Reklama

Reklama

Eliminacje MŚ 2022

Michał Listkiewicz dla Interii: Węgrzy ciągle tęsknią za czasami świetności

Za rządów Viktora Orbána w węgierski futbol wpompowano mnóstwo pieniędzy, ale na razie nie widać efektów. Węgrzy już tak przyzwyczaili się do porażek, że dziś często większe emocje niż gra drużyny narodowej wywołują u nich występy najbardziej popularnego klubu - Ferencvarosu - opowiada Michał Listkiewicz, hungarysta, były sędzia międzynarodowy i były prezes PZPN

Ostatni mecz eliminacji mistrzostw świata reprezentacja Polski rozegra z Węgrami. Spotkanie odbędzie się 15 listopada w Warszawie, początek o godz.20.45. Jakie nastroje u bratanków?

Paweł Czado: Węgrzy wiedzą już, że do mundialu w Katarze nie awansują. Ostatni raz na mistrzostwach świata grali dawno, bo w 1986 roku. Pamiętam piłkarzy tamtej drużyny, choćby Lajosa Detariego i Martona Esterhazy'ego. Na Węgrzech bardzo przeżywają, że znów się nie udało w eliminacjach?

Michał Listkiewicz: - Przeżywają, ale nie ma już jakiegoś wielkiego wzburzenia. Chyba już się z tym pogodzili... Więcej uwagi poświęcają już innym dyscyplinom. Jestem w tej chwili w Chorwacji, ale odbieram węgierską telewizję. Widzę, że mnóstwo miejsca w węgierskich wiadomościach sportowych poświęca się piłce wodnej [W Tokio Węgry zdobyły w tej dyscyplinie brązowe medale zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet, przyp. aut.] i piłce ręcznej. O eliminacjach do mistrzostw świata piłkarzy ledwie wspomniano. Do Polski Węgrzy przyjadą jedynie dokończyć przegrane eliminacje.

Reklama

Za rządów Viktora Orbána w węgierski futbol wpompowano mnóstwo pieniędzy, ale na razie relacja wydatków i efektów jest, trzeba przyznać, słaba. Węgrzy już tak przyzwyczaili się do porażek, że dziś często większe emocje niż gra drużyna narodowej wywołują występy najbardziej popularnego węgierskiego klubu - Ferencvarosu. Ta drużyna na prowincji ma kilkaset fan-clubów [obecnie "Fradi" rywalizują w fazie grupowej z Bayerem, Betisem i Celtikiem, przyp. aut.].

Polska - Węgry: "złota jedenastka" to nadal wzorzec

Kiedyś Węgrzy czarowali techniką, dziś jest inaczej. Gra którego z tamtejszych piłkarzy panu się podoba?

- To prawda, że dziś prezentują piłkę "siłową". Być może jest to wpływ włoskiego selekcjonera Marco Rossiego, który wpaja piłkarzom, że liczy się przede wszystkim wynik, dopiero potem styl. Napastnik Adam Szalai, którego talent eksplodował po trzydziestce, na pewno wpisuje się w ten sposób gry. A mnie na pewno podoba się Dominik Szoboszlai, pomocnik RB Lipsk, który gra bardzo technicznie, jest świetne wyszkolony. 

Kiedy przez wiele lat Polska nie potrafiła wywalczyć awansu na mundial, odwoływaliśmy się do słynnego meczu na Wembley z 1973, nabrał on dla nas nawet cechy mitu. A jak jest u Węgrów? Ciągle odwołują się do fantastycznej "Złotej Jedenastki" z lat 50.?

- To nadal jest wzorzec. Choć żaden z jej członków już nie żyje, choć coraz mniej Węgrów pamięta tamten fantastyczny zespół, kult - zwłaszcza najsłynniejszego piłkarza Ferenca Puskása - jest umiejętnie podtrzymywany. Węgrzy nadal są z tamtych historii dumni. Replika reprezentacyjnej koszulki z lat 50. jest pięć razy droższa niż koszulka obecnej reprezentacji. Dziś każdy Węgier powie, że mecz reprezentacji idzie zobaczyć na Puskás Aréna. W Polsce fakt, że Stadion Narodowy w Warszawie nosi imię Kazimierza Górskiego jeszcze się tak nie przebił do powszechnej świadomości.  

Mimo nienadzwyczajnych wyników reprezentacji Węgier podczas meczów ostatniego Euro w Budapeszcie były ogromne tłumy.

- Węgrzy cały czas tęsknią za wielkim sportem, są wychowani w kulcie tężyzny fizycznej. Reprezentacja zawsze zdobywa mnóstwo medali na igrzyskach olimpijskich [W Tokio Węgrzy zdobyli o sześć więcej medali niż Polacy, w tym o dwa złote, przyp. aut.]. Kibic nie jest fanem jednej dyscypliny, chodzi na mecze nie tylko futbolowe, ale również piłki ręcznej, wodnej albo siatkówki. W Budapeszcie ma ogromny wybór.

