Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Tym razem Fabregas został bohaterem Barcelony

"Gdybym mówił wyłącznie o sędziowaniu, zignorowałbym wielki mecz, który rozegrała moja drużyna" - komentował wyrzucony na trybuny Michel po porażce jego Sevilli prowadzącej z Barceloną już 2-0.

W 48. min było na Ramon Sanchez Pizjuan niebo. Gdy Alvaro Negredo ograł Alexa Songa, a potem przerzucił piłkę nad Victorem Valdesem wyglądało na to, że goście z Barcelony nie mają szans się podnieść. "Dezaktywacja" Leo Messiego w środku, a także Alexisa i Pedro na skrzydłach, wytrąciła Katalończykom wszelki oręż pod bramką Andresa Palopa. Sevilla grała jeszcze lepiej, mądrzej, konsekwentniej niż w wygranym meczu z Realem Madryt. I co się stało?

Pierwszy impuls Katalończycy dali sobie sami. Tym razem bohaterem zespołu był Cesc Fabregas, tak jak wcześniej Andres Iniesta, Leo Messi, czy Xavi Hernandez. W Barcelonie jest tyle jakości, że wystarczy, by jeden z wymienionych graczy błysną instynktem strzeleckim. Sevilli sam Fabregas nie dałby rady, ale Messi ze snajpera, zamienił się tym razem w asystenta, a poza tym ze wsparciem dla gości przyszedł błąd sędziowski i gospodarze. Medel zachował się tak samo idiotycznie, jak Ludivic Obraniak w Podgoricy.

Reklama

"Zrobię ci to samo i wtedy ocenisz czy czerwona kartka była zasłużona" - powiedział Fabregas do jednego z dziennikarzy dopytujących się o tamtą scysję. W 71. min Cesc i Medel podbiegli do siebie jak dwaj bokserzy wagi koguciej, ale agresywny ruch głową wykonał gracz Sevilli. Sędzia pokazał mu czerwoną kartkę, co było kolejnym wielkim impulsem dla Katalończyków. Sevilla wytrwała do 88. minuty, kiedy arbiter powinien był przerwać grę po zagraniu ręką Thiaga Alcantary. Z tej akcji "urodził" się gol wyrównujący. Ale nie ostatni.

Wystarczyło spojrzeć, z jakim impetem ruszył po piłkę do siatki Fabregas, by przekonać się kto bardziej chce ten mecz wygrać. Barcelona ruszyła po trzy punkty, Messi miał kolejną asystę, a bramkę zdobył David Villa, tego dnia ostatni z wpuszczonych do gry rezerwowych. "Żeby wygrać mecz w taki sposób trzeba mieć charakter" - zauważył Fabregas nie bez racji.

Wygrany w tym spotkaniu był Tito Vilanova. To on z uporem stawiał na Cesca, gdy wszyscy wokół twierdzili, iż niewiele daje drużynie. To on zdjął z boiska Busquetsa i Alvesa, nie obawiając się zachwiania równowagi między atakiem i defensywą. Trener Barcy potrafił zacząć sezon od sześciu kolejnych zwycięstw z zespołem, który wydaje się być wciąż daleki od szczytu formy. Zakładając rzecz jasna optymistycznie, że po powrocie Puyola, Pique, Iniesty i Abidala, ta drużyna wciąż jest w stanie wznieść się na poziom z finału Champions League w 2011 roku.

Dziś najbardziej bezproduktywnym graczem Katalończyków jest Alexis Sanchez. Niewykluczone jednak, że na przykład w następnym meczu stanie się z nim to, co w Sewilli z Fabregasem. Dani Alves też nie może już grać gorzej. Song musi z czasem nauczyć się roli środkowego obrońcy. Teoretycznie Katalończycy powinni grać lepiej, tak jak lepiej musi grać Real Madyt. Barcelona jest krok przed nimi, bo potrafiła uniknąć głupich strat.

Za tydzień Gran Derbi na Camp Nou. Barca dostanie szansę zwiększenia przewagi nad Realem do 11 pkt, a wtedy nawet fakt, że do końca sezonu pozostanie 31 kolejek nie odbierze Katalończykom uprzywilejowanej pozycji w batalii o odzyskanie tytułu. Zdziesiątkowana kontuzjami finezyjna drużyna prze do przodu z wdziękiem tarana.

Sevilla zgrzeszyła przegraniem wygranego meczu. Michel szybko jednak wskrzesił z ruin zespół, który znów jest w stanie rywalizować z potęgami. Alvaro Negredo i Jesus Navas potrafią korzystać z perfekcyjnie zorganizowanej gry kolegów z pomocy i defensywy. Wydawało się, że klub z Andaluzji potrzebuje znacznie więcej czasu, by podnieść się po erze Frederica Kanoute.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Zobacz wyniki, terminarz i tabelę Primera Division

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL