Reklama

Reklama

Akademia Młodego Piłkarza. Marek Duraj, trener Odry Opole: W pracy z ludźmi nie ma półśrodków. Część 2

- Nie zapominajmy o najważniejszej rzeczy. Pracujemy na materiale ludzkim. To nie jest śrubka, którą możemy wyrzucić, jak nam się zepsuje. To jest człowiek. Powstają w nim ślady, których często nie jesteśmy w stanie odwrócić - mówi o pracy z młodymi zawodnikami trener i koordynator akademii Odry Opole Marek Duraj.

Akademia Młodego Piłkarza to wspólny projekt Interii oraz Polsatu Sport, skierowany szczególnie dla młodych piłkarzy, ich rodziców oraz trenerów. Teksty z serii Akademia Młodego Piłkarza można czytać w Interii, a nagrania cyklicznie oglądać w programie Cafe Futbol.

Reklama

Pierwszą część wywiadu przeczytasz w tym miejscu.

Wojciech Górski, Interia: Patrząc horyzontalnie - możemy powiedzieć, że miarą poziomu naszego szkolenia jest fakt, że produkujemy mniej zawodników światowej klasy od mniejszych państw, takich jak Anglia, Holandia, czy Belgia?

Marek Duraj, trener i koordynator Akademii Odry Opole: - Chyba tu nie ma innej odpowiedzi: wydaję mi się, że tak. Chociaż... temat jest złożony. Wiele osób twierdzi, że polscy młodzi zawodnicy nie dostają miejsca w drużynach seniorskich. Dobrze wiemy, jak wygląda to w Polsce - niejeden trener podkreślał, że jak przychodzi do klubu, to ma za zadanie zrobić wynik: utrzymanie, puchary, mistrzostwo. To ciężki moment, by wyprowadzić młodego zawodnika - nawet  grającego w juniorskich reprezentacjach Polski. Takim przykładem piłkarza z Opolszczyzny, choć to przykład mocno obarczony kontuzjami, jest Wojtek Kochański z Brzegu.

O proszę, w młodzieżowych drużynach grałem przeciwko niemu (śmiech).

- To piłkarz, który przechodził wszystkie szczeble szkolenia, trafiając z Pomologii Prószków do Legii Warszawa. Tam był kapitanem u Jacka Magiery, bodaj w zespole rezerw. Nie przebił się jednak do piłki seniorskiej. Wiem, że miał też problem z kontuzjami, ale Legia Warszawa to dobry przykład klubu, w którym młodemu zawodnikowi jest ciężko przebić się do pierwszego zespołu. Trzeba być wybitnym i mieć trochę szczęścia. Trafić na takiego szkoleniowca, który na niego postawi. W Opolu mamy teraz trenera Dietmara Brehmera, wprowadzającego zawodników - może nie jakoś gwałtownie, ale chłopcy dostają szansę. Mam dobry kontakt z trenerem i jednak wiem, że trener za darmo niczego im nie da. Trener od nich wymaga i dopiero jak udowodnią, że należy im się szansa, to ją dostaną. Później - jak każdy inny zawodnik - muszą pokazać, że należy im się miejsce w składzie na następny mecz.

Na pewno przejście z wieku juniora do seniora jest w Polsce dużym problemem. To złożona kwestia, pojawiały się już różne pomysły, jak Młoda Ekstraklasa, Centralne Ligi Juniorów, ale nawet CLJ-tki to nie to samo co piłka seniorska. Dlatego też coraz więcej zespołów tworzy zespoły rezerw i stara się nimi jak najwyżej awansować. Lech Poznań ma drużynę rezerw w II lidze, bardzo wysoko. W tej chwili wydaje mi się, że to jedyna droga, by do piłki seniorskiej wejść szybciej, niż przez tradycyjny układ, czyli trampkarze - juniorzy młodsi - juniorzy starsi - pierwsza drużyna. Trzeba być naprawdę wybitnym, by z piłki juniorskiej przeskoczyć na poziom sportu zawodowego.

Reasumując w innych krajach akademie i związki trochę szybciej niż nasze doszły do wniosku by usprawnić pion szkolenia i edukować trenerów na odpowiedni poziom, iść w parze z najnowszą wiedzą z różnych dziedzin skorelowanych z piłką nożną, inwestować w skauting i infrastrukturę oraz opracować własną ścieżkę rozwoju zawodnika. My stale ulepszamy te obszary, jednak nadal musimy gonić króliczka.

Co w obliczu tego sądzi pan o przepisie obowiązku gry młodzieżowca?

- Ma swoje plusy i minusy. Trzeba rozpatrywać tę kwestię indywidualnie. Kiedyś każdy musiał wywalczyć sobie miejsce w składzie. Natomiast teraz jest to pewien bufor dla młodych zawodników,  wydaje mi się, że młodzieżowcy z I ligi i Ekstraklasy bronią się swoją grą. Zresztą często przechodzą z I ligi do Ekstraklasy - jak choćby Bartłomiej Wdowik, który trafił do Odry z Ruchu Chorzów, zagrał u nas sezon i odszedł do Jagiellonii Białystok. Wydawało mi się, że się nie obroni, ale często gra w pierwszym składzie. Jest wygranym tego przepisu. Przepis ułatwia grę młodzieżowcom, ale zawodnik 30-letni, który musi rywalizować o miejsce w składzie z młodzieżowcem raczej nie jest z niego zachwycony.

Wspomniał pan o stażu w Holandii. Czy jest coś, co polskiego trenera uderza, gdy wyjeżdża za granicę?

- Ta kwestia w Polsce też się zmienia, ale musi minąć jeszcze wiele czasu, by więcej ośrodków działało w naszym kraju spójnie, systematycznie, w sposób zunifikowany. Mamy z tym problem. Na szczęście się to zmienia - w przypadku większości klubów I, II ligi DNA klubu już występuje, albo jest w trakcie tworzenia. To jedna rzecz.

Druga rzecz to podejście zawodników. Śmiało można powiedzieć, że w krajach, w których byłem - w Portugalii, Anglii, Holandii, Niemczech - było ono znacznie lepsze. Wynika to z mentalności i z tego, że w tych krajach funkcjonują silniejsze ligi. Młodzi piłkarze oglądają swoich bohaterów z bliska co tydzień. U nas jest z tym ciężej, nasi najlepsi zawodnicy to towar eksportowy, nie grają w Polsce. Poziom ligi pozostawia sporo do życzenia. Nie gramy w pucharach co roku, nie mamy sukcesów w piłce klubowej - czasami mecz na szczycie to 0-0 i bronienie własnej bramki nie jest tym samym bodźcem, co mecz drużyn z dołu tabeli ligi angielskiej i możliwość oglądania kilkudziesięciu sytuacji bramkowych podczas meczu.

Do niedawna nasi młodzi zawodnicy chyba w ogóle nie mieli podobnych wzorów w Europie? Przed Robertem Lewandowskim ciężko było nazwać kogoś absolutną światową gwiazdą.

- Dokładnie. Na szczęście się to zmienia - w Serie A możemy oglądać mecze z udziałem Polaków. Natomiast takie ligi jak francuska czy hiszpańska wciąż są dla nas tabu. Wydaje mi się, że jest to dość duży problem. Co więcej - nawet jeśli nasze akademie są zorganizowane, można powiedzieć o pewnym modelu funkcjonowania, zarządzania, to jednak niewiele klubów ma ścieżkę rozwoju zawodnika.

Niekoniecznie to, czego potrzeba Frankowi, będzie tym, co jest potrzebne Jarkowi. Obiorę inną drogę, jeżeli Franek jest szybkim skrzydłowym, grającym dobrze jeden na jednego, ale wiem, że jest później dojrzewający, na razie jest mikrusem i ma niewielkie szanse, by przebić się od razu do piłki seniorskiej. A z drugiej strony mamy takiego Jarka, jak Jarek Jach, który był tak rozwinięty fizycznie, że tylko czekał, aż "włoży" się go do składu Zagłębia i powstał towar eksportowy.

Chodzi tu o bardziej indywidualne podejście do każdego gracza?

- W umiejętny sposób. Nie każda metoda czy droga będzie idealna dla tego samego zawodnika. Kolejna sprawa to aspekt społeczno-socjalny, praca z zawodnikami jako ludźmi. To kwestia bardziej możliwości niż podejścia, ale trzeba mieć świadomość, że pracujemy z ludźmi, a nie walczymy w wyścigu szczurów. Chłopcy podczas zajęć w klubie mają możliwość nabywania cech społecznych. 

Młodzi piłkarze mają często problem z docenieniem wartości pieniądza. W wieku 17 lat dostają sporą wypłatę, są z dala od domu i... psują się. I nic z nich nie ma - ani piłkarsko, bo to ma przełożenie na boisko, ani życiowo. Kwestie radzenia sobie z presją, z mediami, komunikacja, to rzeczy, które przydadzą im się w zawodzie piłkarza i nie tylko, bo także w późniejszym zawodzie trenera, czy innym prozaicznym, codziennym zajęciu. A to rzeczy, które są codziennością w klubach, w których byliśmy - jak TSG Hoffenheim, czy Crystal Palace. Tam wychowankami interesują się przede wszystkim jako ludźmi - nie tylko jako "produktem", zawodnikiem, tylko jako człowiekiem.

Przed kilkoma dniami rozmawiałem z trenerami Escoli Varsovia i mieli bardzo podobną narrację: do każdego zawodnika należy podejść indywidualnie. Jak dokładnie rozumieć pojęcie "indywidualna ścieżka rozwoju zawodnika"?

- Chodzi o pomysł na zawodnika. Pokażmy to na przykładzie: Jeśli jestem kierownikiem Biedronki, a pan przychodzi do mnie na rozmowę kwalifikacyjną, to zauważam, że ma pan takie i takie cechy oraz atuty i układam dla pana ścieżkę kariery. Czyli stwierdzam: OK najpierw zaczniemy od magazynu, potem będzie kasa. Potem, jeśli zobaczę, że ma pan zdolności analityczne, dodatkowo dobrze zarządza towarem i wymyśla fajne promocje, to może marketing? Mianuję więc pana specjalistą ds marketingu. Nagle zaczyna pan robić dla nas świetne obroty, więc przenoszę pana jeszcze wyżej i wyżej, aż na stanowisko kierownicze.

Tak samo jest z zawodnikami - jeśli mamy pomysł na niego, mówimy o indywidualnej ścieżce rozwoju. Teraz spójrzmy na przykład Jakuba Modera. To był zawodnik zapowiadający się świetnie, ale jeszcze niegotowy na pierwszy zespół Lecha. Chcemy więc, by udowodnił, że zasługuje na grę w pierwszym zespole. Najpierw Moder symbolicznie debiutuje przy Bułgarskiej, dostaje trzy minuty i nagrodę za szereg lat w Akademii Lecha, natomiast aby grać w przyszłości 90 minut dla "Kolejorza", teraz zostaje wypożyczony do Odry Opole. Tam musi nam udowodnić swoją wartość. Będziemy w kontakcie z trenerami, dyrektorami Odry, także z Jakubem i zobaczymy jak jego rozwój się potoczy. W tym przypadku była to także próba charakteru. Obserwujemy grę Jakuba i potem decydujemy - wcielamy go do pierwszej drużyny Lecha. Widzimy tu pomysł na zawodnika, na zaplanowanie jego kariery.

Na koniec poruszmy jeszcze jedną kwestię. Prowadzenie najmłodszych grup wiekowych wymaga najmniejszych kwalifikacji i często "rzuca" się tam niedoświadczonych trenerów. To duży problem?

- Oczywiście. To bardzo złe. U nas to mocno lekceważone. Gdy dziecko przychodzi do klubu, mamy zaszczepić w nim pasję, wzbudzić pozytywne emocje do piłki nożnej, a często dzieje się tak, że dajemy tam trenerskiego nowicjusza. Oczywiście, jest to też warunkowane przez możliwości klubu, bo zazwyczaj tam trener dostaje najmniejsze pieniądze. Powiem szczerze, bo trzeba się tym pochwalić, że akurat u nas w Odrze trenerzy takich grup mają bardzo podobne zarobki, do trenerów, którzy pracują z zawodnikami ukształtowanymi. To bardzo wymagająca rola, nie należy jej absolutnie deprecjonować.

W Polsce, chociaż pewnie nie tylko, są duże rozbieżności w możliwościach klubów. Jak pan zauważył w dużych klubach, jedną grupą zajmuje się kilku trenerów, natomiast są kluby, w których 2-4 osoby zajmują się całym pionem młodzieży.

- Znam taki klub, w którym prowadzeniem czterech czy pięciu grup zajmuje się jedna osoba. Szacun. Ale z drugiej strony, myślę, że jest to lekceważenie tematu. Wiem to po sobie - mając dwadzieścia kilka lat prowadziłem trzy grupy i kadrę województwa. W takiej sytuacji nie da się prowadzić równie efektywnie wszystkich grup. Możemy jedną traktować poważnie, a inne niepoważnie, ale gdzie tu jakaś etyka pracy? To rzeczy, do których człowiek dochodzi po czasie. Nad tym powinni panować nasi przełożeni, żeby praca była efektywna. Jeżeli ktoś prowadzi trzy grupy, to w ciągu roku musi jechać na trzy obozy. I co dzieje się z pozostałymi grupami, kiedy trenera nie ma? W takich przypadkach jedno odbywa się kosztem drugiego. Nie mówię, że jest to zupełnie złe, ale trzeba zachować odpowiedzialność.

Nie zapominajmy o najważniejszej rzeczy. Pracujemy na materiale ludzkim. To nie jest śrubka, którą możemy wyrzucić, jak nam się zepsuje. To jest człowiek. Powstają w nim ślady, których często nie jesteśmy w stanie odwrócić. Czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy. A jeśli już wiemy, że "daliśmy ciała", to jest za późno. I mało kto się przyznaje do tego, proszę mi wierzyć. Musimy pamiętać, że pracujemy na ludziach i dla ludzi. Oczywiście, jest to szczególnie absorbujące, wymaga bardzo dużo energii, by do każdego zawodnika podejść indywidualnie, bo każdy potrzebuje czegoś innego. W pracy z ludźmi nie ma jednak półśrodków. Kto uznaje półśrodki w pracy z ludźmi, ten powinien zająć się składaniem długopisów.

Rozmawiał: Wojciech Górski