Polska - Węgry: nikt nie śmieje się z ludowych akcentów

Poza tym sport osadzony jest nad Dunajem w duchu patriotycznym. Tak na Węgrzech konsekwentnie budowana jest ta narracja: sport jest spoiwem dla narodowej tożsamości. Tak było już po zakończeniu I wojny światowej. Po traktacie w Trianon w 1920 roku znaczna część obszaru ówczesnych Węgier została podzielona między sąsiadów, znaczny odsetek ludności narodowości węgierskiej znalazł się poza granicami ojczyzny. Na Węgrzech, po przegranej bitwie pod Mohaczem z Turkami w 1526 roku, traktat w Trianon do dziś uznaje się za najbardziej bolesne zdarzenie w dziejach. Dlatego od końca I wojny światowej  na Węgrzech chroni się język ojczysty, dba o ludowe elementy kultury, tam nikt nie śmieje się z ludowych tańców. Patriotyzm jest eksponowany i popularny: oglądam właśnie mecz piłkarek ręcznych węgierskiej ekstraklasy i widzę, że zawodniczki zarówno MTK Budapeszt jak i Debreczyna mają na klubowych koszulkach godło narodowe. 

Jest pan hungarystą, poznał pan wielu sławnych węgierskich piłkarzy. Kogo wspomina pan szczególnie?

- Miałem okazję poznać jeszcze kilku członków tej najwspanialszej "Złotej Jedenastki" z lat 50., dziś z nich nie żyje już nikt. Kiedy studiowałem w Budapeszcie często chodziłem na mecze nieistniejącego już Volanu, najmniej popularnego z budapeszteńskich zespołów pierwszej ligi. To był klub takiego węgierskiego odpowiednika Pekaesu. Prezesem był tam Gyula Grosics, bramkarz legendarnej "złotej jedenastki", bardzo serdeczny człowiek, potrafił zaprosić do klubu na wino [w Volanie działał też inny członek "Złotej Jedenastki - Laszlo Budai II, przyp.aut.]. Czarującą osobowością był również wspaniały Jenő Buzánszky, którego uważałem za przyjaciela [był ostatnim żyjącym członkiem "Złotej Jedenastki", zmarł w 2015 roku, w wieku 90 lat, przyp. aut.]. Poznałem też najsławniejszego piłkarza węgierskiego Ferenca Puskása.

Kiedyś opowiadał mi pan, że studia w Budapeszcie wspomina fantastycznie. 

- Było rzeczywiście wspaniale! Stypendium na Uniwersytecie Budapeszteńskim w latach 70. było pięknym okresem w moim życiu. Budapeszt w tamtych czasach jawił się jak miasto prawdziwie europejskie. Stypendium wynosiło 1000 forintów, to była bardzo duża suma. Na Nepstadionie koncertowały najlepsze rockowe zespoły z Węgier, ale i z Zachodu. Wciąż mam w domu kolekcję płyt Omegi, bardzo lubiłem też Lokomotiv GT, Illes, albo Skorpio...

Polska: lepiej z Rosją niż z Chorwacją

Zdarzało się, że prowadził pan mecze jako sędzia również na Węgrzech. Wiem, że przytrafiały się panu zabawne historie.  

- Kiedyś sędziowałem mecz piłki nożnej kobiet Węgry - Norwegia. Na miejscu nikomu wtedy nie przyznałem się, że znam węgierski. Podczas meczu jedna z Węgierek, zresztą bardzo ładna, wyjątkowo naubliżała Norweżce, która ją sfaulowała. Podbiegłem do niej, a ona mi w nerwach też po węgiersku: "Ty ch..., nie widzisz?" czy jakoś tak. Poprosiłem ją więc po węgiersku, żeby tak nie klęła. Osłupiała. Nawet nie ukarałem ją kartką, bo to przecież nie była jej wina, że trafiła na hungarystę. W szoku przeprosiła. Po meczu słyszałem za to przez ścianę w szatni, jak ostro zbeształa trenera, że jej przede mną nie ostrzegł.

Węgierscy piłkarze klną równie często jak polscy? 

- Klną, ale powiedziałbym, że oni mają znacznie bardziej kwieciste przekleństwa. Nasze w porównaniu z ich "wiązankami" są po prostu nieciekawe, rzekłbym "fizjologiczne". U nich niektóre bardzo wymyślne przekleństwa, używa się jak przecinka w zdaniu, także w określonych sytuacjach.

Na koniec jeszcze o Polsce. Nasza reprezentacja jest już bardzo blisko baraży. 

- Oglądałem w chorwackiej telewizji czwartkowe wyjazdowe zwycięstwo Chorwatów 7-1 na Malcie. W ostatnim meczu podejmą u siebie Rosję. Ten mecz zdecyduje, kto z grupy H awansuje do mundialu z pierwszego miejsca. Sytuacja jest taka, że w grupie prowadzi Rosja z przewagą dwóch punktów nad Chorwacją. Zwycięstwo daje awans Chorwacji, każde inne rozstrzygnięcie - Rosji. Po tym co widziałem, przyznam, że nie chciałbym się w barażach spotkać z Chorwatami. Mają ogromne umiejętności. Polsce łatwiej grałoby się z prezentującymi bardziej fizyczny futbol Rosjanami.

rozmawiał: Paweł Czado


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne