Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Real może "pomóc" Barcelonie w wywalczeniu tytułu

Piłkarze Barcelony w 34. kolejce ekstraklasy mogą sobie zapewnić mistrzostwo Hiszpanii, co pozwoliłoby im poprawić nastroje swoje oraz kibiców po klęsce w Lidze Mistrzów. Konieczna jest do tego jednak "pomoc" jedynego rywala w walce o tytuł - Realu Madryt.

"Królewscy", którzy też w tym tygodniu pożegnali się z marzeniami o zdobyciu Pucharu Europy, w sobotę podejmą 12. w tabeli Real Valladolid. Tylko ich porażka sprawi, że po niedzielnej wygranej z Betisem Sewillą na Camp Nou możliwa byłaby fiesta z okazji 22. w historii mistrzostwa kraju.

Drużyny z Barcelony i Madrytu dzieli 11 punktów, ale zespół trenera Jose Mourinho ma lepszy bilans bezpośrednich meczów.

- Po rywalizacji z Bayernem jesteśmy bardzo rozczarowani, wręcz przybici, dlatego potrzebujemy pozytywnych bodźców. Czymś takim byłoby odzyskanie miana najlepszej drużyny w kraju - przyznał piłkarz Barcelony Cesc Fabregas.

Reklama

- Koncentrujemy się na lidze, gdyż nic innego nam nie zostało. Ten cel musimy zrealizować tak szybko, jak tylko możliwe - dodał obrońca Gerard Pique.

Czwarty tytuł w ostatnich pięciu sezonach wydaje się być pewny, ale wiosną zawodnicy Tito Vilanovy z meczu na mecz wydają się słabsi. Z dziewięciu ostatnich spotkań we wszystkich rozgrywkach wygrali tylko trzy.

Zmęczeni wydają się być Xavi i Andres Iniesta, którzy napędzają akcje "Barcy". Osobny rozdział to Lionel Messi. Jego absencji w spotkaniu z Bayernem ciągle nikt dokładnie nie wyjaśnił, a oliwy do ognia dolał trener Tito Vilanova, którzy po meczu powiedział, że Argentyńczyk nie jest kontuzjowany. Gazeta "El Mundo Deportivo", powołując się na źródło z szatni katalońskiej ekipy, napisała, że gdy Vilanova odczytał skład bez Messiego, inni zawodnicy... zbledli.

"Co się dzieje z Messim?" - zastanawiał się kataloński dziennik "Sport", a "As" poinformował, że w czwartek, gdy reszta drużyny odpoczywała po spotkaniu z Bayernem, Argentyńczyk ćwiczył w klubie.

W piątek, gdy zespół trenował, on znalazł się w rękach fizjoterapeutów. Czy w niedzielę pojawi się w składzie?

To pytanie nurtuje sympatyków Barcelony, którzy na portalach społecznościowych piszą: "No Messi - No Party - No Hope", czyli dają do zrozumienia, że bez najlepszego piłkarza świata nie ma zabawy i nadziei.

Mimo kłopotów "Dumę Katalonii" stać na zwycięstwo nad Betisem, w którym z powodu kontuzji zabraknie reprezentanta Polski Damiena Perquisa.

Trudniej będzie jednak o spełnienie drugiego warunku, by tytuł dla Barcelony stał się faktem. Real nie przegrał na własnym stadionie żadnego spotkania od... 18 stycznia 2012 roku. Z kolei jedenastka z Valladolid na sukces na Santiago Bernabeu czeka już prawie 13 lat. W Madrycie jednak głośniej niż o ligowym finiszu jest o możliwym odejściu portugalskiego trenera oraz znacznym przewietrzeniu szatni. Kolejki chętnych ustawiają się ponoć po Argentyńczyka Angela di Marię, jego rodaka Gonzala Higuaina, a nawet Francuza Karima Benzemę.

Mourinho czuje się dotknięty krytyką mediów. Na piątkową konferencję prasową przyszedł z kartką, z której odczytał nazwiska 18 szkoleniowców, którzy w ciągu 21 lat ledwie pięć razy doprowadzili zespół na poziom półfinału LM. On dokonał tej sztuki w każdym z trzech sezonów pracy w Madrycie.

- Chcę być rozliczany za wyniki. Nie rozumiem, dlaczego wobec mnie stosuje się inne kryteria niż wobec pozostałych szkoleniowców - powiedział.

Jak zapewnił, nie podjął jeszcze decyzji w sprawie dalszej pracy w Realu. - Przed nami cztery mecze ligowe i finał Pucharu Hiszpanii. A o tym, gdzie będę pracował w następnym sezonie, najpierw dowiedzą się moja żona i dzieci - podsumował.

Zobacz wyniki, terminarz i tabelę Primera Division

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje