Reklama

Reklama

Kto rozmontował Barcelonę?

Jose Mourinho szczyci się tym, że to on zakończył hegemonię Katalończyków. Jupp Heynckes takich pretensji nie ma, skromnie przystając na rolę emeryta.

To było coś niesamowitego. Po latach obsesyjnej walki z Barceloną, Jose Mourinho wypowiedział otwartym tekstem, że w ostatnich dwóch, lub nawet trzech dekadach zespół z Camp Nou był nr 1 w europejskiej piłce. Niewiarygodne, bo przecież zazwyczaj robił, co mógł, by wyjątkowość drużyny Pepa Guardioli zminimalizować. Podkreślał, że nie może być mowy o żadnej hegemonii, ponieważ Barca nie obroniła trofeum w Lidze Mistrzów.

Tym razem jednak wielkość Barcelony była Mourinho bardzo na rękę. Po porażce z Borussią Dortmund w półfinale Champions League zwołał znienacka konferencję prasową, by podsumować trzy lata spędzone na Santiago Bernabeu. Pochwalił się między innymi tym, że pod jego wodzą Real zakończył erę dominacji Barcelony.

W jakimś sensie jest to prawdą. W tym sezonie, "Królewscy" pobili Katalończyków nie tylko w Superpucharze Hiszpanii i półfinale Pucharu Króla, ale także mają z nimi dodatni bilans spotkań ligowych (2-2 i 2-1). Jeśli Mourinho ma się za pogromcę Barcelony, to co powinien powiedzieć Jupp Heynckes, którego Bayern starł właśnie Katalończyków z powierzchni ziemi w grze o finał najważniejszych klubowych rozgrywek?

Poza sferą faktów i bezdyskusyjnych dokonań, liczy się także samopoczucie trenera. Heynckes to facet skromny. W 1998 roku dał Realowi pierwszy triumf w erze Champions League, na który w stolicy Hiszpanii czekano 32 lata! Niemca usunięto jednak ze stanowiska, bo drużyna spisywała się słabo w ligowych rozgrywkach. Dziś za powtórzenie jego dokonań, Mourinho zostałby w Madrycie ozłocony.

To samo spotyka Heynckesa w Bayernie Monachium. 68-letni szkoleniowiec jest o dwa zwycięstwa od pierwszej w historii klubu potrójnej korony, tymczasem szefowie uznają go za "zgraną kartę". Już kilka miesięcy temu podziękowali mu za współpracę ogłaszając, że na obecnym etapie rozwoju Bayern potrzebuje kogoś takiego jak Pep Guardiola.

Kiedy Bayern zdemolował Barcelonę 7-0, Niemcowi nawet nie przyszło do głowy, by choć zająknąć się na temat swojego wkładu w rozwój europejskiej myśli szkoleniowej. Cieszył się ze wszystkimi uważając, iż Bawarczycy są wielcy dzięki Lahmowi, Schweinsteigerowi, Muellerowi, czy Ribery’emu, z którymi ma zaszczyt współpracować w ostatnim roku swojej kariery. Zapytany przez dziennikarzy z Madrytu, czy interesowałby go wyścig po gorącą posadę opuszczaną przez Mourinho, powiedział, że widzi się raczej w roli emeryta.

Tymczasem Mourinho nie pozostawia na swoich piłkarzach suchej nitki. Powiedział, że jedynym jego błędem było to, że Ikera Casillasa nie odsunął od podstawowego składu drużyny już po pierwszym sezonie swojej pracy w Madrycie. Czyli Vicente del Bosque mógł zdobyć tytuł mistrza Europy ze "słabym" bramkarzem, którego w dodatku uznawano za bohatera Hiszpanów w co drugim meczu rozegranym w Polsce i na Ukrainie, tymczasem ten sam golkiper notorycznie szkodził "Królewskim" w osiąganiu najwyższych celów?

Mourinho zakpił też z Cristiano Ronaldo odwołując się do niefortunnych słów rodaka: "jestem smutny" wypowiedzianych jesienią. "Zaczęliśmy ten sezon smutni, więc szybko straciliśmy szansę na mistrzostwo" - stwierdził. Tak się jednak składa, że smutny Ronaldo zdobył 33 z 89 goli drużyny w Primera Division i 12 z 26 w Lidze Mistrzów.

Reklama

Dokonania Mourinho w Madrycie trudno porównać z jego sukcesami w Porto, lub Interze, a nawet w Chelsea, mimo iż po sześciu latach przerwy "Królewscy" pod wodzą Portugalczyka trzy razy docierali do półfinału Ligi Mistrzów. "The Special One" przybywał do Realu otrzymując 15 mln euro brutto za sezon, by wygrać te rozgrywki. Tymczasem, jeśli odejdzie do Chelsea, "La Decima" pozostanie dziełem dla kogoś innego.

Ery kończą się na boisku. Poza nim pozostaje jednak ogromne pole do interpretacji. Dla jednych katem Barcelony będzie Mourinho, którego pomysły taktyczne zaczęły przynosić Realowi przewagę w Gran Derbi. Na innych większe wrażenie zrobi dzieło Heynckesa, przecież Bayern grał z Barceloną odważny, ofensywny futbol, nie chował się za podwójną gardą licząc na siłę kontrataku.

Doceniając wkład hałaśliwego Mourinho i cichego Heynckesa w rozmontowanie potęgi Barcelony, trzeba dostrzec, że Katalończycy nie przypominają siebie z najlepszych lat 2009-2011. Upływ czasu, kontuzje, choroby, wypalenie, spadek motywacji i formy bardzo pomogły Realowi, Bayernowi, a nawet drużynie tak przeciętnej, jak Celtic, która postawiła się Katalończykom już w fazie grupowej Champions League.

Zobacz wyniki, strzelców bramek, tabelę i terminarz Primera Division

Bez względu na to, kto rzeczywiście Barcelonę rozmontował, Mourinho dostanie pracę w każdym klubie na ziemi, Heynckes zapewne wskoczy w kapcie i usiądzie przed telewizorem. Po sezonie, w którym zdobędzie z Bayernem znacznie większe sukcesy niż "Mou" z Realem. A przecież trudno powiedzieć, by w stosunku do Portugalczyka, Niemiec dysponował jakimś kosmicznym gwiazdozbiorem.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL