Reklama

Reklama

Spektakularny plan Anity Włodarczyk. Stany Zjednoczone powinny drżeć!

- Kiedyś z moim psychologiem, doktorem Nikodemem Żukowskim, analizowaliśmy moje starty pod kątem przygotowań do igrzysk w Paryżu oraz mistrzostw świata w Eugene. I doktor mówi mi tak: zobacz Anita, miałaś jedną z najgroźniejszych rywalek, Niemkę Betty Heidler. Na mistrzostwach świata w Berlinie, u niej na stadionie, w jej rodzinnym mieście, to ty wygrałaś. Na mistrzostwach świata w Rosji wprawdzie cieszyła się Tatiana Łysenko, ale po latach została zdyskwalifikowana. I dalej, w Chinach też pokonałaś miejscową zawodniczkę. Tak że przede mną kolejne mocarstwo świata, które trzeba pokonać na jego terenie (śmiech) - mówi w rozmowie z Interią Anita Włodarczyk, finalistka plebiscytu Interii "As Sportu 2021". W naszej zabawie trwa decydująca rozgrywka!

Artur Gac, Interia: Trudno powiedzieć, że trening profesjonalisty może być przyjemnością, ale jeśli już ciężko trenować, to w takich warunkach, jakie obecnie znajduje pani w Katarze.

Anita Włodarczyk, 3-krotna mistrzyni olimpijska i 4-krotna mistrzyni świata: - Dokładnie tak. To jest duży plus. W szczególności teraz, gdy w Polsce jest zima, a ja mogę przebywać w Katarze w super warunkach, tak pod względem obiektów sportowych, jak również pogody. To właśnie w Doha rozpoczęłam przygotowania do kolejnego sezonu.

Wszak w państwie, nad Zatoką Perską, ma pani prawo już czuć się, jak u siebie w domu.

- Śmiało mogę powiedzieć, że Katar znam doskonale. Dniem wolnym od treningów zawsze mam piątek, wtedy jest czas na regenerację i zawsze staramy się też gdzieś pojechać. Najlepiej w nowe miejsce, żeby głowa jak najmocniej odpoczęła od monotonii i ciężkiej pracy, bo trenujemy dwa razy dziennie. Jeśli chodzi o samo Doha, to rzeczywiście czuję się właściwie, jak u siebie. Już wiem, czego się spodziewać. A przede wszystkim bardzo dobrze poznałam kulturę arabską, dzięki czemu wiem, co mogę, a czego nie powinnam robić. Pamiętam, jak na początku, gdy po raz pierwszym przyleciałam tu w 2016 roku, przeżyłam duży szok. Trzeba było pogodzić się z różnymi rzeczami. Jak na przykład z tym, że nie mogę w koszulce na ramiączkach wejść na trening na siłowni. A poza tym muszę mieć zakryte kolana. Obecnie jest to dla mnie rzecz naturalna. Przede wszystkim bardzo się cieszę, że mogę tutaj w spokoju trenować. Zawsze jest to przyjemne, bo nieraz wspominam początki moich zgrupowań w reprezentacji Polski, gdy grudzień i styczeń spędzało się na zgrupowaniach w Spale. Pamiętam 2004 i 2005 rok, gdy temperatura wynosiła minus 10-15 stopni Celsjusza, a trzeba było wyjść i oddawać rzuty. Pamiętam, że wtedy byłam w stanie oddać maksymalnie 20 rzutów, tak bardzo organizm był wyziębiony. A teraz mam ten komfort, że mogę oddawać bardzo wiele prób i właśnie to sprowadza nas do Kataru.

Reklama

To symptomatyczne, co pani przywołała. Człowiek przyzwyczaja się do lepszego i dobrego, ale ciągle ma pani w pamięci, że wiele lat temu trzeba było wykuwać formę w diametralnie innych warunkach.

- Tego się nie zapomina (śmiech). Ale to też na pewno ukształtowało mój charakter i waleczność, żeby się nie poddawać, gdy warunki nie są wymarzone. Z perspektywy czasu są plusy i minusy warunków, w jakich przed laty przyszło mi trenować. Teraz jest znacznie przyjemniej, zwłaszcza, że obecnie w Katarze jeszcze nie jest bardzo gorąco. Teraz mamy w granicach tylko 28 stopni, co może zabrzmieć dla kibiców dziwnie. Dzięki temu, gdy w tej chwili idę na rzutnię, jestem w stanie spędzić na słońcu trzy godziny i wszystko jest okay. Natomiast już w marcu, kwietniu i maju, gdy temperatura tutaj poszybuje ponad 40 "kresek", już nie będzie takiego komfortu. Najważniejsze jednak, że w okresie zimowym jestem tutaj, łapię energię ze słońca i wszystko przebiega dobrze.

Jak długo, w tym "rzucie", pozostanie pani w Katarze?

- Zaczęliśmy ósmy tydzień zgrupowania, a do Polski wracamy 19 grudnia. Przy tej okazji wróciły wspomnienia, rozmawialiśmy z fizjoterapeutą o tym, jak byliśmy tutaj rok temu. Wówczas Katar był jeszcze zamknięty, ale my mieliśmy pozwolenie, żeby przylecieć na zgrupowanie. I plan był identyczny, żeby wrócić do ojczyzny na Boże Narodzenie. Natomiast pandemia przeszkodziła i zostaliśmy tutaj do 10 lutego, czyli spędziłam w tym kraju ponad trzy miesiące. Teraz, gdybym znów miała nie wrócić na święta, pewnie byłoby mi przykro (śmiech). Wtedy mniej to bolało, bo na horyzoncie były igrzyska w Tokio, więc takie zdarzenia łatwiej było zaakceptować. Wyczekuję już świąt, zwłaszcza że spotkam się z rodziną i z przyjaciółmi. Nie zakładam niespodzianek z nagłymi obostrzeniami, zwłaszcza że przylot jest kwestią dosłownie kilku dni.

Pani będzie podejmować gości, czy uda się z wizytą do bliskich?

- Akurat tym razem wylatuję z rodzicami do brata i jego rodziny do Anglii. Więc tak naprawdę do Polski wpadnę tylko na trzy dni. W tym czasie w Warszawie wykonam badania fizjologiczne i moje standardowe, medyczne. Odbędę jeszcze dwa treningi, po czym wsiądę w samolot, obierając kierunek na Wyspy Brytyjskie. Najważniejsze, że ten czas spędza z najbliższymi mi osobami.

Nie mogę pominąć kwestii pani zdrowia, choćby pamiętając, jak heroiczną walkę stoczyła pani, by zbudować wielką formę na igrzyska w Tokio. Jak wygląda sytuacja z pani kolanem i ogólnie kondycją organizmu?

- Ze zdrowiem wszystko jest w porządku. Mogę powiedzieć, że czuję się rewelacyjnie. Doktor Robert Śmigielski był u nas na zgrupowaniu przez tydzień i oboje wiemy, że nie mam żadnych dolegliwości z kolanem. Można powiedzieć, że zapomniałam o kontuzji. Mało tego, nawet niektóre ćwiczenia, których przed kontuzją nie mogłam zrobić, teraz wykonuję bez problemu. Doktor powtarza, że teraz to leczone kolano mam młodsze i mam nadzieję, że już tak zostanie. Natomiast cały czas pozostaję pod opieką doktora i profilaktycznie badamy mój organizm, który cały czas jest poddawany wielkim obciążeniom.

Kluczowy temat chciałbym jeszcze wywołać, choć już pytaliśmy o to panią na igrzyskach i zaraz po złocie w Tokio. Nic się nie zmienia, kolejnym celem, który panią napędza, są igrzyska w Paryżu w 2024 roku?

- Tak jest, nic się nie zmieniło od Tokio. Nadal taki jest plan. Tutaj tylko i wyłącznie pozostaje kwestia zdrowia. Jeśli wszystko dopisze, to jak najbardziej Paryż będzie mi dany. A po drodze są jeszcze mistrzostwa świata i Europy. Czyli, tak jak zawsze, mamy plan długoterminowy oraz założenia krótkoterminowe, które - mam nadzieję - wszystkie uda się zrealizować.

Krótkoterminowym celem są właśnie MŚ i ME?

- Wiem, że może brzmi to dziwnie, ale tak jest. Natomiast jest u mnie pełna mobilizacja, tym bardziej, że mistrzostwa świata odbędą się w Stanach Zjednoczonych. Czyli w kraju moich, na dzień dzisiejszy, najgroźniejszych rywalek. Znam Amerykanów i ich mentalność, więc wiem, że na pewno będą chcieli pokazać się u siebie jak najlepiej i zrobią wszystko, żeby walczyć o medale. Dla mnie to też czynnik motywujący, żeby rywalizować z nimi w ich kraju.

Lepszej motywacji chyba nie trzeba. 

- Kiedyś z moim psychologiem, doktorem Nikodemem Żukowskim, analizowaliśmy moje starty pod kątem przygotowań do igrzysk w Paryżu oraz mistrzostw świata w Eugene. I doktor mówi mi tak: zobacz Anita, miałaś jedną z najgroźniejszych rywalek, Niemkę Betty Heidler. Na mistrzostwach świata w Berlinie, u niej na stadionie, w jej rodzinnym mieście, to ty wygrałaś. Na mistrzostwach świata w Rosji wprawdzie cieszyła się Tatiana Łysenko, ale po latach została zdyskwalifikowana. I dalej, w Pekinie, też pokonałaś miejscową reprezentantkę. Tak że przede mną kolejne mocarstwo świata, które trzeba pokonać na jego terenie (śmiech).

Czyli można rzec, że Anita Włodarczyk to jednoosobowy odział, który rozbija mocarstwa.

- (śmiech) Dokładnie. I taki mamy plan. A poza tym ja zawsze lubię mieć takie fajne, motywujące historie. I tak do kolejnych wyzwań podchodzimy z psychologiem.

W Tokio napędziła się pani trójką, wszak finał rzutu młotem odbył się właśnie 3 sierpnia.

- W Stanach Zjednoczonych moje starty wypadają 15 i 17 lipca, więc muszę poszperać i sprawdzić, z czym skojarzą mi się te daty. Myślę, że coś motywującego przyjdzie mi do głowy.

I na koniec: trwa wielki finał inauguracyjnego plebiscytu Interii "As Sportu 2021". W decydującej rozgrywce o zwycięstwie jest pani oraz szachista Jan-Krzysztof Duda. Spodziewałaby się pani takiej rywalizacji?

- Tego nigdy bym sobie nie wyobraziła, ale to już jest decyzja tylko i wyłącznie internautów. Ja na pewno nie lekceważę takich sportowców, bo każdy ma swoją dyscyplinę sportu i swoich sympatyków. W ogóle myślę, że to super inicjatywa. Cieszę się, że jestem w finale. Dziękuję wszystkim moim kibicom, którzy w internecie oddają na mnie głos, a zabawa niech trwa dalej!

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje