Reklama

Reklama

Quo vadis Barcelono?

Czy porażka z Milanem stawia pod znakiem zapytania klasę drużyny, która w ostatnich pięciu latach była w światowej piłce najważniejszym punktem odniesienia?

15 mln euro rocznej pensji przeznaczone dla Pepa Guardioli przez Bayern Monachium, wydaje się najdosadniejszym komentarzem dla jego dokonań w Barcelonie. Jeśli niemiecki kolos, wyróżniający się rozsądkiem, umiarem i ekonomicznym wyważeniem decyduje się dać rekordową pensję trenerowi, to znaczy, że zrobił on na nim piorunujące wrażenie. A przecież po ujawnieniu umowy Katalończyka z Bawarczykami komentarze były jednoznaczne: Pep postawił na komfort pracy, w Premier League mógł zarobić znacząco więcej. "Gdyby chodziło wyłącznie o pieniądze, Guardiola nie pracowałby u nas" - mówił z dumą prezes Uli Hoeness.

Piłkarz Bayernu Javi Martinez wyznał, że wiadomość o zatrudnieniu Katalończyka wywołała euforię i podekscytowanie w drużynie, choć oczywiście nikt nie jest w stanie zagwarantować, czy nowy trener zdoła dokonać z Bawarczykami czegoś spektakularnego. Przez ostatnie pięć lat "La Masia" i tiki-taka, rozkwitające pod ręką Pepa, stały się w świecie piłki synonimem doskonałości. Bez katalońskiego sposobu patrzenia na futbol nie byłoby dwóch tytułów mistrza Europy i mistrzostwa świata reprezentacji Hiszpanii.

To właśnie Barcelona prowadzona przez Guardiolę wygrała pierwszy w historii oficjalny mecz z Bayernem. I to masakrując go czterema golami w jednej połowie w ćwierćfinale Champions League 8 kwietnia 2009 roku. Katalończyk stworzył drużynę, która w grze kombinacyjnej i utrzymywaniu piłki osiągnęła perfekcję. Tym bardziej szokująco wyglądała wczoraj na San Siro ginąc od własnej broni.

Kryzys nie spadł na Barcelonę jak grom z jasnego nieba. Już trzy lata temu Guardiola spostrzegł, że rywal ustawiający potrójne zasieki przed własną bramką, wywołuje "zakleszczenie" jego drużyny. Każde starcie z Chelsea sprawiało, że nad katalońską idyllę, nadciągały ciemne chmury. Pep próbował zmian: by zwiększyć liczbę wariantów ofensywnych, wprowadził grę z trzema obrońcami i Leo Messim w roli fałszywego napastnika. W pierwszej linii malało znaczenie klasycznych snajperów takich jak Villa, rosło pomocników jak Iniesta, czy Fabregas, lub skrzydłowych (Pedro, Alexis). Aż w końcu przed rokiem Guardiola zdecydował, że jego energia i pomysły dotyczące drużyny się wyczerpały.

Tito Vilanova uznał, że lepsze jest wrogiem dobrego. Że nie trzeba rewolucyjnych zmian i eksperymentów. Na potwierdzenie zmotywowany porażką w poprzednim sezonie zespół z Camp Nou wygrywał seriami mecze ligowe. "Zakleszczenie" przyszło w Champions League, w Glasgow, ale przegraną z Celtikiem można było tłumaczyć sobie jako epizod, wypadek przy pracy, wyjątek potwierdzający regułę. I tak Barca bez kłopotów wygrała grupę.

Reklama

Wczoraj na San Siro w starciu z najsłabszym od lat Milanem, Katalończycy oddali jeden celny strzał na bramkę. "Zakleszczenie" pod polem karnym Abbiatiego wyglądało wręcz na chorobliwe. Nie wydaje się przy tym, by zespół Massimo Allegriego stworzył nową jakość. Grał z sercem, rozumnie, uważnie, ale nawet dziś, po wielkim triumfie, nikt nie dostrzegł w nim faworyta rozgrywek. To znaczy, że Messiego, Xaviego i Iniestę zneutralizował rywal przeciętny. Nie trzeba było wznieść się na szczyty, dokonywać czegoś nadludzkiego, by poradzić sobie z drużyną uważaną za ósmy cud świata.

Czy to znaczy, że ograniczenia i wady Barcelony stają się oczywiste dla wszystkich? Szczególnie poza Hiszpanią, gdzie rywale nie uznają za dyshonor oddać inicjatywy. Obsesyjna batalia o posiadanie piłki jest domeną Katalończyków, jeśli nie umieją stworzyć planu B, na wypadek, gdyby mecz się nie układał, to ich problem.

Pep Guardiola wielokrotnie publicznie ogłaszał, że jest wartość, którą w Barcelonie ceni się ponad zwycięstwo. Drużyna z Katalonii ma być wierna własnemu stylowi i to jej jedyna droga do sukcesu. Można było mu wierzyć, przecież w ostatnich pięciu latach nikt nie przegrywał tak rzadko. Pep zakończył pracę na Camp Nou z bilansem zaledwie 21 przegranych w 247 meczach! Bilans Vilanovy też jest niezły: w 40 spotkaniach tego sezonu Katalończycy zaznali smaku porażki cztery razy. Dopiero jednak ta wczorajsza na San Siro wydała się czymś zdecydowanie więcej niż wypadkiem przy pracy. "Być może nie jesteśmy aż tak dobrzy" - zauważył załamany Gerard Pique.

Oczywiście na San Siro nie zapadł wyrok w sprawie awansu do ćwierćfinału. Milan jest bliski sukcesu, ale czeka go w rewanżu na Camp Nou mordercze 90 minut. Gdyby nawet Barcelona zdołała awansować, problem "zakleszczenia" nie zostanie rozwiązany. Tak jak pożegnanie z Champions League nie unieważni dokonań Guardioli i Vilanovy, ani wszystkiego tego, co Katalończycy wymyślili.

Jedno pozostaje oczywiste: każdy styl gry jest ułomny, ma swoje słabe strony. Wiara, że wymyśliło się doskonały, bywa zgubna. Każda futbolowa dynastia osiągała kiedyś kres. Biologicznie zespół Vilanovy ma jeszcze na to czas: Messi skończył zaledwie 25 lat, Pique, Fabregas, Alba, Pedro i Busquets to gracze bardzo młodzi, Iniesta jest w kwiecie wieku, Mascherano i Alves wciąż nie przekroczyli trzydziestki, tylko Xavi i Puyol są bliżej niż dalej. Wydaje się jednak, że drużyna z Katalonii powinna dokonać korekt w swoim stylu gry, by utrzymać się na szczycie.

Czy poszukanie planu B, który w wypadku kłopotów takich jak w Mediolanie, zmusiłby rywala do "otworzenia się", wyjścia spod własnej bramki, aby Messi z kolegami zyskali tam miejsce do gry, leży w możliwościach trenerów z Katalonii? Czy Vilanova jest w stanie sprawić, by jego zespół znów stał się nieprzewidywalny? Nie jestem pewien. Gracze Barcy są tak skupieni na sobie, jakby zastanawianie się nad przeciwnikiem uznawali za stratę czasu i energii. Grają zawsze tak samo, bez względu na okoliczności. W tym sensie stali się łatwi do rozszyfrowania.

Przed meczem z Milanem Xavi Hernandez wyznał, że jest zakochany w barcelońskiej wizji futbolu. Ona dała mu zawodowe spełnienie i wielu chwil szczęścia na boisku. Wątpliwe, by jedna porażka dokonała głębszych zmian w jego sposobie myślenia, zachwiała utrwalonym przez lata porządkiem rzeczy. Dlatego tak trudno uwierzyć w to, że Katalończycy poddadzą zasadniczej krytyce to, co stworzyli.

Wcześniej czy później rywale zmuszą ich jednak do tego. Nie było w dziejach piłki zespołu, który oparłby się presji wyników. Guradiola powiedział kiedyś: "Jedyne co daje nam zwycięstwo, to spokojny sen. Jeśli chodzi o rozwój, więcej uczymy się na porażkach i błędach". Czas najwyższy, by Katalończycy przypomnieli sobie o tym. Korekta w taktyce gry nie sprawi, że wyrzekną się siebie, zaprą stylu, który przyniósł tyle sukcesów. Po prostu wydaje się ona nieuchronna. Zaakceptowanie i dostosowywanie się do nowych warunków nie musi być świadectwem słabości charakteru, jest raczej przejawem inteligencji i talentu.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama