Reklama

Reklama

  • 1 .Real Madryt (46 pkt.)
  • 2 .Sevilla FC (38 pkt.)
  • 3 .Real Betis Balompié (33 pkt.)
  • 4 .Rayo Vallecano (30 pkt.)
  • 5 .Atletico Madryt (29 pkt.)
  • 6 .Real Sociedad San Sebastián (29 pkt.)
  • 7 .FC Barcelona (28 pkt.)
  • 8 .Valencia Club de Futbol (28 pkt.)

Wołowski: Wychowankowie za 60 mln euro

Tito Vilanova spełnił wielkie marzenie kibiców Barcelony wystawiając w niedzielę przeciw Levante drużynę złożoną z 11 graczy czujących się wychowankami klubu. Kilku z nich wiodły na Camp Nou kręte drogi.


Według definicji UEFA Cesc Fabregas jest wychowankiem Arsenalu Londyn, bo między 15. a 21. rokiem życia spędził trzy kolejne sezony w klubie z The Emirates. Sam piłkarz czuje co innego, choć podkreśla, iż wdzięczność do Arsene’a Wengere’a zawsze będzie nosił w sercu. Opowieści o przywiązaniu do barw klubowych bywają atrakcyjne i romantyczne, rzeczywistość je jednak zmienia. W futbolowym biznesie każdy młody gracz musi szukać szansy na własną rękę. W Barcelonie robił to nie tylko Cesc, ale też Gerard Pique, Jordi Alba i wielu innych.

Kiedy tego lata Alba, już jako gwiazda Euro 2012 wracał z Valencii do Barcelony, portale i strony katalońskich gazet zaroiły się od zdjęć chłopca, który wyrastał w "La Masia". Jordi spędził tam siedem lat, ma fotografie z Johannem Cruyffem, który przepowiadał mu świetlaną przyszłość. Nie zmienia to faktu, że w 2005 roku Barcelona bez żalu pozbyła się zakochanego w niej 16-latka. W szkółce klubu ktoś popełnił błąd, a Katalończyk musiał szukać powrotu do domu przez klubik Cornellà, a potem Valencię, która zapłaciła za niego 6 tys euro.

Podobny, tyle, że bardziej medialny błąd popełnił prezes Barcelony Joan Laporta, kiedy 16-letnia nadzieja klubu z Camp Nou Cesc Fabregas stawił się u niego w biurze prosząc o pozwolenie na wyjazd do Londynu. W 2003 roku Barcelona miała większe zmartwienia niż los najlepiej nawet rokującego nastolatka. Drużyna była w rozsypce, pogrążona w głębokim cieniu galaktycznego Realu Madryt. Laporta wygrał właśnie wybory i na gwałt potrzebował sukcesu.

Negocjacje z Davidem Beckhamem upadły, z PSG ściągano Ronaldinho w trybie awaryjnym i kilku innych graczy mających odwrócić złą kartę. "Nie czas żałować drzew, gdy płonie las" - pomyślał Laporta, kiedy pozwalał Fabregasowi iść własną drogą w jego świetlaną przyszłość.

Założona w 1979 roku szkółka "La Masia" nie od razu stała się kopalnią, z której wydobywano piłkarskie diamenty. Przez lata klub z Camp Nou traktował ją raczej jako miejsce, gdzie wychowuje się graczy uzupełniających drużynę opartą o gwiazdy z importu. Tak było jeszcze w czasach, gdy Fabregas opuszczał rodzinną Katalonię, a w ślad za nim inny zdolny wychowanek Gerard Pique. Messi wspomina, że w drużynie juniorów nazywano wyrośniętego Gerarda "Tatą", bo podczas meczów zawsze stawał w obronie mniejszych chłopaków.

Reklama

Zobacz wyniki, strzelców bramek, tabelę i terminarz Primera Division

Punktem zwrotnym było zatrudnienie Pepa Guardioli na stanowisku trenera. Jako piłkarz on sam też był tylko uzupełnieniem zespołu, w którym wiodące role odgrywali Christo Stoiczkow, Ronald Koeman, Michael Laudrup, czy Romario. Jako trener odważył się jednak zmienić położenie punktu ciężkości, czego przejawem stały się nowe role w zespole dla Xaviego i Iniesty. Obaj mieli kierować grą zespołu zbudowanego wokół Leo Messiego. To był strzał w dziesiątkę. W 2010 roku ta trójka zajęła całe podium w plebiscycie "Złota Piłka".

Xavi jest rodowitym Katalończykiem, Andres przybył do La Masia w wieku 12 lat. Gdy Guardiola zostawał trenerem pierwszy miał 24-lata, drugi już 28. Ryzyko nie było jednak wielkie, tego samego lata obaj poprowadzili reprezentację Hiszpanii do triumfu w Euro 2008. Pozbywając się Deco i Ronaldinho i stawiając w ich rolach wychowanków klubu Pep położył kamień węgielny pod przyszłe zwycięstwa.

Lista transferowych błędów Guardioli jest długa, zaczynając od najdroższego Ibrahimovica, przez Hleba, Czyhryńskiego, po Caceresa sprowadzonego za 16 mln euro. Ale to Pep zaczął bolesny i wstydliwy proces odkupowania wychowanków. Pique odzyskał z Manchesteru United za jedyne 5 mln euro. Pamiętam jednak dobrze drwiny w hiszpańskich mediach, że trener Barcy płaci nawet za to, co można było mieć za darmo.

Pep się tego nie wstydził. Zabiegi o Fabregasa trwały niemal przez całą jego kadencję. Sprawa nie była prosta, bo w Premier League Cesc zyskał miano gwiazdy pierwszej wielkości. Kwota 40 mln euro nie była banalna, ale ówczesny trener Barcy, nie wahał ani chwili. Cesc też zrobił absolutnie wszystko, by wrócić na Camp Nou. Oczywiście nie chodziło wyłącznie o sentymenty, zyskiwał na tym przede wszystkim sportowo, ale mógł wybrać każdy inny wielki klub w Europie.

Guardiola wspominał, że był o mały krok od pozbycia się z Barcelony Pedro Rodrigueza. Kiedy w 2007 roku obejmował rezerwy klubu, miał dwa tygodnie na zredukowanie kadry o połowę. O gracza urodzonego na Teneryfie zabiegał jakiś mały klubik, ale Pep dał mu szansę w Barcy B. Stamtąd pochodził też chudy i pokraczny nieco kataloński dryblas Sergio Busquets, którego ojciec Carles był mocno przeciętnym bramkarzem "Dream Teamu" Johanna Cruyffa.
Rodzinne związki z Barceloną ma też Pique, jego dziadek Amador Bernabeu był wiceprezesem klubu. Jak widać nawet taki fakt nie zapobiegł temu, by Katalończyk z krwi i kości podjął poszukiwania piłkarskiej szansy gdzie indziej. Klubowi z Camp Nou, mimo iż popełnił wobec wychowanków sporo pomyłek, też nie można się przesadnie dziwić. Trudno by o szansach gry w podstawowym składzie decydowały kryteria poza sportowe.

Zdarzały się przypadki odwrotne. Kiedy w 2003 roku trener Radomir Antic zrobił z Victora Valdesa pierwszego bramkarza Barcelony, cała Hiszpania się śmiała. Jeszcze wiele lat po tym twierdzono, że stawiając na Victora Barcelona leczy kompleks Ikera Casillasa i Realu Madryt. Valdes popełniał jednak gafy coraz rzadziej, dziś jest najbardziej utytułowanym bramkarzem w dziejach klubu.

Barcelona zapłaciła za swoje pomyłki wobec wychowanków 60 mln euro. 40 mln za Fabregasa, 14 za Albę, 5 za Pique. Zwycięstwa zespołu Guardioli wprowadziły jednak modę na "La Masię" i wychowanych w niej chłopaków. Ledwo młokos z rezerw, czy nawet zespołu juniorów prosto kopnie piłkę, już pojawia się w katalońskiej prasie i na portalach, jako nowy Messi. Poza jedenastoma graczami z "La Masia", którzy wystąpili w niedzielnym pojedynku z Levante, są jeszcze inni wychowankowie: Cristian Tello, Marc Bartra, Gerard Deulofou, a po kontuzji wrócił właśnie Isaac Cuenca. Oni wszyscy mają realną szansę na karierę na Camp Nou.

Lista zmarnowanych nadziei jest jednak równie długa. Nie chodzi o występującego w Arsenalu Mikaela Artetę (pięć lat w Barcelonie), czy bramkarza Liverpoolu Pepa Reinę (trzy lata na Camp Nou). Największą gwiazdą klubu obok Messiego miał być dziś oczywiście Bojan Krkic, dla którego sezon 2007-2008 był tak rewelacyjny, że gracz pozwolił sobie na odmowę wyjazdu z reprezentacją Hiszpanii na Euro do Austrii i Szwajcarii. Miał wtedy niespełna 18 lat i świat u stóp. Już wcześniej wymazał nazwisko Leo Messiego w rubrykach "najmłodszy debiutant w ligowym meczu Barcelony" i "najmłodszy strzelec bramki dla klubu".

Jak widać poza dobrą pracą u podstaw w La Masia, trzeba było wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności, by tych jedenastu ludzi w niej wychowanych spotkało się w niedzielę na boisku w Walencji. Kapitan Carles Puyol trafił do klubu z Katalonii mając aż 17 lat, choć urodził się kilkadziesiąt kilometrów od Barcelony. Leo Messi (w La Masia od 13. roku życia) przyszedł na świat w oddalomym o kilkanaście tysięcy kilometrów Rosario, potrzebne było jego nieszczęście, czyli choroba, by rodzina zaczęła poszukiwać ratunku w Hiszpanii.

W dzisiejszej piłce są oni ewenementem. Być może jednak sukces Katalończyków (i kryzys ekonomiczny) będą impulsem, by po okresie kosmopolityzmu, futbol zaczął wracać do korzeni?

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule z Darkiem Wołowskim na jego blogu!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje