Reklama

Reklama

Real Madryt - FC Barcelona. Cezary Wilk przed El Clasico: Dyskusje w Hiszpanii kończą się przy piwie lub lampce wina

​- Pamiętam, że przed każdym starciem Realu z Barceloną były zakłady w szatni. Każdy na tablicy wypisywał nazwisko oraz wynik meczu i zostawiał pewną kwotę w pudełeczku. Później było wspólne oglądanie meczu, rozmowy. "Klasyk" budzi zainteresowanie u każdego, nieważne czy jesteś piłkarzem Segunda Division, Primera Division, kibicem, dziennikarzem czy nawet osobą postronną, niekoniecznie oglądającą piłkę na co dzień. Tym starciem interesuje się bowiem każdy - mówi w rozmowie z Interią Cezary Wilk, były reprezentant Polski oraz piłkarz między innymi Wisły Kraków, Deportivo La Coruna oraz Realu Saragossa. Transmisja z El Clasico już dziś o godzinie 21.00, na żywo w Eleven Sports 1.

Mecz w Eleven Sports 1 komentować będą Mateusz Święcicki i Sebastian Chabiniak. Studio przedmeczowe na Estadio Alfredo Di Stéfano rozpocznie się o 18.00. Na kibiców czeka więc aż sześć godzin relacji z Madrytu. Jedną z atrakcji będą ekskluzywne rozmowy z wybitnymi postaciami świata piłki nożnej, takimi jak Arrigo Sacchi, Edmílson czy Fernando Hierro.

W Polsce Cezary Wilk dał się poznać dzięki występom między innymi w barwach Korony Kielce i Wisły Kraków. Fani "Białej Gwiazdy" prawdopodobnie do dziś pamiętają jego bramkę zdobytą w starciu z APOEL-em Nikozja, dzięki której Wisła otarła się o wrota Ligi Mistrzów. W 2013 roku Wilk trafił do Hiszpanii. Na Półwyspie Iberyjskim grał dla Deportivo La Coruna i Realu Saragossa. W 2018 roku, w wieku 32 lat, po serii urazów zakończył karierę. Na piłkarskiej emeryturze uprawia triathlon, lecz wciąż bacznie śledzi co dzieje się w futbolu, zwłaszcza tym hiszpańskim, który ogląda z bliska, mieszkając w A Corunii.

Reklama

Tomasz Brożek, Interia: Piłkarscy kibice na całym świecie spoglądają z niecierpliwością w kierunku Hiszpanii. Futbolowa gorączka związana z El Clasico dotarła już do A Corunii?

Cezary Wilk: - Tak, na pewno wszyscy czekają na ten mecz i to z utęsknieniem! To wielkie święto sportowe i wydarzenie, które wychodzi daleko poza świat piłki nożnej. Sytuacja w tabeli jasno pokazuje, że będzie to walka o coś więcej, niż tylko trzy punkty. Zanosi się na to, że drużyna, która zwycięży w El Clasico, będzie głównym rywalem Atletico Madryt w wyścigu o mistrzostwo Hiszpanii. Sprawa tytułu nie jest bowiem jeszcze rozstrzygnięta. Co do tego chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości. Mecz Realu z Barceloną będzie więc miał podwójny "smaczek".

Atletico zadbało o to, by podnieść emocję przed "Klasykiem", trwoniąc znaczną część pokaźnej przewagi w tabeli. W dodatku "Los Colchoneros" będą musieli radzić sobie w najbliższym czasie bez swojej najskuteczniejszej "strzelby" - Luisa Suareza. Motywacja w obozach Realu i Barcelony musi więc być ogromna, bo mistrzostwo Hiszpanii zdaje się być w zasięgu ręki.

- Rzeczywiście, Suarez wypada z gry na kilka spotkań z powodu kontuzji. Mówi się o trzech-czterech meczach absencji. Zobaczymy, jak będzie w rzeczywistości. W tym sezonie ligowym Urugwajczyk strzelił dla Atletico 19 goli. Na pewno jest więc to zawodnik znaczący i klasowy. W ostatnich spotkaniach obniżył jednak loty. Nie miał już tak wielkiego wpływu na grę całej drużyny. Może dlatego Atletico prezentowało się nieco gorzej niż w pierwszej części sezonu. Mimo to brak Suareza to ogromna strata dla podopiecznych Diego Simeone. To kluczowy zawodnik.

Dostrzega pan także inne czynniki, które wpłynęły na obniżkę formy ekipy Atletico?

- W każdej lidze, nie tylko hiszpańskiej, zespoły mają wzloty i upadki. Dotyczy to także Realu i Barcelony. Oba te kluby miały w tym sezonie zadziwiająco dużo potknięć. Atletico natomiast było bardzo regularne, choć czasem nie zachwycało grą. Przed każdym meczem tej ekipy wiedzieliśmy, czego można się spodziewać i zazwyczaj te przewidywania się sprawdzały. Teraz przyszedł słabszy moment w sezonie, co po prostu się zdarza, a rywale Atletico potrafili to skrzętnie wykorzystać. Nie doszukiwałbym się tutaj niczego nadzwyczajnego. Taka jest normalna kolej rzeczy. Jeśli chodzi o wpływ jednostek, na pewno ważna jest postawa wspomnianego już Suareza, który ma słabszy moment. Stara się jednak kreować sytuacje swoim partnerom. Przykład widzieliśmy w ostatnim meczu ligowym z Sevillą, gdy w 2. minucie doliczonego czasu Angel Correa znalazł się po jego podaniu w stuprocentowej sytuacji, którą zmarnował, trafiając w bramkarza. To pokazuje, że Urugwajczyk potrafi wykreować coś z niczego, pracując na rzecz kolegów z drużyny, choć ostatnio rzadziej to pokazuje. Jest mniej widoczny, mniej skuteczny, partnerzy stwarzają mu mniej sytuacji... Na obraz jego gry składa się wiele niuansów. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego. Podopieczni trenera Simeone mają po prostu gorszy okres, który dotknął w tym sezonie każdego z hiszpańskich gigantów.

Postawę Atletico można więc streścić, uciekając się do używanego przez wielu piłkarzy stwierdzenia, "taki jest futbol".

- Dokładnie (śmiech). To jest takie bardzo wyświechtane powiedzenie, często nadużywane przez piłkarzy i trenerów, ale trudno się z nim nie zgodzić. Piłka nożna ma swoją specyfikę i być może dlatego ją tak kochamy. Trudno jest czasami przewidzieć bieg wydarzeń i zdiagnozować, dlaczego ktoś jest w wysokiej formie i potrafi wygrywać kilka lub kilkanaście meczów z rzędu, a inne ekipy mają problem z kolekcjonowaniem punktów i nie mogą sobie poradzić nawet z teoretycznie słabszymi rywalami. Mogę więc podpisać się obiema rękami pod przytoczonym stwierdzeniem - taki jest futbol.

W przeciwieństwie do rywala zza miedzy Real Madryt przeżywa ostatnio świetny okres i - jak się zdaje - włącza tryb mistrzowski, który przed rokiem zapewnił mu tytuł mistrza Hiszpanii na finiszu sezonu. We wtorek "Królewskich" nie był w stanie zatrzymać ani Liverpool, ani koronawirus, ani kontuzje. Biorąc to pod uwagę, Real będzie faworytem w El Clasico?

- Jeśli popatrzymy na formę obu ekip w ostatnim czasie, od zakończenia przerwy reprezentacyjnej, Real Madryt rzeczywiście prezentuje się lepiej od Barcelony. Spotkanie ligowe z Eibarem "Królewscy" wygrali dość łatwo 2-0, choć oczywiście rywal nie był wymagający. Real Valladolid jednak "na papierze" także jest dość łatwym przeciwnikiem, a Barcelona bardzo się z nim męczyła. Fakt, był to jeden z lepszych meczów Realu Valladolid. Często oglądałem ich poczynania w tym sezonie i dawno nie widziałem, by ta ekipa tak dobrze wyprowadzała piłkę, broniła i prezentowała tak ogromną konsekwencję w swojej grze. Mimo to Barcelona powinna sobie poradzić w tym meczu dużo łatwiej, a nie wygrać po bramce Ousmane’a Dembele w samej końcówce. Dodatkowo nie obyło się bez kontrowersji. Choćby czerwona kartka dla jednego z piłkarzy Realu Valladolid prawdopodobnie została pokazana nie do końca słusznie... Jeśli więc cofamy się tylko o tydzień i patrzymy na ostatnich kilka dni, to Real jest faworytem, tym bardziej po prestiżowym zwycięstwie z Liverpoolem w Lidze Mistrzów. Ten triumf może stanowić potężny kop psychologiczny dla "Królewskich".

- Jeżeli natomiast spojrzymy na - powiedzmy - 10 ostatnich spotkań obu drużyn, to akcje Barcelony pójdą do góry. "Duma Katalonii" grała bardzo okazale, ofensywnie i przyjemnie dla oka. Trzeba oczywiście odnotować, że na drodze "Barcy" zabrakło wielkich drużyn, które mogłyby sprawdzić defensywę drużyny, bo tu może być największy znak zapytania. Świetnie dysponowany Real będzie na tę obronę naciskał. Myślę, że El Clasico przychodzi w odpowiednim momencie, gdy obie ekipy są już gotowe. Trudno było dotąd zaznaczyć w tym sezonie takie momenty, w których Real cieszył nas swoją grą i można była z całą świadomością stwierdzić, że właśnie taką drużynę "Królewskich" chcemy oglądać. Mecz z Liverpoolem był jednym z tych nielicznych, po którym możemy w 100 procentach bić brawo drużynie Zinedine’a Zidane’a.

Śledząc poczynania Realu i hiszpańską prasę można było odnieść wrażenie, że "Królewscy" znajdują się w stanie permanentnego kryzysu, a "Zizou" co rusz musi grać o swoją posadę. Na Półwyspie Iberyjskim często prześmiewczo nazywa się go "alineadorem", czyli człowiekiem od wystawiania pierwszego składu, nie trenerem dbającym o rozwój piłkarzy. Francuz wciąż pokazuje jednak, że jest specjalistą od zarządzania drużyną i prowadzenia jej zwłaszcza w niezwykle ważnych meczach.

- Ja odbieram Zidane’a przede wszystkim jako oazę spokoju, pewności siebie, wiary w to co robi oraz w swoich piłkarzy. Nie odkryję Ameryki, ale myślę, że główną cechą, która pozwala mu funkcjonować na takim poziomie wśród zawodników, jest to, że niesamowicie dobrze i skutecznie potrafi się dogadać z zawodnikami doświadczonymi. Jest w stanie odnaleźć z nimi wspólną nić porozumienia i współpracy, słuchać ich i wykrzesać z nich 100 procent potencjału. W takim zespole jak Real Madryt, opartym przede wszystkim na doświadczonych zawodnikach, którzy wygrali już wiele, by nie powiedzieć wszystko, Zidane potrafi się znakomicie odnaleźć. Przekazuje drużynie spokój, wiarę we własne możliwości. Niesie przesłanie, że nieważne, co się dzieje, liczy się tylko dzisiejszy mecz i nie ma co wybiegać do przodu. Jeśli przegramy, nie oznacza to, że jesteśmy najgorszą drużyną świata, a zwycięstwo nie czyni z nas od razu mistrzów. Taki jest przekaz Zidane’a, który potrafi zachować świetne proporcje w tym aspekcie. To, co zarzuca się Francuzowi, to chociażby nieumiejętność wprowadzania młodych zawodników do drużyny i trzeba się z tym zgodzić. Poza Viniciusem Juniorem i Rodrygo trudno znaleźć innych niedoświadczonych zawodników, którzy zaistnieli za kadencji Zidane’a.

Można za to wymieniać nazwiska obiecujących piłkarzy, którzy nie znaleźli uznania w oczach Francuza - Sergio Reguilon, Achraf Hakimi, Martin Odegaard...

- Zgadza się. Tych młodych zawodników było sporo. Można tu jeszcze dorzucić Lukę Jovicia. Warto jednak spojrzeć na to w inny sposób. Za kogo mieliby grać ci zawodnicy? Czy ktokolwiek, będąc trenerem Realu Madryt, postawiłby na któregoś z wymienionych piłkarzy, odstawiając na bok Lukę Modricia, Toniego Kroosa, Casemiro, Karima Benzemę, Sergio Ramosa czy Daniego Carvajala? To postacie, z których trudno zrezygnować. Jak więc takiego młodego zawodnika wstawić do składu? Jak go rozwijać? Jak zapewnić mu odpowiedni czas gry? Real to przecież klub, w którym liczy się to, ile trofeów w danym sezonie wstawisz do gabloty klubowej, a nie ilu zawodników rozwiniesz. Głównie z tego rozliczany jest trener. Krytyka wymierzona w stronę Zidane’a jest zawsze bardzo surowa, takie odnoszę wrażenie. Tymczasem moim zdaniem Francuz zasłużył na to, by samodzielnie zdecydować o tym, kiedy odejść z Realu Madryt, a zwolnienie go nigdy nie będzie dobrym pomysłem. Wygrał już z "Los Blancos" tyle tytułów, że należy mu się prawo decydowania o takich kwestiach.

Pana zdaniem ten moment rozstania nadejdzie już na finiszu obecnych rozgrywek?

­- Dużo będzie tutaj zależało od pomysłu prezesa Florentino Pereza na to, jak ma wyglądać w przyszłym sezonie drużyna Realu Madryt. Jeśli dojdzie do rewolucji wydaje się, że Zidane nie będzie wówczas najlepszym kandydatem do poprowadzenia tego projektu. Jak wcześniej mówiliśmy, jest on idealny, jeśli chodzi o zarządzanie gwiazdami i wielką drużyną. Czy jest to jednak trener potrafiący zbudować drużynę niemal od podstaw, umieszczając w niej nowych zawodników i konstruując dla nich odpowiedni system gry? Tu pojawia się już sporo znaków zapytania. 

Burzliwe dyskusje na temat przyszłości trwają zapewne także w biurach Camp Nou. Na usta ciśnie się pytanie: co z Leo Messi? Odejdzie z klubu czy zostanie?

- Spojrzenie na Messiego zmienia się w zależności od tego, co dzieje się w Barcelonie. Ostatnie tygodnie to kadencja nowego prezesa - Joana Laporty - okres spokoju i większego zaufania do trenera Ronalda Koemana. To w moim odczuciu przekłada się na spokój Messiego i nasze wyobrażenie na ten temat. Nie znamy bowiem całej prawy, musimy tu operować w sferze domysłów. Aura wokół Messiego w ostatnich tygodniach jest dużo spokojniejsza i sprzyja temu, by Argentyńczyk pozostał na kolejne sezony w Barcelonie. Jeśli mam mówić o swoich odczuciach, sam także skłaniam się ku tej opcji.

Pana zdaniem to Messi będzie kluczową postacią "Klasyku"? A może do głosu dojdzie "młoda krew" na czele z Pedrim czy Viniciusem, który w meczu z Liverpoolem rozegrał jedno ze swoich najlepszych spotkań w Realu?

- Vinicius rzeczywiście rozegrał z Liverpoolem swój najlepszy mecz w barwach "Królewskich", jaki widziałem, jednak - tu trzeba uciec się do kolejnego piłkarskiego frazesu - Messi to Messi. Argentyńczyk może indywidualnie przesądzić o losach każdego spotkania. Barcelona bez Messiego jest kompletnie inną drużyną. Jeżeli więc ktoś ma samodzielnie przesądzić o losach El Clasico, będzie to Messi. Vinicius zagrał z Liverpoolem fantastycznie, natomiast musi rozegrać 10 czy 15 takich meczów w sezonie, by można było mówić o "wielkim Viniciusie". Trzeba się więc wstrzymać z wychwalaniem go pod niebiosa. Musi także otrzymać możliwość rozegranie jednego pełnego sezonu. Nie zapominajmy, że w ostatnim okresie nie miał on nawet pewnego miejsca w wyjściowym składzie. Vinicius na pewno potrzebuje czasu.

Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że Vinicius gra dobrze wtedy, gdy jest "zdalnie sterowany" przez Kroosa. Tak było w ubiegłorocznym "Klasyku" gdy Niemiec przed podaniem pokazał Brazylijczykowi, gdzie ma biec, tak było także w spotkaniu z Liverpoolem. Środek pola Realu może być zabójczą bronią "Królewskich".

- Casemiro, Kroos i Modrić tworzą obecnie najlepszy środek pola w piłce klubowej. Grają ze sobą już bardzo długi czas, znają się niemal na pamięć. Poznali swoje wady oraz zalety i potrafią się znakomicie uzupełniać. Oczywiście, mają także genialne umiejętności. To trio to motor napędowy Realu Madryt. Często zarzuca się im, że nie prezentują już odpowiedniej szybkości, tempa i zaangażowania w każdym meczu. Z drugiej strony, nie ma się co dziwić, że u takich zawodników, którzy w piłce klubowej wygrali już niemal wszystko, starcie z Deportivo Alaves czy Eibarem nie budzi takich samych emocji, jak mecz w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Liverpoolem czy El Clasico. Tego się nie oszuka. Takie spotkania wywołują dodatkowy zastrzyk adrenaliny, wzrost emocji, co znacząco wpływa na grę.

Skoro mowa o emocjach - ich największe stężenie w meczach Realu i Barcelony przypadło na czasy rywalizacji dwóch wielkich trenerów - Jose Mourinho i Pepa Guardioli. Tęskni pan za tymi czasami, gdy na murawie wręcz wrzało, sypały się czerwone kartki i niejednokrotnie dochodziło na skandalów, czy może lepiej, że to już przeszłość, a teraz piłkarze skupiają się już bardziej na samej grze w piłkę?

- Muszę przyznać, że jestem fanem Mourinho. Gdy prowadził Real Madryt, zawsze patrzyłem na niego z wielką radością, mimo iż sam często robił więcej show dookoła futbolu niż jego piłkarze na boisku. Do mnie to jednak trafiało. Kupowałem to w całości. Kiedy po drugiej stronie barykady był Guardiola, obaj potrafili zapewnić dodatkowe emocje. Ja to lubiłem, podobnie jak chyba cały piłkarski świat. Nawet teraz, gdy obaj panowie spotykają się na angielskich boiskach, wraca się do ich hiszpańskich starć. To zawsze będzie punkt odniesienia. Teraz rzeczywiście więcej mają do powiedzenia na boisku sami piłkarze, niż w tamtym okresie. Choć w obu ekipach grali wtedy genialni zawodnicy, uwaga rozchodziła się także na szkoleniowców. Teraz ławka trenerska po jednej i drugiej stronie jest spokojna, a my możemy skupiać się na boisku i piłkarskich popisach.

Meczami Realu i "Barcy" żyje niemal cała piłkarska Polska. Obie ekipy mają w naszym kraju rzeszę fanów, co często doprowadza do burzliwych dyskusji. W Hiszpanii, ze względu na kulturę, temperament i bliskość wydarzeń, napięcie związane z El Clasico jest zapewne nieporównywalnie większe. Był pan świadkiem jakichkolwiek starć lub ekscesów z udziałem fanów obu ekip?

­- Nie kojarzę żadnych zajść dotyczących samego El Clasico. Trzeba sobie jednak otwarcie powiedzieć, że w Hiszpanii wszyscy sympatycy futbolu funkcjonują na podobnych zasadach. Każdy wspiera wybrany klub z danego regionu bądź miasta, a dodatkowo jest sympatykiem Realu Madryt lub Barcelony. Dyskusje dotyczące tych ekip są wszechobecne. Pytanie czy jest się za "Barcą" czy Realem to jedno z pierwszych pytań, które w Hiszpanii zadaje się nowo poznanej osobie. To już na dobre zakorzeniło się w tamtejszej kulturze, jest nieodzowne. Na pewno trzeba to poczuć od środka. My w Polsce czegoś takiego absolutnie jeszcze się nie dorobiliśmy na taką skalę. El Clasico to ogromne wydarzenie, które wzbudza mnóstwo emocji. Często prowadzą one do ożywionych dyskusji, które niejednokrotne nie mają nic wspólnego z merytorycznymi argumentami, ale zawsze kończą się spotkaniem przy stole z małym piwem lub lampką wina i są kwitowane w żartobliwy sposób. Hiszpanie potrafią rozmawiać o piłce, potrafią się tym bawić i cieszyć.

Mówimy o kibicach, a jak jest z piłkarzami? Oni także - mimo gry w innych klubach - kibicują Realowi lub Barcelonie i spierają się w szatni przed "Klasykami"?

- Oczywiście! Pamiętam, że przed każdym starciem Realu z "Barcą" były zakłady w szatni. Każdy na tablicy wypisywał nazwisko oraz wynik meczu i zostawiał pewną kwotę w pudełeczku. Później było wspólne oglądanie meczu, rozmowy... "Klasyk" budzi więc zainteresowanie u każdego, nieważne czy jesteś piłkarzem Segunda Division, Primera Division, kibicem, dziennikarzem czy nawet osobą postronną, niekoniecznie oglądającą piłkę na co dzień. Tym starciem interesuje się bowiem każdy. Siada wieczorem przed telewizorem i ogląda mecz. To jest absolutne święto.

Udało się kiedyś coś wygrać przy okazji zakładów?

­- Tak. Jeszcze za czasów gry w Deportivo postawiłem kiedyś na zwycięstwo Realu Madryt 2-1. W zabawie udział wzięło wtedy ponad 30 osób i trzy wytypowały dokładnie taki rezultat. Wśród nich byłem ja. To był jedyny raz, gdy udało mi się cokolwiek wygrać w obstawianiu meczów.

W ligowych zmaganiach nie udało się panu nigdy zagrać z Realem lub Barceloną. Chyba jest czego żałować?

- Z Realem udało mi się raz zagrać. Nie były to jednak rozgrywki ligowe, a mecz przedsezonowy w ramach turnieju w A Corunii. Jest on traktowany jako forma sparingu. Kiedyś przyjechali tam właśnie "Królewscy" i miałem okazję wybiec wówczas na boisko. W meczu ligowym natomiast rzeczywiście nie zagrałem z którąś z tych ekip. Na pewno byłoby to coś wyjątkowego, natomiast i tak z mojej kariery wykrzesałem dość dużo i raczej jestem zadowolony z tego, co udało mi się uzbierać. Nie narzekam.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź

Ma pan czas, by ze słonecznej Hiszpanii oglądać zmagania na boiskach PKO Ekstraklasy?

­- Tak, ale nie jestem nałogowym widzem, jeśli chodzi o Ekstraklasę. Skłamałbym mówiąc, że śledzę dokładnie każdy mecz, ale staram się obejrzeć jeden-dwa mecze co weekend plus pobieżnie skróty wszystkich spotkań.

Wyjechał pan z Polski w 2013 roku. Ekstraklasa wykonała od tamtego czasu krok do przodu?

- Marketingowo i w kwestii obudowania całej ligi na pewno. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. A sportowo? Myślę, że poziom nie zmienił się znacząco od 2013 roku.

Śledzi pan w sposób szczególny Wisłę Kraków pod wodzą trenera Petera Hyballi?

- W ostatnim czasie nie miałem okazji oglądać żadnego meczu "Białej Gwiazdy", nie mogę więc ocenić rzetelnie gry drużyny. Mogę natomiast powiedzieć, że kluby, w których kiedyś występowałeś, zawsze są bliżej twojego serca. Nie inaczej jest w moim przypadku z Wisłą Kraków. Gdy sprawdzam wyniki, jedną z pierwszych drużyn, na które patrzę, jest zawsze Wisła. Na pewno chciałbym, żeby była w tabeli jak najwyżej, dużo wyżej niż obecnie i by problemy klubu były zupełnie innej, mniejszej miary.

Kontakty z tamtych czasów zostały? Rozmawia pan regularnie z ludźmi z klubu na temat jego losów?

- Aż tak to nie. Staram się śledzić wyniki drużyny, ale nie spędza mi to snu z powiek. Podchodzę do tego na spokojnie.

Na koniec nawiążmy do zakładów zawieranych w szatni. Jakim wynikiem skończy się najbliższe El Clasico?

- W typowaniu jestem bardzo słaby, ale stawiam na wynik 3-2 dla Realu. Obie ekipy nie zagrają w najmocniejszym zestawieniu, jeśli chodzi o formacje defensywne, więc na murawie może dojść do festiwalu strzeleckiego.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL