Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Wołowski: Kto nie kocha Cristiano Ronaldo?

Deklaracja Cristiano Ronaldo, że nie czuje się dobrze w Realu Madryt, była dla Hiszpanów jak grom z jasnego nieba. W jej cieniu pozostały ostre słowa Jose Mourinho zarzucającego drużynie brak ambicji, a nawet słaba forma lidera z Barcelony.

Niedawny triumf nad rywalem z Katalonii w Superpucharze Hiszpanii miał być balsamem na skołatane nerwy fanów Realu. W niedzielę nadeszło w końcu pierwsze zwycięstwo w Primera Division (3-0 nad Granadą) i obiecujący debiut Luki Modrica pożegnanego owacją. Kiedy mieszkańcy Madrytu ze spokojem wracali do domów, w kuluarach Santiago Bernabeu wciąż było gorąco. Na konferencji prasowej Jose Mourinho zarzucił zwycięskiej drużynie brak ambicji, a za chwilę w strefie wywiadów pojawił się Ronaldo.

Smutny, nadąsany, z miną nieprzystającą do zwycięstwa i dwóch goli, które wbił Granadzie. Ogłosił, że nie czuje się akceptowany w klubie i, że powiedział o tym z Florentino Perezowi już w sobotę. W prasie zahuczało, wiele mediów zadało sobie nawet pytanie: czyżby chciał odejść?

Spekulacje na temat tego, kto nie lubi Ronaldo, będą się przetaczały przez hiszpańskie media kilka dni. Portugalczyk nie chciał powiedzieć jasno, powiedział, że ma problemy z ludźmi z klubu. "Marca" spekuluje, że nie akceptują go koledzy z drużyny. Trudno przewidzieć, co z tego wyniknie, oczywiste jest, iż niedługo gwiazdor miał rozpocząć negocjacje na temat przedłużenia kontraktu. Miał być przecież symbolem klubu jeszcze długie lata.

Skąd wziął się ten akt desperacji? Dlaczego Ronaldo nie rozwiązał kłopotów po cichu, ale "podłożył bombę" w szatni? Czyżby było aż tak źle, że nie panuje już nad nerwami? Te i inne pytania zadają sobie hiszpańscy dziennikarze. Faktycznie po występie największej gwiazdy Realu pozostało wrażenie, że w drużynie, lub nawet w całym klubie dzieją się rzeczy niepokojące. I to u progu sezonu, w którym mistrz Hiszpanii rozpoczyna batalię o wyczekiwany od dekady 10. triumf w Pucharze Europy. Ronaldo przestał być szczęśliwy w Madrycie akurat teraz, kiedy drużynie udało się w końcu "dopaść" Barcę?

Kłopoty przeżywa także lider z Katalonii. Barcelona pokonała Valencię na Camp Nou dzięki strzałowi życia obrońcy Adriano zza pola karnego. Poza tym stworzyła tak mało sytuacji pod bramką rywali, że może to budzić niepokój. Leo Messi pierwszy raz w sezonie zakończył mecz bez gola, a jedyny celny strzał oddał... głową. Tito Vilanova dał szansę Cescowi Fabregasowi na przełamanie, ale kryzys pomocnika sprowadzonego za 40 mln euro wciąż trwa. Trener Barcy uspokaja, że szczyt formy zespołu szykuje na marzec. Nie za późno?

Być może jednak kłopoty Katalończyków nie są wcale przejściowe? Może wynikają z faktu, że przez cztery lata, rywale nauczyli się ich stylu, rozszyfrowali go i wynaleźli "lekarstwo"? Gracze Valencii mieli na Camp Nou mniej problemów niż kiedykolwiek, a ich bramkarz Diego Alves był długimi fragmentami bezrobotny. Gdyby w 60. min sędzia nie anulował gola Victora Ruiza, który był na minimalnym spalonym, gospodarze prawdopodobnie straciliby punkty.


Jak widać oba kolosy zaczęły sezon z poważnymi kłopotami. Barca zgromadziła w Primera Division 9 pkt, ale jest liderem człapiącym, a nie biegnącym. Real rozpoczął ligę od pięciopunktowego falstartu, a gdy zdawał się wychodzić na prostą, coś się stało Ronaldo. Jeszcze w czwartek na gali UEFA w Monaco Portugalczyk mówił w imieniu klubu o losowaniu grup Ligi Mistrzów. "My jesteśmy Real Madryt, mistrz Hiszpanii, my nie boimy się nikogo". Do soboty zmieniło się wszystko?

Reklama

Dariusz Wołowski

O tym artykule i nie tylko dyskutuj na blogu Dariusza Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje