Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Wołowski: Obsesja rekordów

Kiedy kontuzjowany Leo Messi opuszczał na noszach Camp Nou, miliony fanów zadawały sobie pytanie: „Po co mu ta pogoń za rekordami?”

Pogodne prognozy, co do stanu najcenniejszego lewego kolana na świecie, łagodzą chwile lęku i grozy. Perspektywa testu: ile warta jest Barcelona bez Leo Messiego stanęła w środę realnie przed jej kibicami. Z punktu widzenia Katalończyków, mecz z Benficą był o nic, Argentyńczyk powinien był spędzić go na trybunach obok Xaviego i Iniesty. Tymczasem zachęcany przez rzesze wielbicieli wyszedł do gry, by rozprawić się z rekordem Gerda Muellera przypłacając swoją pazerność urazem. Wszystko wskazuje jednak na to, że w starciu z bramkarzem Benfiki w 83. min lewe kolano zostało tylko mocno stłuczone. Niewykluczone, że Messi zagra już w niedzielę, w Primera Division przeciw Betisowi. A więc pogoń za rekordem się nie kończy.
 
Kataloński "Sport" napisał, że to mógł być najdroższy remis w historii Barcelony. Czy rzeczywiście chęć poprawienia dokonania Muellera pchnęła Leo do gry z Benficą, co o mały włos nie zakończyło się ciężką kontuzją? Tito Vilanova zaprzecza takiemu scenariuszowi, tłumacząc, że gdyby chodziło o rekord, Argentyńczyk grałby od początku. W internetowych ankietach hiszpańskich gazet, kibice nie są zgodni, czy Messi powinien był ryzykować zdrowiem. W końcu niebezpieczeństwo kontuzji to część uprawianego przez niego zawodu.

Reklama

W Pucharze Króla łatwiej o bramki


Można odnieść wrażenie, że rekord jest ważny przede wszystkim dla publiki i mediów. Gdyby Messi dostał obsesji na jego punkcie, grałby zapewne także tydzień temu w Pucharze Króla, tam łatwiej było o bramki, bo rywalem Barcy był trzecioligowiec Alaves.

Przed starciem z Benficą Vilanova też zaplanował dla Argentyńczyka odpoczynek, uległ wstawiając gwiazdę do gry w 57. min, traktując to, jako trening. Omal nie skończył się on nieszczęściem, którego jednak nie da się ani przewidzieć, ani uniknąć.
 
Są jednak pozytywne strony zbiorowej fascynacji rekordami. Piłkarz z Argentyny zdołał wskrzesić odległą przeszłość, cofnąć miliony fanów o 40 lat, gdy na boiskach Europy szalał inny złoty karzeł nazywany "Torpedą". Przy okazji wyczynów Messiego światowe media poświęciły Muellerowi tyle miejsca, ile w latach jego panowania. Niemiec był fenomenem pola karnego, Jan Tomaszewski otwarcie przyznawał się do kompleksu wobec niego, a w owładniętej piłkarskim szałem Polsce lat 70-tych śpiewaliśmy piosenkę o tym, że "Gorgonia Mueller w konia nie przerobi ani rusz".
 

Dziś, gdy do rekordu Gerda z reprezentacji Niemiec (68 goli), zbliża się Miroslaw Klose (67) warto przypomnieć, że pierwszy zagrał w drużynie narodowej zaledwie 62 razy, drugi już 126. Przy okazji powrotu do lat 70-tych światowe media dotarły do kilku tajemnic. Po sobotnim spotkaniu w Primera Division Barcelony z Athletic w Hiszpanii wybuchł spór, komu zaliczyć bramkę na 2-0? Dziennik "Marca" uznał, że to samobój, bo do piłki kopniętej przez Messiego metr przed linią bramkową dopadł Bask Amorebieta pakując ją do siatki. Tymczasem stacja ESPN analizując zapis z meczu Niemcy - ZSRR z 1972 roku, odkryła, że Mueller ustanawiając swój niebotyczny wynik (85 goli) ma na koncie jeszcze bardziej wątpliwą bramkę. Niemiec kopnął piłkę niecelnie, a rosyjski bramkarz wbił ją sobie między słupki. W protokole meczowym sędzia zapisał jednak cztery gole snajperowi Bayernu.

Historycy futbolu wiele zawdzięczają Messiemu


W Hiszpanii odnaleziono dokument, który mógł zmienić losy Barcelony. W 1972 roku klub z Camp Nou miał podpisać kontrakt z Gerdem Muellerem opiewający na 30 milionów peset. Tuż po finale mistrzostw Europy, w którym "Torpeda" dwa razy przedziurawiła siatkę ekipy ZSRR, Katalończycy wybrali się do Bawarii z umową gotową do podpisu. Działacze Bayernu wyrazili zgodę, operację storpedował jednak rząd niemiecki, uznając, że na dwa lata przed mundialem w RFN tak ważny piłkarz nie może opuścić kraju. Rozczarowani Katalończycy sprowadzili wtedy w zamian Johanna Cruyffa uznawanego dziś za najważniejszą osobę w dziejach klubu.
 
Jak widać historycy futbolu zawdzięczają Messiemu wiele. Tak naprawdę jednak nie 85 bramek z 1972 roku, pozostaje obiektem westchnień Argentyńczyka. Mueller zdobywał najcenniejsze klubowe trofeum trzy razy, tyle co Messi. "Złotą Piłkę" raz, Argentyńczyk ma trzy. Ale Niemiec był mistrzem świata i Europy z drużyną narodową. Podczas mundialu w 1974 roku zaprowadził ją do finału, stając się katem Tomaszewskiego w słynnym starciu na wodzie we Frankfurcie. Cztery dni później zdobył zwycięską bramkę w meczu o złoto z Holendrami, których liderem był Cruyff - jego zastępca w Barcelonie.

Kiedy Gerd Mueller zakończył karierę popadł w depresję i alkoholizm, z których wyciągnęli go starzy kumple z boiska. Szefowie Barcy starali się zaprosić Niemca na Camp Nou na starcie z Benficą, by mógł ściskać kciuki za Messiego, okazało się jednak, że stan zdrowia 67-latka na to nie pozwala.
 
Póki co walka Messiego o 40-letni rekord wciąż trwa. Bez względu na to, czy większą wagę przywiązuje do niej Argentyńczyk, czy fani. Ile jeszcze futbolowych tajemnic nam odsłoni ten swoisty pojedynek między epokami? 

Dariusz Wołowski

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje