Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Dariusz Wołowski: Nauki Mourinho

Real Madryt nauczył się grać przeciw Barcelonie, choć na Camp Nou zachował szanse na Superpuchar Hiszpanii przede wszystkim dzięki błędowi Victora Valdesa.

Różnicę między hiszpańskimi kolosami wyznaczyli wczoraj w znacznym stopniu ich bramkarze. W 84. min Leo Messi był sam na sam z Ikerem Casillasem i gdyby go pokonał, Barca rozstrzygnęłaby losy Superpucharu już w pierwszym meczu. Tymczasem po nieudanym strzale Argentyńczyka i kontrze, piłka trafiła do Valdesa, który zamiast wybić ją daleko, postanowił kiwnąć Angela di Marię. Skrzydłowy Realu okazał się sprytniejszy i mecz zamiast wynikiem 4-1 dla Katalończyków, skończył się zwycięstwem Barcy zaledwie 3-2. "Valdes zwrócił życie Realowi" - skomentował dziennik "Marca".

"Dzięki Valdes" - napisał na twitterze Guti. Choć zaraz wyjaśnił, że uważa bramkarza Barcelony za wybitnego gracza. "Ale w tym meczu to jednak on zwrócił nam nadzieję na Superpuchar, tak potrzebną przed rewanżem na Santiago Bernabeu". Casillas był oczywiście znacznie mniej kategoryczny, niż jego były kolega z drużyny. Powiedział, że drugi gol dla Realu łagodzi tylko jego żal po porażce.

Oczywiście w Barcelonie wszyscy solidarnie bronią bramkarza. "Valdes wnosi do naszej gry tyle, że dziś można go tylko pocieszać" - stwierdził dyrektor sportowy klubu Andoni Zubizarreta - sam kiedyś ekspert w dziedzinie kiksów między słupkami. Błędy bramkarza Barcy faktycznie biorą się w jakimś stopniu z założeń taktycznych. Valdes podejmuje w grze nogami duże ryzyko, a każda jego pomyłka jest bardzo kosztowna. "Valdes ma grać właśnie tak" - skwitował tylko debiutujący w Gran Derbi Tito Vilanova.

Od początku meczu widać było, że Jose Mourinho to trener, który szybko się uczy. Przez pierwszą część gry Real właściwie w ogóle zrezygnował z ataku, ale też perfekcyjnie się bronił. Piłkarze w białych strojach niczym komputerowo sterowani dbali o zachowanie niewielkich odległości między sobą, finezyjne akcje Katalończyków grzęzły w tłumie nóg i rąk. "Mou" przygotował na ten mecz proste, ale skuteczne rozwiązania - kiedy piłkę miał Valdes, jego gracze podchodzili wysoko do obrońców Barcy uniemożliwiając swobodne rozpoczęcie akcji. To sprawiło, że kataloński bramkarz nie mógł grać, jak lubi, coraz bardziej był sfrustrowany i ryzykował. By w 85. min palnąć wielką gafę.

Mimo trudności i braku miejsca do gry gwiazdy Barcy czuły bezradność tylko momentami. Gospodarze byli zdecydowanie bardziej dokładni, niż podczas ostatniego starcia ligowego przegranego przez nich 1-2. Katalończycy uczą się cierpliwości w pojedynkach z "Królewskimi" widząc, że rywal jest coraz lepszy i czasy łatwych zwycięstw w Gran Derbi bezpowrotnie minęły. Po meczu Javier Mascherano powiedział nawet, że wygrana 3-2 to niemało.

W drugiej części gry Real ruszył do przodu. Konsekwencją był gol Cristiano Ronaldo, czwarta bramka zdobyta przez gwiazdę "Królewskich" w czwartym kolejnym spotkaniu na Camp Nou. Przed nim nie dokonał tego nawet Alfredo di Stefano.

Reakcja Barcy była natychmiastowa. Wspaniały gol Pedro po podaniu z głębi pola okazał się jedyną dyskusyjną sytuacją w całym twardym, zaciętym, ale prowadzonym fair meczu. Mourinho, tak jak prasa madrycka ocenia, że przed przyjęciem piłki, skrzydłowy Barcelony był na spalonym, sędzia puścił akcję i za chwilę był remis.

Wtedy nastąpiło zdecydowanie najlepsze 20 minut gry gospodarzy, w którym drogę do bramki Casillasa odnalazł Andres Iniesta. Wcześniej grał słabo, ale w końcu zaliczył dwie asysty: wywalczył karnego, po którym Leo Messi zdobył 14 bramkę w Gran Derbi wyrównując osiągnięcie najlepszego z Katalończyków Cesara Rodrigueza. Do rekordu Di Stefano brakuje mu czterech goli. Potem najlepszy piłkarz Euro 2012 asystował też przy bramce Xaviego. "To Iniesta zburzył porządek w naszej defensywie" - ocenił Emilio Butragueno.

Reklama


Rewanż już za pięć dni na Santiago Bernabeu, gdzie Barca nie przegrała od 2008 roku, czyli ostatni raz przed erą Pepa Guardioli. Mourinho poprowadził swój zespół do dwóch zwycięstw nad Katalończykami, ale było to na Estadio Mestalla w Pucharze Króla i na Camp Nou w lidze. Na triumf u siebie fani z Madrytu czekają ponad cztery lata. Stąd może ich pesymizm. Zapytani przez internetowe wydanie dziennika "Marca" czytelnicy dają więcej szans na trofeum Katalończykom. Dla Barcy byłby to czwarty z kolei Superpuchar Hiszpanii. Do tego jednak wciąż bardzo daleko.

Z autorem artykułu Dariuszem Wołowskim dyskutuj na jego blogu!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje