było łatwe. Próbowaliśmy wytłumaczyć mu nasze pomysły. I wtedy, kiedy na początku budowaliśmy naszą organizację gry w ataku, Kamil nie mógł dać drużynie tego, czego ona potrzebowała i czego ja oczekiwałem. Także ja musiałem dojrzeć do pewnych przemyśleń, które miałem o reprezentacji i jej zawodnikach, o integrowanie takich zawodników jak Glik. Kamil w grze defensywie nie ma wszystkich atrybutów. Zrobił jednak duży krok. Żeby bronić samego siebie - bo ma świadomość, że nie jest szybki - zawsze jest ustawiony bardzo daleko, głęboko. Pokazaliśmy mu, że naszym zdaniem dzięki ustawieniu jesteśmy w stanie lepiej kontrolować defensywę, jeśli naciskamy rywala cały czas i jesteśmy go bliżej, w czym Kamil jest jednym z najlepszych naszych kadrowiczów. Także zachowanie i pomysł na indywidualne zachowanie w obronie, musimy scalać z drużyną i rozwijać. Oczywiście, w naszej ofensywie budujemy to jeszcze inaczej i w inny sposób włączamy w to piłkarzy jak Glik, którzy w różnych momentach mają duży wpływ na drużynę. Zrozumienie jego było niesamowite, niesamowite...

Dziś zaczyna pan od Glika ustalanie składu. Gdyby pan mógł, zmieniłby pan tamtą decyzję?

- Moment, kiedy wszedł na boisko na Węgrzech, jaką zrobił różnicę, jak zmienił się obraz gry i nasze zachowanie, jak wykonał to, czego oczekiwaliśmy, też był niesamowity. Później z marszu wskoczył do podstawowego składzie na Andorę, gdy dokonaliśmy kilku dobrych zmian. Następnie daliśmy mu stabilizację, bo to piłkarz, który zapewnia nam pewne atuty. Mam nadzieję, że będzie zdrowy, utrzyma swoje ciało w dobrej kondycji, będzie elastyczny, mobilny i skoncentrowany, aby pomóc nam awansować na mistrzostwa świata, zagrać tam i na turnieju osiągnąć dobry wynik.

Podróżuje pan bardzo dużo. Niedawno był pan w Niemczech, teraz leci pan do Włoch. Wiem, że nie lubi pan tego pytania, ale muszę je zadać, bo jest wiele opinii, że bywa pan w Polsce niewystarczająco często. Powiedział pan na konferencji, że to problem tylko dziennikarzy, ale ludzie mają podobne zdanie na ten temat. Pytanie brzmi więc: czy powinien pan bywać w Polsce trochę częściej? Czy nie, bo w Ekstraklasie nie ma interesujących pana piłkarzy?

- Nie wydaje mi się, bo uważam, że nasze decyzje są dość dobre. Tak jak powiedziałem, nie robię rzeczy, które uszczęśliwiają innych ludzi. Robię te, które mają pomóc reprezentacji. Spójrz z innego punktu widzenia: próbowałem wspierać polską piłkę, także Ekstraklasę, pomagałem promować zawodników, ale na końcu muszę być uczciwy ze sobą i moimi przekonaniami. Nawet jeśli chcę dołączać do kadry chłopaków z Ekstraklasy, to nie mogę pokazywać innym piłkarzom, że stracą pozycję dla zawodnika o mniejszych umiejętnościach. Ale to nie jest kwestia bywania w Polsce...

A czego? Przecież selekcjoner polskiej reprezentacji powinien śledzić rodzimą ligę.

- Mamy dużo technologicznych źródeł, dzięki którym widzimy i śledzimy wszystkich zawodników, którzy mogą mieć odpowiedni potencjał, którzy w danym momencie mogą konkurować z innymi piłkarzami i których moglibyśmy powołać. To jest coś nad czym razem z trenerami reprezentacji pracujemy od pierwszego dnia. Oni nie zawsze skupieni są na reprezentacjach młodzieżowych, ale także na naszej Ekstraklasie. Na przykład Hubert Małowiejski, który ma ogromne doświadczenie z polskimi graczami. On daje nam feedback. I myślimy o tym. Ale czy chodzi tylko o to, żebym był na miejscu? Zrobił zdjęcie? Porozmawiał z ludźmi? Myślę, że przez to tracimy czas. A tego nie chcę.

Czyli dalej zamierza pan przyjeżdżać do Polski dopiero przed zgrupowaniami kadry?

- To, co może być w przyszłości - i to jest coś, o czym rozmawiałem już na początku ze Zbigniewem Bońkiem, a niedawno wspomniałem o tym nowemu prezesowi, Cezaremu Kuleszy - to robione wielokrotnie w trakcie sezonu, na przykład raz w miesiącu, powołania piłkarzy tylko z Ekstraklasy. Na dwa dni, dwa treningi. I to jest coś, co chciałbym robić. Do tego chciałbym zaprosić wszystkich trenerów z Ekstraklasy na te dwa dni, by wymienić się doświadczeniami, porozmawiać o futbolu, o polskiej piłce albo taktyce. To mogłoby dać mi powód, aby jeszcze częściej bywać w Polsce - kiedy bylibyśmy w kontakcie i mogli się wspólnie rozwijać. I to miałoby znacznie większy sens, niż moje przyjeżdżanie, żeby zrobić sobie zdjęcie i powiedzieć ludziom: "Hej, jestem w Polsce, przyleciałem obejrzeć mecz Ekstraklasy". Muszę być fair. Czasami ludzie nie lubią usłyszeć prawdy, wolą słyszeć to, co chcą... Ale powtórzę: pozwólcie mi być sobą, szczerym oraz konkretnym w tych sprawach.

Myślę, że fakt iż Paulo Sousa pracuje w Polsce, to dobra okazja dla dwóch, trzech polskich trenerów do zebrania doświadczenia. Poza Maciejem Stolarczykiem w pana sztabie nie ma polskich szkoleniowców. Kiedy Leo Beenhakker pracował w Polsce, współpracował z ludźmi, którzy się przy nim uczyli. Byli tam Dariusz Dziekanowski, Jan Urban, Adam Nawałka, Rafał Ulatowski. Nie miałby pan problemu, gdyby do pana sztabu dołączono kilku Polaków?

- Zawsze współpracuję ze sztabem, który był już zatrudniony przez kluby. Jestem człowiekiem, który integruje ludzi. To pierwsza kwestia. Jednak zawsze ich oceniam. Robię to na dwa sposoby: jeśli chodzi o ich wiedzę zawodową i osobowość. Bo tak jak rozmawialiśmy o piłkarzach, to samo trzeba powiedzieć o sztabie szkoleniowym. Jeśli chcemy być jak rodzina, zasady nie mogą być tylko dla graczy, ale dla wszystkich. Integracja osobowości jest niezwykle ważna by wszystko funkcjonowało.

Rozmawiał pan już z Cezarym Kuleszą, nowym prezesem PZPN. Jaka to była rozmowa? Bo jest pan w świetnych relacjach ze Zbigniewem Bońkiem, ale w PZPN pojawił się nowy szef.

- Zibi mnie tu sprowadził. To ikona futbolu. I to dzięki niemu tu jestem, on mnie do tego przekonał. Ma duże doświadczenie w piłce. I pozwólcie docenić mi wszystko to, co zrobił dla polskiej piłki czy federacji. Bo sposób w jaki zorganizowany jest PZPN i jego poziom są rewelacyjne. Mam na myśli wiedzę, ale także zachowanie ludzi z federacji. Jeśli chodzi o Cezarego, to już na początku pokazał mi wsparcie. Powiedział wszystko, co chciałem wiedzieć. Zapewnił mnie o pełnym wsparciu od pierwszego dnia. I chcę, żeby osiągnął sukces, bo jego sukces będzie oznaczał nasz sukces. Tak jak zawsze powtarzam: jedna osoba nie osiąga sukcesu. Wszyscy tworzą reprezentację i nasz kraj.

Proszę mi powiedzieć szczerze: nie obawiał się pan, że straci pracę? Nie pomyślał pan: "Mój patron odchodzi, przychodzi nowy prezes, więc nie wiem, co będzie z przyszłością".

- Nie. Przede wszystkim Zibi, gdy do mnie zadzwonił, powiedział, że w sierpniu w PZPN będą wybory. Już w tamtym momencie zrozumiałem, że Zibi odejdzie, więc może i ja. Ale to nie jest problem, bo jestem facetem, który skupia się na swojej pracy, pasji, przekonaniach, aż zrealizuje codzienne cele. Pomyślałem, że nowy prezes ma możliwość zatrudnienia swoich ludzi, swoich trenerów z którymi miałby dobre relacje i mógłby budować sukces w przyszłości. Natomiast o zwolnieniu nie myślałem. Skupiłem się na tym, że dopóki jestem selekcjonerem, zrobię wszystko, aby dzięki mojej wiedzy dostarczyć dobrą pracę, z której ludzie będą zadowoleni, a także dumni.

To prawda, że miał pan oferty z klubów? Zibi tak powiedział. Słyszałem o Fenerbahçe.

- Tak, miałem sporą liczbę ofert, ale wszystkie odrzuciłem.

Z jakich krajów?

- To nie jest interesujące...

Dla mnie to interesujące.

- Mogę ci tylko potwierdzić, że miałem oferty, bo to naturalne. Ludzie, którzy mnie śledzą i są zainteresowani moim sposobem postrzegania piłki, komunikowania się, tym jakim jestem liderem, interesują się mną. Ale czasem nie ma odpowiedniego momentu na podejmowanie takich decyzji. Na szczęście jestem zadowolony i będę za to zawsze dziękował Bogu, bo jestem zaangażowany w coś, co kocham robić, w moją pasję. Ale nie chodzi o to, żeby teraz mówić, że chciał mnie ten czy inny klub. Jestem skupiony na kadrze. I dopóki tu jestem, chcę dostarczyć wam najlepsze co mam.

Całą drugą część rozmowy z selekcjonerem Paulo Sousą zobacz na kanale "Po Gwizdku".

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje